Z Brunei wróciliśmy autokarem do
Miri, a z Miri polecieliśmy do Gulung Mulu National Park. Był to
najkrótszy lot w naszym życiu, trwał całe 18 minut!! Lecąc można
było znów obserwować niekończące się plantacje palm. Dżungla
pojawiła się gdzieś kilka minut przed lądowaniem... Lotnisko było
malusieńkie, ale mimo wszystko większe niż to w Lukli, tak nam się
wydaje. No i posiada własną straż pożarną! Wow. Z lotniska do
parku można przejść na piechotę, zajmuje to niecałe 15 minut,
poskąpiliśmy więc znów na taksówkę. Myśleliśmy, że uda nam
się znaleźć fajne lokum poza terenem parku, chcieliśmy wspierać
lokalnych przedsiębiorców, a nie mafię zarządzającą parkiem.
Niestety u lokalesów był taki syf z malarią i kiłą w jednym, że
mimo wszystko zdecydowaliśmy się na bardzo duży, ale dość czysty
dorm w parku. Przez pierwszą noc nawet nikt nie chrapał, więc
byłam w miarę zadowolona.
Po przyjeździe chcieliśmy sobie
zarezerwować jakieś wyprawy z przewodnikiem, np. nocne zwiedzanie
dżungli, które chcieliśmy załatwić jeszcze tego samego dnia.
Niestety okazało się, że wszystkie miejsca są zarezerwowane na
ten wieczór i na wszystkie inne, które mieliśmy zamiar spędzić w
Mulu... Poradzono nam, żebyśmy spróbowali mimo wszystko przyjść
wieczorem i „wbić się”, bo może ktoś w ostatniej chwili
zrezygnuje. Wystroiliśmy się więc w nasze stroje dżunglowe, tzn.
koszule i długie nogawki, nadal nie lubimy pijawek i to się chyba
nigdy nie zmieni, i ruszyliśmy. Okazało się, że wszyscy
uczestnicy marszu się stawili, ale odpowiednio pomarudziliśmy i
poprzymilaliśmy się do przewodnika mówiąc, że na pewno jest
super fajny i nas weźmie ze sobą i faktycznie nas wziął. Okazało
się jednak, że obecnie w dżungli w Mulu nie ma pijawek, ponieważ
od dawna nie padał deszcz i wszystkie się pochowały! W trakcie
marszu nasz przewodnik okazał się mniej spostrzegawczy niż wszyscy
uczestnicy, ale wspólnymi siłami wypatrzyliśmy kilka ciekawych
okazów, np. wiele rodzajów owadów, żaby, jedną super jaszczurę,
martwego skorpiona i kilka innych równie fascynujących okazów.
Żadnych ssaków, ale też nie dla ssaków się tu przyjeżdża.
Dowiedzieliśmy się również, że znów chodzimy po dżungli
wtórnej, zwiesiliśmy więc trochę nosy na kwintę... No ile
można...
A po co się tu przyjeżdża? A głównie
dla jaskiń i nietoperzy (ale nietoperz to ssak, przepraszam
zapomniałam o nim!). Jaskinie w parku Mulu dzielą się na tak zwane
show caves – do których mogą pójść wszyscy, którzy tego
zapragną (jeśli oczywiście będą miejsca, bo do jaskiń wchodzić
można tylko z przewodnikiem, a chętnych jest wielu) i adventure
caves, do których iść powinni raczej tylko ci, którzy mają
jakiekolwiek pojęcie o łażeniu po jaskiniach w sensie bardziej
wyczynowym. My nie nastawialiśmy się na adventure caves, bo są dwa
razy droższe, a poza tym nie mamy zbyt wielkiego doświadczenia w
„grotołażeniu”.
Na dzień drugi naszego pobytu w parku
zarezerwowaliśmy sobie miejsce w grupie mających zwiedzać Lagang Cave, która kiedyś była jaskinią dla grotołazów, ale dobudowali
w niej drewniane kładki i stała się jaskinią dla normalnych :-).
Na miejsce musieliśmy się dostać łódką po rzece, w której na
szczęście nie ma krokodyli. Na szczęście, ponieważ kiedy poziom
wody jest zbyt niski, aby łódka mogła przepłynąć, pasażerowie
muszą wychodzić do wody i ją pchać. Do jaskini musieliśmy
jeszcze kawałek przejść przez dżunglę i ku naszemu zachwytowi,
przewodnik powiedział nam, że tym razem to dżungla pierwotna!
Ucieszyliśmy się jak dzieci i zaczęliśmy obserwować. I
faktycznie wyglądała trochę inaczej niż zwykle. Drzewa były
gigantyczne, a nie wielkie, prastare, a nie stare, wszędzie panował
dżunglowy bałagan, plątanina gałęzi, krzaków i lian była
jeszcze gęstsza niż zwykle. Było niesamowicie! Jestem mega wielką
fanką dżungli. Nie muszę w niej nic robić poza chodzeniem i
ciągle jest fajnie, zawsze znajduje się coś nowego,
interesującego. Tu dziwna pajęczyna, tam dziwny robaczek, jakaś
żaba, owad z długim nosem, kwiat w kształcie dzbana. Na każdym
kroku można odkryć zupełnie nowy, pokręcony świat.
Sama jaskinia była interesująca, nie
było żadnego oświetlenia, musieliśmy sami oświetlać sobie
ścieżkę latarkami. Formacje naciekowe były dość ciekawe, dużo
stalagmitów i stalaktytów, jaskinia wielka i to tyle co mogę o
niej napisać. Jakoś nie mam nic więcej do powiedzenia, ponieważ
jaskinie są fajne, ale żeby o nich pisać, to już bez przesady :D.
Nabraliśmy jednak apetytu na więcej i jak tylko wróciliśmy do
siedziby władz parku, zarezerwowaliśmy sobie wycieczkę do
najprostszej z adventure caves. Wieczorem poszliśmy sobie na wieżę
obserwacyjną, gdzie ponoć można zobaczyć jakieś ptaki. Nie
spotkaliśmy jeszcze jednak nikogo, kto by je tam spotkał... Ptaki
nie są głupie i raczej nie pchają się tam, gdzie codziennie
pchają się ludzie. Tak mi się wydaje.
i naprawdę nie przeszkadza Ci, że nie ma czym w takiej dżungli oddychać? :)
OdpowiedzUsuńE.
jakoś mi to zazwyczaj nie przeszkadzało, bo wszystko inne było wspaniałe :-)
Usuń