środa, 26 czerwca 2013

W Mulu - Malezja - 18/19.06.2013

Z Brunei wróciliśmy autokarem do Miri, a z Miri polecieliśmy do Gulung Mulu National Park. Był to najkrótszy lot w naszym życiu, trwał całe 18 minut!! Lecąc można było znów obserwować niekończące się plantacje palm. Dżungla pojawiła się gdzieś kilka minut przed lądowaniem... Lotnisko było malusieńkie, ale mimo wszystko większe niż to w Lukli, tak nam się wydaje. No i posiada własną straż pożarną! Wow. Z lotniska do parku można przejść na piechotę, zajmuje to niecałe 15 minut, poskąpiliśmy więc znów na taksówkę. Myśleliśmy, że uda nam się znaleźć fajne lokum poza terenem parku, chcieliśmy wspierać lokalnych przedsiębiorców, a nie mafię zarządzającą parkiem. Niestety u lokalesów był taki syf z malarią i kiłą w jednym, że mimo wszystko zdecydowaliśmy się na bardzo duży, ale dość czysty dorm w parku. Przez pierwszą noc nawet nikt nie chrapał, więc byłam w miarę zadowolona.

Po przyjeździe chcieliśmy sobie zarezerwować jakieś wyprawy z przewodnikiem, np. nocne zwiedzanie dżungli, które chcieliśmy załatwić jeszcze tego samego dnia. Niestety okazało się, że wszystkie miejsca są zarezerwowane na ten wieczór i na wszystkie inne, które mieliśmy zamiar spędzić w Mulu... Poradzono nam, żebyśmy spróbowali mimo wszystko przyjść wieczorem i „wbić się”, bo może ktoś w ostatniej chwili zrezygnuje. Wystroiliśmy się więc w nasze stroje dżunglowe, tzn. koszule i długie nogawki, nadal nie lubimy pijawek i to się chyba nigdy nie zmieni, i ruszyliśmy. Okazało się, że wszyscy uczestnicy marszu się stawili, ale odpowiednio pomarudziliśmy i poprzymilaliśmy się do przewodnika mówiąc, że na pewno jest super fajny i nas weźmie ze sobą i faktycznie nas wziął. Okazało się jednak, że obecnie w dżungli w Mulu nie ma pijawek, ponieważ od dawna nie padał deszcz i wszystkie się pochowały! W trakcie marszu nasz przewodnik okazał się mniej spostrzegawczy niż wszyscy uczestnicy, ale wspólnymi siłami wypatrzyliśmy kilka ciekawych okazów, np. wiele rodzajów owadów, żaby, jedną super jaszczurę, martwego skorpiona i kilka innych równie fascynujących okazów. Żadnych ssaków, ale też nie dla ssaków się tu przyjeżdża. Dowiedzieliśmy się również, że znów chodzimy po dżungli wtórnej, zwiesiliśmy więc trochę nosy na kwintę... No ile można...

A po co się tu przyjeżdża? A głównie dla jaskiń i nietoperzy (ale nietoperz to ssak, przepraszam zapomniałam o nim!). Jaskinie w parku Mulu dzielą się na tak zwane show caves – do których mogą pójść wszyscy, którzy tego zapragną (jeśli oczywiście będą miejsca, bo do jaskiń wchodzić można tylko z przewodnikiem, a chętnych jest wielu) i adventure caves, do których iść powinni raczej tylko ci, którzy mają jakiekolwiek pojęcie o łażeniu po jaskiniach w sensie bardziej wyczynowym. My nie nastawialiśmy się na adventure caves, bo są dwa razy droższe, a poza tym nie mamy zbyt wielkiego doświadczenia w „grotołażeniu”.

Na dzień drugi naszego pobytu w parku zarezerwowaliśmy sobie miejsce w grupie mających zwiedzać Lagang Cave, która kiedyś była jaskinią dla grotołazów, ale dobudowali w niej drewniane kładki i stała się jaskinią dla normalnych :-). Na miejsce musieliśmy się dostać łódką po rzece, w której na szczęście nie ma krokodyli. Na szczęście, ponieważ kiedy poziom wody jest zbyt niski, aby łódka mogła przepłynąć, pasażerowie muszą wychodzić do wody i ją pchać. Do jaskini musieliśmy jeszcze kawałek przejść przez dżunglę i ku naszemu zachwytowi, przewodnik powiedział nam, że tym razem to dżungla pierwotna! Ucieszyliśmy się jak dzieci i zaczęliśmy obserwować. I faktycznie wyglądała trochę inaczej niż zwykle. Drzewa były gigantyczne, a nie wielkie, prastare, a nie stare, wszędzie panował dżunglowy bałagan, plątanina gałęzi, krzaków i lian była jeszcze gęstsza niż zwykle. Było niesamowicie! Jestem mega wielką fanką dżungli. Nie muszę w niej nic robić poza chodzeniem i ciągle jest fajnie, zawsze znajduje się coś nowego, interesującego. Tu dziwna pajęczyna, tam dziwny robaczek, jakaś żaba, owad z długim nosem, kwiat w kształcie dzbana. Na każdym kroku można odkryć zupełnie nowy, pokręcony świat.


Sama jaskinia była interesująca, nie było żadnego oświetlenia, musieliśmy sami oświetlać sobie ścieżkę latarkami. Formacje naciekowe były dość ciekawe, dużo stalagmitów i stalaktytów, jaskinia wielka i to tyle co mogę o niej napisać. Jakoś nie mam nic więcej do powiedzenia, ponieważ jaskinie są fajne, ale żeby o nich pisać, to już bez przesady :D. Nabraliśmy jednak apetytu na więcej i jak tylko wróciliśmy do siedziby władz parku, zarezerwowaliśmy sobie wycieczkę do najprostszej z adventure caves. Wieczorem poszliśmy sobie na wieżę obserwacyjną, gdzie ponoć można zobaczyć jakieś ptaki. Nie spotkaliśmy jeszcze jednak nikogo, kto by je tam spotkał... Ptaki nie są głupie i raczej nie pchają się tam, gdzie codziennie pchają się ludzie. Tak mi się wydaje.  

2 komentarze:

  1. i naprawdę nie przeszkadza Ci, że nie ma czym w takiej dżungli oddychać? :)
    E.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jakoś mi to zazwyczaj nie przeszkadzało, bo wszystko inne było wspaniałe :-)

      Usuń