27.05.2013
To był bardzo intensywny dzień.
Mieliśmy zadanie do wykonania, a mianowicie, zreperować stary lub
kupić nowy kabel do komputera. Co ciekawe, w naszej okolicy było
bardzo wiele sklepów komputerowych... Czasem jednak mamy szczęście
:-) Niestety w żadnym z nich nikt nie był nam w stanie pomóc.
Mówili, że naprawa raczej się nie uda, a zasilacza z końcówką
pasującą do naszego netbooka nie miał nikt. I chyba dopiero w
szóstym z kolei sklepie udało nam się znaleźć zasilacz, który
miał przejściówkę nakładaną na wtyczkę pasującą do naszego
kompa. Prawie uściskałam panią sprzedawczynię, kiedy w końcu
zobaczyłam upragnione światełko zasilania. Niestety wtyczka jest
filipińska, musieliśmy więc jeszcze znaleźć przejściówkę, w
tzw. drugą stronę, żebyśmy w przyszłości mogli np. korzystać z
netbooka w Polsce (chociaż nie jestem pewna czy przeżyje do
powrotu, bo coraz bardziej nam się sypie...). Mieliśmy do
załatwienia jeszcze kilka innych spraw natury praktycznej i dopiero
po godzinie 13 udało nam się w końcu wynająć motocykl i ruszyć
na zwiedzanie. Pani, która nam go wynajmowała ucięła sobie ze mną
pogawędkę o małżeństwie, mówiąc jak ważne jest, żeby się
pobrać, a nie tkwić w nieformalnym związku (najpierw spytała mnie
czy z Bartkiem jesteśmy po ślubie). Później zaczęła mi
opowiadać jak to często kłóci się z mężem i jak ciężko jest
czasem żyć razem. Nie wiem jaki miałam niby wyciągnąć morał z
tych opowieści, ale rozmawiało się bardzo miło :-).
Tego dnia mieliśmy w planie dojechać
do słynnych Chocolate Hills. Droga miała nam zająć 1,5 godziny. Z
powodu deszczu i konieczności schronienia się gdzieś, zajęła nam
ponad dwie, jednak nie było źle i mieliśmy nadzieję, że uda nam
się jednak wrócić do domu przed zmrokiem.
Chocolate Hills to taki mały wybryk
natury. Na dość dużym obszarze znajduje się 1268 (podobno)
pagórków, o łagodnych kształtach, które są porośnięte trawą.
Trawa w okresie pory suchej przybiera kolor brązowy, stąd nazwa
formacji. Pagórki o wysokości od 40 do 120 metrów zbudowane są z
byłej rafy koralowej, która kiedyś oczywiście, jak cała wyspa,
znajdowała się pod wodą. Z jakichś dziwnych powodów, rafa
wybrzuszyła się i zapewne pod wpływem ruchów morza, a później
warunków pogodowych panujących na wyspie, przybrała takie właśnie
ciekawe kształty. W miejscu widokowym jest oczywiście zorganizowany
mały festyn, który mi osobiście kojarzył się trochę z festynem
licheńskim. Jakieś stoiska, jaskrawe kolory, tu kapliczka z Matką
Boską, to jakiś krzyż, jakiś dzwon na górze, którym można
dzwonić, myśląc życzenie, po uiszczeniu symbolicznej opłaty
itd... Oczywiście są też fotografowie i tabuny ludzi ustawiający
się w kolejce, aby zrobić sobie fotki z pagórkami w tle.
Zauważyliśmy, że na Filipinach jest moda ustawiania ludzi okrakiem
na miotle (!) i pozowania w ten sposób do zdjęć. Tak, tak, na
takiej miotle jak Harry Potter, lub jakieś czarownice. Fotograf
mówi: „one, two, tree, jump!” i wtedy model lub modele skaczą
do góry na owej miotle, a pan fotograf pstryka im sweet focię...
„One, two, tree jump!” Jest również uprawiane bez miotły i w
każdym możliwym miejscu na tle którego warto (lub w naszym
mniemaniu niezupełnie warto) się sfotografować. Wygląda to
wszystko bardzo zabawnie i wbrew pozorom dość pozytywnie, ponieważ
co najważniejsze, oni wszyscy się świetnie bawią! To chyba tylko
my jesteśmy już wielkopańsko zmanierowani i nie potrafimy się do
końca cieszyć z prostych rzeczy.
Sama droga wiodąca do Chocolate Hills
i z powrotem była dość fajna, chociaż w wielu miejscach
wertepowata (auć!), trochę więc byliśmy pod wieczór obolali...
Jechaliśmy z początku nad morzem, wzdłuż lasu
mangrowego (las liściasty zalewany przed słono-słodką
wodę), który jest w tych okolicach bardzo często spotykany. Potem
wjechaliśmy w głąb lądu i ku radości Bartka, spory kawałek
jechaliśmy po pagórkach, przez las, po dość krętej drodze.
W drodze powrotnej, zajechaliśmy do
reklamowanego wiszącego mostu z bambusa. W rzeczywistości były to
dwa mosty - jednym się szło, drugim wracało. Były co prawda
podwieszone na stalowych linach, ale i tak niemiłosiernie się
chybotały i skrzypiały przy każdym kroku. Patrząc na małą, może
pięcioletnią dziewczynkę, Bartek powiedział: „dobrze wiedzieć,
że jest ktoś, kto boi się bardziej niż ja”. :-) Mosty jednak
okazały się nie takie znowu straszne jak wyglądały i bezpiecznie
dostaliśmy się na drugi brzeg i z powrotem.
Do Tangbilaron zajechaliśmy tuż przed
zmrokiem. Droga nad morzem nie była już tak bardzo malownicza,
ponieważ był spory odpływ i morze cofnęło się daleko
odsłaniając brzydkie i szare błocko. Widać było za to zabawne,
pałąkowate korzenie krzewów, które w czasie przypływu zalewane
są przez wodę.
Wieczorem udaliśmy się do lokalnego
fast foodu, gdzie bardzo ciężko było mi wypatrzyć coś
wegetariańskiego. Na pytanie, czy mają coś bez mięsa pani z
wielkim uśmiechem na twarzy odpowiedziała: „tak! kurczaka!”
Podobna sytuacja zdarzyła mi się na Filipinach już kilka razy i za
każdym razem przyprawia mnie o wielkie zdumienie, a potem wybuch
śmiechu. Bartek uważa, że niejedzenie mięsa jest dla
filipińczyków taką abstrakcją, że po prostu nie wiedzą o co mi
chodzi. W końcu udało mi się zamówić zestaw z rybą, jedynym
daniem w całym fast foodzie, bez kurczaka, wieprzowiny lub
wołowiny... No i to jest chyba drugi słaby punkt Filipin. Jedzenie.
Jest po prostu niedobre. Nie potrafią przyrządzać potraw w taki
sposób, żeby zadowolić zachodnie podniebienia i naprawdę nie
jesteśmy jedynymi, którzy tak sądzą. Jedzenie jest bez smaku, a
raczej wszystko smakuje tak samo, jest często przesolone lub
przesłodzone i źle przyprawione. Nie mówię już o tym, że ciężko
jest ludziom niejedzącym mięsa. Tak mają tu jakieś ryby, owoce
morza, w końcu Filipiny to kraj wyspiarski, ale albo są niesmaczne,
tak jak wszystko inne, albo tak drogie, że oczy wychodzą nam na
wierzch ze zdumienia. Kiedy sobie przypomnę te owoce morza w
Kambodży, za dolara lub dwa, nie mogę uwierzyć w to, że tutaj
jest tak zupełnie, zupełnie inaczej pod tym względem. Co ciekawe
Filipińczycy są ze swojej kuchni bardzo zadowoleni i jedzą bardzo
często i właściwie o każdej porze. Problemem kuchni filipińskiej
jest również to, że w dużej mierze jest mocno fastfoodowa. Bardzo
dużo hamburgerów, słodkich bułek, pieczywa tostowego, jakichś
podstawowych sosów i ryżu. To spuścizna po Amerykanach, którzy
okupowali Filipiny przez kilkadziesiąt lat w XX wieku. Czy oni nie
mogliby czasem pozostawić po sobie czegoś pozytywnego...?
Na drugą kolację zjedliśmy mango.
Osiem sztuk mango! Co jak co, ale te owoce są tutaj mistrzostwem
świata. Są to podobno najlepsze mango na świecie i w zupełności
muszę się z tym zgodzić. Są na pewno najlepszymi i najsłodszymi
jakie w życiu jedliśmy. Podobno nawet trafiły za to do księgi
Guinessa! Może to badziewne określenie, ale autentycznie rozpływają
się w ustach. Są boskie!
oj przypomniałaś mi te słodki tosty - ble.... :)
OdpowiedzUsuńE.
niestety na śniadania nadal jedziemy na "ble" tostach ... (jeśli są w cenie noclegu) :P
Usuń