niedziela, 2 czerwca 2013

Na Filipinach - Bohol - 27.05.2013

27.05.2013
To był bardzo intensywny dzień. Mieliśmy zadanie do wykonania, a mianowicie, zreperować stary lub kupić nowy kabel do komputera. Co ciekawe, w naszej okolicy było bardzo wiele sklepów komputerowych... Czasem jednak mamy szczęście :-) Niestety w żadnym z nich nikt nie był nam w stanie pomóc. Mówili, że naprawa raczej się nie uda, a zasilacza z końcówką pasującą do naszego netbooka nie miał nikt. I chyba dopiero w szóstym z kolei sklepie udało nam się znaleźć zasilacz, który miał przejściówkę nakładaną na wtyczkę pasującą do naszego kompa. Prawie uściskałam panią sprzedawczynię, kiedy w końcu zobaczyłam upragnione światełko zasilania. Niestety wtyczka jest filipińska, musieliśmy więc jeszcze znaleźć przejściówkę, w tzw. drugą stronę, żebyśmy w przyszłości mogli np. korzystać z netbooka w Polsce (chociaż nie jestem pewna czy przeżyje do powrotu, bo coraz bardziej nam się sypie...). Mieliśmy do załatwienia jeszcze kilka innych spraw natury praktycznej i dopiero po godzinie 13 udało nam się w końcu wynająć motocykl i ruszyć na zwiedzanie. Pani, która nam go wynajmowała ucięła sobie ze mną pogawędkę o małżeństwie, mówiąc jak ważne jest, żeby się pobrać, a nie tkwić w nieformalnym związku (najpierw spytała mnie czy z Bartkiem jesteśmy po ślubie). Później zaczęła mi opowiadać jak to często kłóci się z mężem i jak ciężko jest czasem żyć razem. Nie wiem jaki miałam niby wyciągnąć morał z tych opowieści, ale rozmawiało się bardzo miło :-).

Tego dnia mieliśmy w planie dojechać do słynnych Chocolate Hills. Droga miała nam zająć 1,5 godziny. Z powodu deszczu i konieczności schronienia się gdzieś, zajęła nam ponad dwie, jednak nie było źle i mieliśmy nadzieję, że uda nam się jednak wrócić do domu przed zmrokiem.
Chocolate Hills to taki mały wybryk natury. Na dość dużym obszarze znajduje się 1268 (podobno) pagórków, o łagodnych kształtach, które są porośnięte trawą. Trawa w okresie pory suchej przybiera kolor brązowy, stąd nazwa formacji. Pagórki o wysokości od 40 do 120 metrów zbudowane są z byłej rafy koralowej, która kiedyś oczywiście, jak cała wyspa, znajdowała się pod wodą. Z jakichś dziwnych powodów, rafa wybrzuszyła się i zapewne pod wpływem ruchów morza, a później warunków pogodowych panujących na wyspie, przybrała takie właśnie ciekawe kształty. W miejscu widokowym jest oczywiście zorganizowany mały festyn, który mi osobiście kojarzył się trochę z festynem licheńskim. Jakieś stoiska, jaskrawe kolory, tu kapliczka z Matką Boską, to jakiś krzyż, jakiś dzwon na górze, którym można dzwonić, myśląc życzenie, po uiszczeniu symbolicznej opłaty itd... Oczywiście są też fotografowie i tabuny ludzi ustawiający się w kolejce, aby zrobić sobie fotki z pagórkami w tle. Zauważyliśmy, że na Filipinach jest moda ustawiania ludzi okrakiem na miotle (!) i pozowania w ten sposób do zdjęć. Tak, tak, na takiej miotle jak Harry Potter, lub jakieś czarownice. Fotograf mówi: „one, two, tree, jump!” i wtedy model lub modele skaczą do góry na owej miotle, a pan fotograf pstryka im sweet focię... „One, two, tree jump!” Jest również uprawiane bez miotły i w każdym możliwym miejscu na tle którego warto (lub w naszym mniemaniu niezupełnie warto) się sfotografować. Wygląda to wszystko bardzo zabawnie i wbrew pozorom dość pozytywnie, ponieważ co najważniejsze, oni wszyscy się świetnie bawią! To chyba tylko my jesteśmy już wielkopańsko zmanierowani i nie potrafimy się do końca cieszyć z prostych rzeczy.
Sama droga wiodąca do Chocolate Hills i z powrotem była dość fajna, chociaż w wielu miejscach wertepowata (auć!), trochę więc byliśmy pod wieczór obolali... Jechaliśmy z początku nad morzem, wzdłuż lasu mangrowego (las liściasty zalewany przed słono-słodką wodę), który jest w tych okolicach bardzo często spotykany. Potem wjechaliśmy w głąb lądu i ku radości Bartka, spory kawałek jechaliśmy po pagórkach, przez las, po dość krętej drodze.

W drodze powrotnej, zajechaliśmy do reklamowanego wiszącego mostu z bambusa. W rzeczywistości były to dwa mosty - jednym się szło, drugim wracało. Były co prawda podwieszone na stalowych linach, ale i tak niemiłosiernie się chybotały i skrzypiały przy każdym kroku. Patrząc na małą, może pięcioletnią dziewczynkę, Bartek powiedział: „dobrze wiedzieć, że jest ktoś, kto boi się bardziej niż ja”. :-) Mosty jednak okazały się nie takie znowu straszne jak wyglądały i bezpiecznie dostaliśmy się na drugi brzeg i z powrotem.
Do Tangbilaron zajechaliśmy tuż przed zmrokiem. Droga nad morzem nie była już tak bardzo malownicza, ponieważ był spory odpływ i morze cofnęło się daleko odsłaniając brzydkie i szare błocko. Widać było za to zabawne, pałąkowate korzenie krzewów, które w czasie przypływu zalewane są przez wodę.

Wieczorem udaliśmy się do lokalnego fast foodu, gdzie bardzo ciężko było mi wypatrzyć coś wegetariańskiego. Na pytanie, czy mają coś bez mięsa pani z wielkim uśmiechem na twarzy odpowiedziała: „tak! kurczaka!” Podobna sytuacja zdarzyła mi się na Filipinach już kilka razy i za każdym razem przyprawia mnie o wielkie zdumienie, a potem wybuch śmiechu. Bartek uważa, że niejedzenie mięsa jest dla filipińczyków taką abstrakcją, że po prostu nie wiedzą o co mi chodzi. W końcu udało mi się zamówić zestaw z rybą, jedynym daniem w całym fast foodzie, bez kurczaka, wieprzowiny lub wołowiny... No i to jest chyba drugi słaby punkt Filipin. Jedzenie. Jest po prostu niedobre. Nie potrafią przyrządzać potraw w taki sposób, żeby zadowolić zachodnie podniebienia i naprawdę nie jesteśmy jedynymi, którzy tak sądzą. Jedzenie jest bez smaku, a raczej wszystko smakuje tak samo, jest często przesolone lub przesłodzone i źle przyprawione. Nie mówię już o tym, że ciężko jest ludziom niejedzącym mięsa. Tak mają tu jakieś ryby, owoce morza, w końcu Filipiny to kraj wyspiarski, ale albo są niesmaczne, tak jak wszystko inne, albo tak drogie, że oczy wychodzą nam na wierzch ze zdumienia. Kiedy sobie przypomnę te owoce morza w Kambodży, za dolara lub dwa, nie mogę uwierzyć w to, że tutaj jest tak zupełnie, zupełnie inaczej pod tym względem. Co ciekawe Filipińczycy są ze swojej kuchni bardzo zadowoleni i jedzą bardzo często i właściwie o każdej porze. Problemem kuchni filipińskiej jest również to, że w dużej mierze jest mocno fastfoodowa. Bardzo dużo hamburgerów, słodkich bułek, pieczywa tostowego, jakichś podstawowych sosów i ryżu. To spuścizna po Amerykanach, którzy okupowali Filipiny przez kilkadziesiąt lat w XX wieku. Czy oni nie mogliby czasem pozostawić po sobie czegoś pozytywnego...?

Na drugą kolację zjedliśmy mango. Osiem sztuk mango! Co jak co, ale te owoce są tutaj mistrzostwem świata. Są to podobno najlepsze mango na świecie i w zupełności muszę się z tym zgodzić. Są na pewno najlepszymi i najsłodszymi jakie w życiu jedliśmy. Podobno nawet trafiły za to do księgi Guinessa! Może to badziewne określenie, ale autentycznie rozpływają się w ustach. Są boskie!

2 komentarze:

  1. oj przypomniałaś mi te słodki tosty - ble.... :)
    E.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety na śniadania nadal jedziemy na "ble" tostach ... (jeśli są w cenie noclegu) :P

      Usuń