29.05.2013
Tego dnia znów mieliśmy zanurkować.
Tym razem zdecydowaliśmy się na dwa nurki, chociaż mogliśmy w
ciągu dnia zmienić zdanie i zdecydować się jeszcze na trzeci.
Pogoda była przyjemna, chociaż ku mojemu zaskoczeniu woda nie była
już tak ciepła jak na Palawanie. Widocznie tam krążą jakieś
ciepłe prądy, które ją dodatkowo ogrzewają... Nie mogę jednak
narzekać, woda i tak miała około 30 stopni! Popłynęliśmy w
okolice wyspy Balicasag, która jest w tym miejscu jednym z
najlepszych spotów nurkowych. Kiedy przebraliśmy się w pianki,
zrobiło się wręcz nieznośnie gorąco, przyjemnie więc było
wskoczyć do tej „chłodnej” wody. Tak, tak doszło już nawet do
tego, że wskakuję ze statku do wody przed nurkowaniem, taka jestem
odważna!
Tego dnia byliśmy pod opieką Liama i
Sophie, młodziutkiej pary z Wielkiej Brytanii, która robiła
właśnie kurs na dive masterów (jak się potem dowiedzieliśmy Liam
doszedł do tego poziomu w miesiąc, chyba 20 kwietnia tego roku
nurkował po raz pierwszy w życiu!). Nad naszą młodzieżą czuwał
z kolei jeden starszy pan, szef szefów, którego imienia niestety
nie pamiętam, czuliśmy się więc dobrze zaopiekowani :-). Pierwsze
nurkowanie, chociaż dość ciekawe zawiodło jednak trochę nasze
oczekiwania. Było o wiele mniej dużych ryb niż w El Nido, a rafa
chociaż była również bardzo bogata, była jednak troszkę mniej
niesamowita. Widzieliśmy jednak kilka ciekawych okazów, np. czarną
bezkształtną rybę, której nazwy oczywiście nie znam, ale która
wyglądała jak duży koral i dopiero po uważnych przyjrzeniu się
jej można było zobaczyć jej pysk...Widzieliśmy też węża
morskiego pełznącego po dnie oraz kilka żółwi, z czego jeden,
średniej wielkości spał sobie smacznie na koralu, w ogóle nie
przejmując się przepływającymi w pobliżu nurkami... Wyglądał
po prostu bosko! Pod koniec spotkaliśmy żółwia, który wprost
przeciwnie, był bardzo aktywny. Leżał na dnie i wykonywał jakieś
dziwne ruchy, jakby chciał pójść dalej i nie mógł ze względu
na tkwiące przed nim jakieś zielsko. Wydało mi się to dziwne,
żeby taki duży żółw zachowywał się tak bezmyślnie, w końcu
mieszka w tym środowisku nie od dziś i chyba wie jak poradzić
sobie z tego typu przeszkodami. Dopiero po chwili zorientowaliśmy
się, że żółw wcale nie nie próbuje przejść, tylko.... drapie
się tym zielskiem w szyję! Trwało to dobre kilka minut, my sobie
obserwowaliśmy, żółw się drapał i wszyscy byli szczęśliwi.
Drugie nurkowanie odbywało się w
spocie noszącym optymistyczną nazwę Diver's Heaven. Spodziewaliśmy
się po nim wiele i nie zawiedliśmy się. Cały czas płynęliśmy
pośród ślicznych małych, kolorowych rybek i czuliśmy się jak w
super wielkim i pięknym akwarium. Napotykaliśmy znów dużo różnych
pięknych okazów, między innymi, ulubiona część Bartka, wielką
ławicę ryb jack fish (po polsku nazwa jest jakaś taka dziwna –
ostroboki – to z rodziny dorszowatych jeśli Wam coś to mówi), z
którą płynęliśmy spory kawałek, a Bartkowi prawie udało się
wpłynąć do środka. Pod koniec nurkowania widzieliśmy z siedem
żółwi, które pasły się na morskim pastwisku i znów nie
zwracały na nas uwagi :-). Po wyjściu z wody wszyscy byli
zachwyceni nurkowaniem. Byliśmy bardzo zadowoleni z tego drugiego
spotu, chyba gdyby skończyło się na pierwszym, czulibyśmy jednak
lekki niedosyt, chociaż co tu dużo mówić i tak było pięknie!
Człowiek jednak szybko przyzwyczaja się do dobrego i ciągle chce
więcej i więcej.
Na trzecie nurkowanie już się nie
zdecydowaliśmy. Trochę byliśmy poobijani i nie chcieliśmy się
nadwyrężać. Bartka poobcierała pianka, która była troszkę za
ciasna, a mnie niewygodny but nurkowy – w słonej wodzie takie małe
ranki są meeega bolesne. Na domiar złego idąc rano na przystań
potknęłam się o jakiś wystający na środku drogi kawał betonu i
zdarłam skórę na nodze, co również powodowało „lekki
dyskomfort” (na drugi dzień potknęłam się o inny kawałek
betonu i jeszcze ten palec doprawiłam – tak wiem części osób z
mojej rodziny jakoś zupełnie, ale to zupełnie to nie dziwi,
prawda? :P).
Podczas gdy zapaleni nurkowie skoczyli
do wody po raz trzeci, my relaksowaliśmy się na statku ciesząc
się, że mogliśmy zobaczyć tyle pięknych okazów! Bardzo
polubiliśmy nurkowanie i mamy zamiar korzystać w Azji z tego, że
są tu jedne z najlepszych miejscówek na świecie, ile się tylko
da!
Po południu, po powrocie, zasiedliśmy
z naszymi nowymi znajomymi na piwku, a wieczorem skoczyliśmy jeszcze
do naszego ulubionego baru, gdzie podczas happy hour, rum z colą
kosztuje całe... 25 pesos, co w przeliczeniu wynosi może ze 2 zł.
I nie jest to byle jaki drink, nie nie! Nie żałują tego rumu, jak
to zwykle i na całym świecie bywa w trakcie happy hour
Był to też dzień sukcesu
kulinarnego. W knajpce koło naszego centrum nurkowego zjedliśmy
chyba pierwszy, pyszny posiłek na Filipinach. Co prawda Bartek jadł
danie tajskie, a ja włoskie, ale i tak mieliśmy prawdziwą ucztę
smaków i zapachów. Chyba po prostu musimy tu chodzić do droższych
knajp i jakoś przeżyjemy do końca pobytu!
30.05.2013
Następny dzień był wspaniałym
dniem, w trakcie którego nie zrobiliśmy kompletnie nic. No może
niezupełnie, chodziliśmy od plaży do plaży, od baru do baru i tak
w kółko. Tam jedząc śniadanko, tu popijając kawkę, tu sobie
odpoczywając, tam czytając książeczkę. Bajka i tzw. urlop na
wakacjach. To był chyba drugi nasz taki dzień od dwóch miesięcy i
naprawdę nam się należało! Wieczorem spotkaliśmy się z naszą
dive masterką Sophie i „posiedzieliśmy” w naszym ulubionym
barze z happy hour.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz