niedziela, 2 czerwca 2013

Na Filipinach - Panglao - 29/30.05.2013

29.05.2013
Tego dnia znów mieliśmy zanurkować. Tym razem zdecydowaliśmy się na dwa nurki, chociaż mogliśmy w ciągu dnia zmienić zdanie i zdecydować się jeszcze na trzeci. Pogoda była przyjemna, chociaż ku mojemu zaskoczeniu woda nie była już tak ciepła jak na Palawanie. Widocznie tam krążą jakieś ciepłe prądy, które ją dodatkowo ogrzewają... Nie mogę jednak narzekać, woda i tak miała około 30 stopni! Popłynęliśmy w okolice wyspy Balicasag, która jest w tym miejscu jednym z najlepszych spotów nurkowych. Kiedy przebraliśmy się w pianki, zrobiło się wręcz nieznośnie gorąco, przyjemnie więc było wskoczyć do tej „chłodnej” wody. Tak, tak doszło już nawet do tego, że wskakuję ze statku do wody przed nurkowaniem, taka jestem odważna!

Tego dnia byliśmy pod opieką Liama i Sophie, młodziutkiej pary z Wielkiej Brytanii, która robiła właśnie kurs na dive masterów (jak się potem dowiedzieliśmy Liam doszedł do tego poziomu w miesiąc, chyba 20 kwietnia tego roku nurkował po raz pierwszy w życiu!). Nad naszą młodzieżą czuwał z kolei jeden starszy pan, szef szefów, którego imienia niestety nie pamiętam, czuliśmy się więc dobrze zaopiekowani :-). Pierwsze nurkowanie, chociaż dość ciekawe zawiodło jednak trochę nasze oczekiwania. Było o wiele mniej dużych ryb niż w El Nido, a rafa chociaż była również bardzo bogata, była jednak troszkę mniej niesamowita. Widzieliśmy jednak kilka ciekawych okazów, np. czarną bezkształtną rybę, której nazwy oczywiście nie znam, ale która wyglądała jak duży koral i dopiero po uważnych przyjrzeniu się jej można było zobaczyć jej pysk...Widzieliśmy też węża morskiego pełznącego po dnie oraz kilka żółwi, z czego jeden, średniej wielkości spał sobie smacznie na koralu, w ogóle nie przejmując się przepływającymi w pobliżu nurkami... Wyglądał po prostu bosko! Pod koniec spotkaliśmy żółwia, który wprost przeciwnie, był bardzo aktywny. Leżał na dnie i wykonywał jakieś dziwne ruchy, jakby chciał pójść dalej i nie mógł ze względu na tkwiące przed nim jakieś zielsko. Wydało mi się to dziwne, żeby taki duży żółw zachowywał się tak bezmyślnie, w końcu mieszka w tym środowisku nie od dziś i chyba wie jak poradzić sobie z tego typu przeszkodami. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że żółw wcale nie nie próbuje przejść, tylko.... drapie się tym zielskiem w szyję! Trwało to dobre kilka minut, my sobie obserwowaliśmy, żółw się drapał i wszyscy byli szczęśliwi.

Drugie nurkowanie odbywało się w spocie noszącym optymistyczną nazwę Diver's Heaven. Spodziewaliśmy się po nim wiele i nie zawiedliśmy się. Cały czas płynęliśmy pośród ślicznych małych, kolorowych rybek i czuliśmy się jak w super wielkim i pięknym akwarium. Napotykaliśmy znów dużo różnych pięknych okazów, między innymi, ulubiona część Bartka, wielką ławicę ryb jack fish (po polsku nazwa jest jakaś taka dziwna – ostroboki – to z rodziny dorszowatych jeśli Wam coś to mówi), z którą płynęliśmy spory kawałek, a Bartkowi prawie udało się wpłynąć do środka. Pod koniec nurkowania widzieliśmy z siedem żółwi, które pasły się na morskim pastwisku i znów nie zwracały na nas uwagi :-). Po wyjściu z wody wszyscy byli zachwyceni nurkowaniem. Byliśmy bardzo zadowoleni z tego drugiego spotu, chyba gdyby skończyło się na pierwszym, czulibyśmy jednak lekki niedosyt, chociaż co tu dużo mówić i tak było pięknie! Człowiek jednak szybko przyzwyczaja się do dobrego i ciągle chce więcej i więcej.

Na trzecie nurkowanie już się nie zdecydowaliśmy. Trochę byliśmy poobijani i nie chcieliśmy się nadwyrężać. Bartka poobcierała pianka, która była troszkę za ciasna, a mnie niewygodny but nurkowy – w słonej wodzie takie małe ranki są meeega bolesne. Na domiar złego idąc rano na przystań potknęłam się o jakiś wystający na środku drogi kawał betonu i zdarłam skórę na nodze, co również powodowało „lekki dyskomfort” (na drugi dzień potknęłam się o inny kawałek betonu i jeszcze ten palec doprawiłam – tak wiem części osób z mojej rodziny jakoś zupełnie, ale to zupełnie to nie dziwi, prawda? :P).
Podczas gdy zapaleni nurkowie skoczyli do wody po raz trzeci, my relaksowaliśmy się na statku ciesząc się, że mogliśmy zobaczyć tyle pięknych okazów! Bardzo polubiliśmy nurkowanie i mamy zamiar korzystać w Azji z tego, że są tu jedne z najlepszych miejscówek na świecie, ile się tylko da!

Po południu, po powrocie, zasiedliśmy z naszymi nowymi znajomymi na piwku, a wieczorem skoczyliśmy jeszcze do naszego ulubionego baru, gdzie podczas happy hour, rum z colą kosztuje całe... 25 pesos, co w przeliczeniu wynosi może ze 2 zł. I nie jest to byle jaki drink, nie nie! Nie żałują tego rumu, jak to zwykle i na całym świecie bywa w trakcie happy hour
Był to też dzień sukcesu kulinarnego. W knajpce koło naszego centrum nurkowego zjedliśmy chyba pierwszy, pyszny posiłek na Filipinach. Co prawda Bartek jadł danie tajskie, a ja włoskie, ale i tak mieliśmy prawdziwą ucztę smaków i zapachów. Chyba po prostu musimy tu chodzić do droższych knajp i jakoś przeżyjemy do końca pobytu!

30.05.2013
Następny dzień był wspaniałym dniem, w trakcie którego nie zrobiliśmy kompletnie nic. No może niezupełnie, chodziliśmy od plaży do plaży, od baru do baru i tak w kółko. Tam jedząc śniadanko, tu popijając kawkę, tu sobie odpoczywając, tam czytając książeczkę. Bajka i tzw. urlop na wakacjach. To był chyba drugi nasz taki dzień od dwóch miesięcy i naprawdę nam się należało! Wieczorem spotkaliśmy się z naszą dive masterką Sophie i „posiedzieliśmy” w naszym ulubionym barze z happy hour.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz