środa, 26 czerwca 2013

Wizyta w spa... - Malezja - 20.06.2013

Trzeciego dnia w parku Mulu mieliśmy zarezerwowaną całodniową wycieczkę do Deer Cave, z której przechodziło się do Garden of Eden. Pewnie nic te nazwy Wam nie mówią, zaraz więc wszystko wyjaśnię :-). Deer Cave to największa na świecie jaskinia, a dokładniej największe dostępne dla ludzi przejście jaskiniowe. Nie to też nie do końca tak. Ciężko to wytłumaczyć, bo wymyślili sobie jakieś naj a my dokładnie nie wiemy o co chodzi :-). Jaskinia jest jedną wielką, ogromną komorą, która ma ogromne wejście z jednej strony i z drugiej. W środku komora stanowi jedność, nie jest podzielona na kilka pomieszczeń , nie jest połączona tunelami (ale to chyba jasne skoro to komora). I ta wielka komora i to, że można tam wejść i ją zwiedzić jest największym tego typu miejscem na świecie. Myślę, że oni sami nie wiedzą do końca, co tak naprawdę nazwali największym ;-). Prawda jest jednak taka, że jaskinia jest gigantyczna i robi wrażenie. Ale już największe wrażenie robi to, że w owej jaskini mieszka ponad dwa miliony nietoperzy!! W ciągu dnia, kiedy wchodzi się do „ich domu” i spojrzy w górę widać na sklepieniu gigantyczne czarne plamy. To właśnie zgrupowane nietoperze, które wisząc sobie głowami do dołu miło spędzają czas, wcale nie na spaniu, jakby się można było spodziewać, a na plotkach z kolegami :-). Tak nam powiedział przewodnik. Nietoperze śpią kilkanaście minut, potem lecą w celach towarzyskich do innego nietoperza, gaworzą sobie i znów na chwilę idą spać. W jaskini słychać doskonale to gaworzenie, trochę takie jakby piski dochodzące z daleka. Przeszliśmy całą, a raczej prawie całą jaskinię, w oparach nietoperzowego guano, które szczelnie wyściela dno... Zapach nie należał do najprzyjemniejszych, najgorszego jednak jeszcze nie wiedzieliśmy....

W pewnym momencie nasz przewodnik kazał nam zejść z drewnianej kładki i oznajmił, że dalej będziemy się wspinać po skałkach i nie byłoby w tym nic strasznego, bo skałki nie były zbyt wysokie, gdyby nie to guano, które pokrywało dosłownie wszystko. Kupa nietoperza to niekoniecznie to, w czym akurat miałam ochotę się taplać, pomimo tego, że niektórzy zachwalają dużą w niej zawartość zdrowych minerałów... ;-) Podobno w tych odchodach, które pokrywają całą jaskinię żyje cały ekosystem robaków i innych żyjątek, które są najzwyczajniej w świecie mieszkańcami jaskini i naukowcy podniecają się również i nimi. Co kto lubi, nieprawdaż? De gustibus non disputandum. Na szczęście obecnie w Mulu jest jakaś tam forma pory suchej, więc w jaskini również nie było mokro, a guano było w formie czarnego proszku, który za to bardzo łatwo się do wszystkiego przyklejał, np. do naszej skóry. Możecie pomyśleć, że chyba nam odbiło skoro decydujemy się taplać w g.... i jeszcze za to płacimy. No właśnie, ale uwierzcie mi, że decyduje się na to sporo ludzi, musi to więc być jakaś forma atrakcji ;-). Po przejściu przez guano i jaskinię, przeszliśmy przez rzekę, która na szczęście w najgłębszych miejscach sięgała do pół łydki, a potem przez dżunglę. Naszym celem był wodospad i miejsce o wdzięcznej, chociaż może nie bardzo dźwięcznej (chyba, że ktoś jest fanem G N'R) Garden of Eden (z ang. Rajskie Ogrody). Garden of Eden to miejsce, które powstało w wyniku zawalenia się części jaskini Deer Cave. Miało to miejsce kilka milionów lat temu. Gdyby nie to zawalisko jaskinia mogłaby faktycznie i śmiało bić różne rekordy.

Sam wodospad nie był bardzo spektakularny, ale tuż pod nim utworzył się naturalny basen, w którym zaraz po pikniku, lubiący chłodną wodę poszli pływać. Ja oczywiście nie lubię chłodnej wody więc poszłam tylko robić Ukochanemu zdjęcia. Niektórzy nawet zdecydowali się skakać do baseniku ze skały, co raczej nie było niebezpieczne, bo woda pod skałą miała głębokość co najmniej 2 metrów. Bartek jednak się na to nie zdecydował, bo nie jesteśmy do końca pewni co pokrywa, a czego nie, nasze ubezpieczenie ;-). Żarcik...
Niestety, aby wrócić do cywilizacji, musieliśmy pokonać dokładnie tę samą drogę. Drogę przez g... uano. Było nawet gorzej, ponieważ musieliśmy schodzić po skałkach, co jak wiadomo, w warunkach mało idealnych jest o wiele trudniejsze niż wspinaczka. Wszystkie obecne kobiety strasznie przeżywały stan swojej skóry, ale po jakimś czasie przestałyśmy się tym przejmować ponieważ czekała nas jeszcze jedna i to niemała atrakcja!

Każdego wieczoru, poza tymi, kiedy pada, w parku Mulu, w jaskini Deer Cave, ma miejsce niesamowite i wyjątkowe zjawisko.
Wszystkie nietoperze zamieszkujące jaskinię jak na komendę zaczynają tak zwany eksodus. Polega to na tym, że sznury, grupy (no nie wiem jak to nazwać, zobaczycie zdjęcia) nietoperzy wylatują z jaskini na wieczorne i nocne polowanie. Wygląda to niesamowicie, jak czarny wąż na niebie. A może czarny i rozciągnięty rój pszczół. Niektórzy mówią, że wygląda to jak smok, to już zależy jaką kto ma wyobraźnię i czego się boi :-) Jakkolwiek by to nie wyglądało, na pewno wygląda super. Całe zjawisko trwa ponad pół godziny (po tym czasie już nam się znudziło i sobie poszliśmy więc nie wiemy dokładnie, ile) i wywołuje euforię chińskich turystów. Nie, nie żartuję. Za każdym razem, kiedy kolejna grupa nietoperzy wylatywała z jaskini, krzyczeli oni : OOOOOOOOO, AAAAAAAAAA, UUUUUUUUU. Ciężko mi to opisać, ale brzmiało to komicznie. W końcu Bartek zaczął ich naśladować i pan siedzący obok nas, chyba też Chińczyk, powiedział lekceważąco: they are from Hongkong... Widocznie to wszystko wyjaśnia. Nie wiemy na pewno, zbyt krótko byliśmy w Hongkongu.
Dzień był długi, ale podobało nam się w sumie nawet to chodzenie po jaskini, zawsze to jakaś przygoda i zawsze potem można wziąć prysznic :-).



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz