Trzeciego dnia w parku Mulu mieliśmy
zarezerwowaną całodniową wycieczkę do Deer Cave, z której
przechodziło się do Garden of Eden. Pewnie nic te nazwy Wam nie
mówią, zaraz więc wszystko wyjaśnię :-). Deer Cave to największa
na świecie jaskinia, a dokładniej największe dostępne dla ludzi
przejście jaskiniowe. Nie to też nie do końca tak. Ciężko to
wytłumaczyć, bo wymyślili sobie jakieś naj a my dokładnie nie
wiemy o co chodzi :-). Jaskinia jest jedną wielką, ogromną komorą,
która ma ogromne wejście z jednej strony i z drugiej. W środku
komora stanowi jedność, nie jest podzielona na kilka pomieszczeń ,
nie jest połączona tunelami (ale to chyba jasne skoro to komora). I
ta wielka komora i to, że można tam wejść i ją zwiedzić jest
największym tego typu miejscem na świecie. Myślę, że oni sami
nie wiedzą do końca, co tak naprawdę nazwali największym ;-).
Prawda jest jednak taka, że jaskinia jest gigantyczna i robi
wrażenie. Ale już największe wrażenie robi to, że w owej jaskini
mieszka ponad dwa miliony nietoperzy!! W ciągu dnia, kiedy wchodzi
się do „ich domu” i spojrzy w górę widać na sklepieniu
gigantyczne czarne plamy. To właśnie zgrupowane nietoperze, które
wisząc sobie głowami do dołu miło spędzają czas, wcale nie na
spaniu, jakby się można było spodziewać, a na plotkach z kolegami
:-). Tak nam powiedział przewodnik. Nietoperze śpią kilkanaście
minut, potem lecą w celach towarzyskich do innego nietoperza,
gaworzą sobie i znów na chwilę idą spać. W jaskini słychać
doskonale to gaworzenie, trochę takie jakby piski dochodzące z
daleka. Przeszliśmy całą, a raczej prawie całą jaskinię, w
oparach nietoperzowego guano, które szczelnie wyściela
dno... Zapach nie należał do
najprzyjemniejszych, najgorszego jednak jeszcze nie wiedzieliśmy....
W pewnym momencie nasz przewodnik kazał
nam zejść z drewnianej kładki i oznajmił, że dalej będziemy się
wspinać po skałkach i nie byłoby w tym nic strasznego, bo skałki
nie były zbyt wysokie, gdyby nie to guano, które pokrywało
dosłownie wszystko. Kupa nietoperza to niekoniecznie to, w czym
akurat miałam ochotę się taplać, pomimo tego, że niektórzy
zachwalają dużą w niej zawartość zdrowych minerałów... ;-)
Podobno w tych odchodach, które pokrywają całą jaskinię żyje
cały ekosystem robaków i innych żyjątek, które są
najzwyczajniej w świecie mieszkańcami jaskini i naukowcy podniecają
się również i nimi. Co kto lubi, nieprawdaż?
De gustibus non disputandum. Na szczęście obecnie w
Mulu jest jakaś tam forma pory suchej, więc w jaskini również nie
było mokro, a guano było w formie czarnego proszku, który za to
bardzo łatwo się do wszystkiego przyklejał, np. do naszej skóry.
Możecie pomyśleć, że chyba nam odbiło skoro decydujemy się
taplać w g.... i jeszcze za to płacimy. No właśnie, ale uwierzcie
mi, że decyduje się na to sporo ludzi, musi to więc być jakaś
forma atrakcji ;-). Po przejściu przez guano i jaskinię,
przeszliśmy przez rzekę, która na szczęście w najgłębszych
miejscach sięgała do pół łydki, a potem przez dżunglę. Naszym
celem był wodospad i miejsce o wdzięcznej, chociaż może nie
bardzo dźwięcznej (chyba, że ktoś jest fanem G N'R) Garden of
Eden (z ang. Rajskie Ogrody). Garden of Eden to miejsce, które
powstało w wyniku zawalenia się części jaskini Deer Cave. Miało
to miejsce kilka milionów lat temu. Gdyby nie to zawalisko jaskinia
mogłaby faktycznie i śmiało bić różne rekordy.
Sam wodospad nie był bardzo
spektakularny, ale tuż pod nim utworzył się naturalny basen, w
którym zaraz po pikniku, lubiący chłodną wodę poszli pływać.
Ja oczywiście nie lubię chłodnej wody więc poszłam tylko robić
Ukochanemu zdjęcia. Niektórzy nawet zdecydowali się skakać do
baseniku ze skały, co raczej nie było niebezpieczne, bo woda pod
skałą miała głębokość co najmniej 2 metrów. Bartek jednak się
na to nie zdecydował, bo nie jesteśmy do końca pewni co pokrywa, a
czego nie, nasze ubezpieczenie ;-). Żarcik...
Niestety, aby wrócić do cywilizacji,
musieliśmy pokonać dokładnie tę samą drogę. Drogę przez g...
uano. Było nawet gorzej, ponieważ musieliśmy schodzić po
skałkach, co jak wiadomo, w warunkach mało idealnych jest o wiele
trudniejsze niż wspinaczka. Wszystkie obecne kobiety strasznie
przeżywały stan swojej skóry, ale po jakimś czasie przestałyśmy
się tym przejmować ponieważ czekała nas jeszcze jedna i to
niemała atrakcja!
Każdego wieczoru, poza tymi, kiedy
pada, w parku Mulu, w jaskini Deer Cave, ma miejsce niesamowite i
wyjątkowe zjawisko.
Wszystkie nietoperze zamieszkujące
jaskinię jak na komendę zaczynają tak zwany eksodus.
Polega to na tym, że sznury, grupy (no nie wiem jak to nazwać,
zobaczycie zdjęcia) nietoperzy wylatują z jaskini na wieczorne i
nocne polowanie. Wygląda to niesamowicie, jak czarny wąż na
niebie. A może czarny i rozciągnięty rój pszczół. Niektórzy
mówią, że wygląda to jak smok, to już zależy jaką kto ma
wyobraźnię i czego się boi :-) Jakkolwiek by to nie wyglądało,
na pewno wygląda super. Całe zjawisko trwa ponad pół godziny (po
tym czasie już nam się znudziło i sobie poszliśmy więc nie wiemy
dokładnie, ile) i wywołuje euforię chińskich turystów. Nie, nie
żartuję. Za każdym razem, kiedy kolejna grupa nietoperzy
wylatywała z jaskini, krzyczeli oni : OOOOOOOOO, AAAAAAAAAA,
UUUUUUUUU. Ciężko mi to opisać, ale brzmiało to komicznie. W
końcu Bartek zaczął ich naśladować i pan siedzący obok nas,
chyba też Chińczyk, powiedział lekceważąco: they are from
Hongkong... Widocznie to wszystko wyjaśnia. Nie wiemy na pewno, zbyt
krótko byliśmy w Hongkongu.
Dzień był długi, ale podobało nam
się w sumie nawet to chodzenie po jaskini, zawsze to jakaś przygoda
i zawsze potem można wziąć prysznic :-).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz