28.05.2013
Tego dnia w planie mieliśmy przenieść
się na wyspę Panglao, trochę jeszcze poplażować, oraz załatwić
sobie nurkowanie. Powiedziano nam, że tutejsze rafy nie mają sobie
równych i są w czołówce światowych miejsc nurkowych. Zanim
jednak pojechaliśmy to sprawdzić, mieliśmy jeszcze w planie
odwiedzenie sanktuarium tarsierów – po polsku wyraków (kto
wymyślił tę okropną nazwę).
Zwierzątka te zamieszkują tutejsze
lasy i są gatunkiem „prawie” zagrożonym wyginięciem.
Działalność człowieka, wycinanie lasów, ich naturalnego
środowiska życia, oraz łapanie ich w celu zrobienia z nich
zwierzątek domowych i atrakcji turystycznej, poważnie zaczynają
zagrażać tym małym małpkom. Sanktuarium ma na celu opiekę nad
tymi maluchami, pieniądze z biletów idą ponoć na ich ochronę.
Sanktuarium to nie małe zoo. Zaaranżowano duży „wybieg”, gdzie
tarsierki żyją w swoim naturalnym środowisku, polują, śpią,
rozmnażają się, itd. Odwiedzający mogą przejść się po takim
wybiegu z przewodnikiem, tylko i wyłącznie wytyczonymi ścieżkami
i ze stosunkowo niedużej odległości poobserwować te urocze
zwierzaki. Dzień, to czas kiedy wyraki śpią lub odpoczywają po
nocnych polowaniach, nie ma więc problemu ze znalezieniem ich i
podpatrzeniem jak wyglądają. Siedzą sobie na gałązce i łypią
na zwiedzających wielkimi oczami, lub po prostu śpią. Nie
wyglądają na przestraszone czy specjalnie przejęte obecnością
człowieka. Wyraki to podobne bardzo terytorialne zwierzęta, choć
ich terytorium stanowi bardzo ograniczony obszar – czasem jest to
po prostu jedno drzewo. Niespecjalnie się z niego ruszają,
pożywienie w postaci owadów przychodzi do nich samo... A kiedy na
ich terytorium pojawia się jakiś obcy osobnik, zazwyczaj wywiązuje
się bójka... Wyraki są z wyglądu bardzo śmieszne i wyglądają
jak zabawka stworzona przez kogoś z dużym poczuciem humoru i
wyobraźnią. Ich ogromne oczy podobno dorównują wielkością
mózgowi! W stosunku do rozmiaru całego ciała są 150 razy większe
od oczu człowieka! Mają też niesamowicie długie ogony, które
pozwalają im utrzymać równowagę na drzewie, głowę, którą mogą
obkręcać o 360 stopni i uszy, które poruszają się w kierunku
dźwięku! Przez niektórych nazywane są najmniejszymi naczelnymi na
świecie, chociaż podobno nie jest to do końca prawda i bliżej im
z jakichś nieznanych mi względów do lemurowatych.
Wszystkie te informacje były nam znane
zanim pojechaliśmy do sanktuarium. Wiedzieliśmy też, że tarsiery
są malutkie i mieszczą się na dłoni. A jednak, kiedy zobaczyłam
pierwszą malutką małpiatkę (która notabene była dorosłym
osobnikiem), nie mogłam uwierzyć w to jak mikre i kruche jest to
zwierzątko. Do tego te wielkie ślipia wnikliwie wpatrujące się w
nas, stojących i zachwycających się nimi ludzi... Widok był
naprawdę niesamowity, do tego stopnia, że wzruszyłam się ogromnie
i prawie uroniłam kilka łez. Nie wiem do końca czemu, ale widok
dzikich istot zawsze wywołuje u mnie uczucie wzruszenia i jakiegoś
rodzaju mistycyzmu.
Wracając do małpiatek, staraliśmy
się wręcz nie oddychać, żeby tylko im nie przeszkadzać. W sumie
przewodniczka zaprowadziła nas do 4 osobników, chociaż dwa z nich
smacznie spały i były schowane za gałęziami, w związku z czym
nie mogliśmy zbyt dobrze się im przyjrzeć. Na szczęście dwa małe
wyraki były w trochę bardziej dostępnych miejscach, więc nie
niepokojąc ich mogliśmy trochę je podejrzeć.
Nie dziwię się, że ludzie chcą je
mieć jako pupilki w domu, wyglądają po prostu przesłodko.
Niestety tarsiery nie są przystosowane do życia w niewoli. Osobnik
na wolności żyje nawet dwadzieścia parę lat, podczas gdy w
niewoli okres ich życia nie przekracza dwóch! Krąży plotka, że
wyraki w niewoli popełniają samobójstwo. Może nie do końca jest
to samobójstwo, wyraki zaczynają po prostu pod wpływem stresu
uderzać głową o twarde przedmioty, przy czym mają bardzo kruche
czaszki, które tych uderzeń nie wytrzymują. Jest to więc raczej
tragiczny skutek próby radzenia sobie ze stresem, strachem,
nieszczęściem, a nie intencjonalne samounicestwienie. A jednak to
bardzo dramatyczne i straszny jest fakt, że pomimo dużej wiedzy na
temat tych zwierzątek ludzie nadal je łapią i próbują
przetrzymywać, często niestety w celach zarobkowych – aby zwabić
turystów... W sanktuarium warunki zapewnione wyrakom są naprawdę
bardzo dobre i przewodnicy bardzo dbają o to, żeby nie były one
niepokojone, np. samice w ciąży są transportowane do specjalnych
miejsc, gdzie nikt nie może im przeszkadzać. Mam nadzieję, że
świadomość na temat zagrożeń jakie niesie działalność
człowieka będzie cały czas rosnąć i nie dojdzie do tego, że
tarsiery staną się faktycznie gatunkiem zagrożonym wyginięciem.
Zanim wróciliśmy do hotelu,
pożegnaliśmy się z naszym motorem (wypożycza się go na 24
godziny) i kupiliśmy bilety na powrotny prom. W hotelu sprawnie się
spakowaliśmy,ale i tak nie bardzo mogliśmy go opuścić, ponieważ
zaczął padać rzęsisty deszcz. Dopiero po 13 przestało padać na
tyle, że mogliśmy w końcu ruszyć w drogę. Poszliśmy na
przystanek jeepney'ów, czyli lokalnych autobusów. Jeepneye to byłe
amerykańskie samochody wojskowe, sprzed kilkudziesięciu lat, które
w bardzo pomysłowy sposób zostały przerobione przez Filipińczyków
na środki publicznego transportu. Oczywiście nie jest to
najwygodniejszy pojazd jaki można sobie wymarzyć, ale jest bardzo
tani i na krótkich dystansach sprawdza się świetnie.
Dostanie się na wyspę Panglao zajęło
nam około godziny. Nazwa Panglao cały czas kojarzy mi się z
Panglossem, nauczycielem
Kandyda, który był nieuleczalnym optymistą (którego optymizm
niestety doprowadzał do wielu nieszczęść) i zawsze mówił
„wszystko dzieje się najlepiej na tym najlepszym z możliwych
światów...”. To by się nawet zgadzało :-)
Zaraz po dojechaniu w okolice Alona
Beach, naszego miejsca docelowego dopadli nas naganiacze próbujący
wcisnąć nam: pokoje, motocykle, wycieczki krajoznawcze, podglądanie
delfinów, rekinów wielorybich, itd... Postanowiliśmy jednak
znaleźć pokój na własną rękę i po długich poszukiwaniach, w
końcu nam się udało. Tzn udało się Bartkowi, który dzielnie
kontynuował oględziny, podczas gdy ja zrezygnowana, zmęczona i
zła, zostałam na jakiejś plaży z plecakami, które mocno już nam
ciążyły. Niestety miejsca noclegowe w tcyh okolicach mają mocno
zawyżone ceny. W głowie mi się nie mieściło, że mam płacić za
tak średni standard ok. 25 dolarów za noc, podczas gdy w innych
miejscach mielibyśmy za tę cenę porządny pokój z klimatyzacją,
ciepłą wodą i ze śniadaniem... Niestety „kurorty” rządzą
się swoimi prawami. Bartkowi udało się znaleźć lokum w miejscu
trochę oddalonym od plaży, ale w mieliśmy duży pokój, z w miarę
porządną łazienką i przyjemną werandą, za rozsądną cenę 700
PHP.
Wieczorem poszliśmy jeszcze załatwić
sobie nurkowanie na dzień następny, co udało się w miarę
sprawnie, mogliśmy więc spokojnie oddać się lenistwu...
Spodziewaliśmy się trochę lepszej
plaży na Alona Beach, jednak trzeba zawsze pamiętać, że to co
pokazują zdjęcia w internecie, trzeba co najmniej podzielić na pół
:-) Plaża była ładna, ale wąska i troszkę nieuporządkowana.
Wieczorem była zastawiona stolikami restauracyjnymi, trudno było
znaleźć spokojne miejsce. No cóż chyba musimy się poddać i w
końcu zaakceptować fakt, że jedyna spokojna plaża na Filipinach
to ta, którą już mamy za sobą – plaża w Sabang :-)
To co nas wkurzało na Panglao, a czego
nie widzieliśmy w takiej skali w żadnym innym miejscu, to
wspomniana już przeze mnie wyżej masowa działalność naganiaczy,
którzy dwoją się i troją, żeby cokolwiek nam wcisnąć. Chodzą
z kolorowymi folderami i prawie wsadzają je biednemu turyście w
twarz, próbując zwrócić na siebie uwagę, przy czym kolejny
naganiacz znajduje się średnio w odległości 10 metrów od
poprzedniego (nie przesadzam!) i serwuje dokładnie taki sam folder i
tę samą gadkę. Po kilkunastu takich „spotkaniach” traci się
cierpliwość i nie ma się ochoty nawet odpowiadać „no thank
you”. Wkurzać się też nie ma sensu, bo skąd naganiacz na jednym
końcu plaży będzie wiedział, że 10 minut wcześniej wkurzyłam
się na jego kolegę po fachu... Masakra. Czasem wdawałam się z
nimi w rozmowy, mówiąc np. że strasznie nie lubię pływać, robić
tego tamtego, albo, że jesteśmy leniwi i nie lubimy robić nic!
Najlepiej jednak zachować zimną krew i nie mówić nic. Naganiacze
byli, są i będą, jak Azja Azją, a białas białasem (czyt. łatwym
łupem).
Całe szczęście, że w tym wszystkim
nie można jednak powiedzieć o Filipińczykach złego słowa. Są to
najmilsi ludzie na świecie. Wiele razy spotkaliśmy się z tym, że
chcą nam bezinteresownie pomóc, zagadują nas z czystej chęci
dowiedzenia się co tu robimy i kim jesteśmy, pozdrawiają nas,
chociaż nas nie znają... Kiedy jeździliśmy na motorze po wyspie
Bohol, bardzo często ludzie machali nam, krzyczeli „hello”,
uśmiechali się do nas, zagadywali. I wszystko to było takie
spontaniczne i miłe, bez chęci uzyskania jakiejś korzyści dla
siebie, co np. było nagminne w Indiach. Oni są tak mili, że nawet
kiedy ma się już ich dość (tzn. tych naganiaczy) i kiedy człowiek
troszkę się zirytuje, to oni wtedy przepraszają, zaczynają się
przyjaźnie śmiać i odchodzą. Nie można się na nich długo
gniewać, po prostu nie można. Są naprawdę kochani i chociaż są
między nami duże różnice kulturowe, co jest rzeczą najzupełniej
normalną, to czujemy się wśród nich autentycznie dobrze i
spokojnie.
skąd ten wrzesień w tytule???? ;)))
OdpowiedzUsuńhaha, nie mam pojęcia, już poprawiam!
UsuńMi właśnie bardzo podobało się na Filipinach, że nie było naganiaczy, ale jak widać są i takie miejsca...
OdpowiedzUsuńE.
no właśnie, chyba w tych mega turystycznych miejscach jednak są. Ale jeszcze gorzej było na Boracay...
Usuń