niedziela, 2 czerwca 2013

Na Filipinach - 28.05.2013

28.05.2013
Tego dnia w planie mieliśmy przenieść się na wyspę Panglao, trochę jeszcze poplażować, oraz załatwić sobie nurkowanie. Powiedziano nam, że tutejsze rafy nie mają sobie równych i są w czołówce światowych miejsc nurkowych. Zanim jednak pojechaliśmy to sprawdzić, mieliśmy jeszcze w planie odwiedzenie sanktuarium tarsierów – po polsku wyraków (kto wymyślił tę okropną nazwę).

Zwierzątka te zamieszkują tutejsze lasy i są gatunkiem „prawie” zagrożonym wyginięciem. Działalność człowieka, wycinanie lasów, ich naturalnego środowiska życia, oraz łapanie ich w celu zrobienia z nich zwierzątek domowych i atrakcji turystycznej, poważnie zaczynają zagrażać tym małym małpkom. Sanktuarium ma na celu opiekę nad tymi maluchami, pieniądze z biletów idą ponoć na ich ochronę. Sanktuarium to nie małe zoo. Zaaranżowano duży „wybieg”, gdzie tarsierki żyją w swoim naturalnym środowisku, polują, śpią, rozmnażają się, itd. Odwiedzający mogą przejść się po takim wybiegu z przewodnikiem, tylko i wyłącznie wytyczonymi ścieżkami i ze stosunkowo niedużej odległości poobserwować te urocze zwierzaki. Dzień, to czas kiedy wyraki śpią lub odpoczywają po nocnych polowaniach, nie ma więc problemu ze znalezieniem ich i podpatrzeniem jak wyglądają. Siedzą sobie na gałązce i łypią na zwiedzających wielkimi oczami, lub po prostu śpią. Nie wyglądają na przestraszone czy specjalnie przejęte obecnością człowieka. Wyraki to podobne bardzo terytorialne zwierzęta, choć ich terytorium stanowi bardzo ograniczony obszar – czasem jest to po prostu jedno drzewo. Niespecjalnie się z niego ruszają, pożywienie w postaci owadów przychodzi do nich samo... A kiedy na ich terytorium pojawia się jakiś obcy osobnik, zazwyczaj wywiązuje się bójka... Wyraki są z wyglądu bardzo śmieszne i wyglądają jak zabawka stworzona przez kogoś z dużym poczuciem humoru i wyobraźnią. Ich ogromne oczy podobno dorównują wielkością mózgowi! W stosunku do rozmiaru całego ciała są 150 razy większe od oczu człowieka! Mają też niesamowicie długie ogony, które pozwalają im utrzymać równowagę na drzewie, głowę, którą mogą obkręcać o 360 stopni i uszy, które poruszają się w kierunku dźwięku! Przez niektórych nazywane są najmniejszymi naczelnymi na świecie, chociaż podobno nie jest to do końca prawda i bliżej im z jakichś nieznanych mi względów do lemurowatych.

Wszystkie te informacje były nam znane zanim pojechaliśmy do sanktuarium. Wiedzieliśmy też, że tarsiery są malutkie i mieszczą się na dłoni. A jednak, kiedy zobaczyłam pierwszą malutką małpiatkę (która notabene była dorosłym osobnikiem), nie mogłam uwierzyć w to jak mikre i kruche jest to zwierzątko. Do tego te wielkie ślipia wnikliwie wpatrujące się w nas, stojących i zachwycających się nimi ludzi... Widok był naprawdę niesamowity, do tego stopnia, że wzruszyłam się ogromnie i prawie uroniłam kilka łez. Nie wiem do końca czemu, ale widok dzikich istot zawsze wywołuje u mnie uczucie wzruszenia i jakiegoś rodzaju mistycyzmu.
Wracając do małpiatek, staraliśmy się wręcz nie oddychać, żeby tylko im nie przeszkadzać. W sumie przewodniczka zaprowadziła nas do 4 osobników, chociaż dwa z nich smacznie spały i były schowane za gałęziami, w związku z czym nie mogliśmy zbyt dobrze się im przyjrzeć. Na szczęście dwa małe wyraki były w trochę bardziej dostępnych miejscach, więc nie niepokojąc ich mogliśmy trochę je podejrzeć.

Nie dziwię się, że ludzie chcą je mieć jako pupilki w domu, wyglądają po prostu przesłodko. Niestety tarsiery nie są przystosowane do życia w niewoli. Osobnik na wolności żyje nawet dwadzieścia parę lat, podczas gdy w niewoli okres ich życia nie przekracza dwóch! Krąży plotka, że wyraki w niewoli popełniają samobójstwo. Może nie do końca jest to samobójstwo, wyraki zaczynają po prostu pod wpływem stresu uderzać głową o twarde przedmioty, przy czym mają bardzo kruche czaszki, które tych uderzeń nie wytrzymują. Jest to więc raczej tragiczny skutek próby radzenia sobie ze stresem, strachem, nieszczęściem, a nie intencjonalne samounicestwienie. A jednak to bardzo dramatyczne i straszny jest fakt, że pomimo dużej wiedzy na temat tych zwierzątek ludzie nadal je łapią i próbują przetrzymywać, często niestety w celach zarobkowych – aby zwabić turystów... W sanktuarium warunki zapewnione wyrakom są naprawdę bardzo dobre i przewodnicy bardzo dbają o to, żeby nie były one niepokojone, np. samice w ciąży są transportowane do specjalnych miejsc, gdzie nikt nie może im przeszkadzać. Mam nadzieję, że świadomość na temat zagrożeń jakie niesie działalność człowieka będzie cały czas rosnąć i nie dojdzie do tego, że tarsiery staną się faktycznie gatunkiem zagrożonym wyginięciem.

Zanim wróciliśmy do hotelu, pożegnaliśmy się z naszym motorem (wypożycza się go na 24 godziny) i kupiliśmy bilety na powrotny prom. W hotelu sprawnie się spakowaliśmy,ale i tak nie bardzo mogliśmy go opuścić, ponieważ zaczął padać rzęsisty deszcz. Dopiero po 13 przestało padać na tyle, że mogliśmy w końcu ruszyć w drogę. Poszliśmy na przystanek jeepney'ów, czyli lokalnych autobusów. Jeepneye to byłe amerykańskie samochody wojskowe, sprzed kilkudziesięciu lat, które w bardzo pomysłowy sposób zostały przerobione przez Filipińczyków na środki publicznego transportu. Oczywiście nie jest to najwygodniejszy pojazd jaki można sobie wymarzyć, ale jest bardzo tani i na krótkich dystansach sprawdza się świetnie.

Dostanie się na wyspę Panglao zajęło nam około godziny. Nazwa Panglao cały czas kojarzy mi się z Panglossem, nauczycielem Kandyda, który był nieuleczalnym optymistą (którego optymizm niestety doprowadzał do wielu nieszczęść) i zawsze mówił „wszystko dzieje się najlepiej na tym najlepszym z możliwych światów...”. To by się nawet zgadzało :-)

Zaraz po dojechaniu w okolice Alona Beach, naszego miejsca docelowego dopadli nas naganiacze próbujący wcisnąć nam: pokoje, motocykle, wycieczki krajoznawcze, podglądanie delfinów, rekinów wielorybich, itd... Postanowiliśmy jednak znaleźć pokój na własną rękę i po długich poszukiwaniach, w końcu nam się udało. Tzn udało się Bartkowi, który dzielnie kontynuował oględziny, podczas gdy ja zrezygnowana, zmęczona i zła, zostałam na jakiejś plaży z plecakami, które mocno już nam ciążyły. Niestety miejsca noclegowe w tcyh okolicach mają mocno zawyżone ceny. W głowie mi się nie mieściło, że mam płacić za tak średni standard ok. 25 dolarów za noc, podczas gdy w innych miejscach mielibyśmy za tę cenę porządny pokój z klimatyzacją, ciepłą wodą i ze śniadaniem... Niestety „kurorty” rządzą się swoimi prawami. Bartkowi udało się znaleźć lokum w miejscu trochę oddalonym od plaży, ale w mieliśmy duży pokój, z w miarę porządną łazienką i przyjemną werandą, za rozsądną cenę 700 PHP.

Wieczorem poszliśmy jeszcze załatwić sobie nurkowanie na dzień następny, co udało się w miarę sprawnie, mogliśmy więc spokojnie oddać się lenistwu...
Spodziewaliśmy się trochę lepszej plaży na Alona Beach, jednak trzeba zawsze pamiętać, że to co pokazują zdjęcia w internecie, trzeba co najmniej podzielić na pół :-) Plaża była ładna, ale wąska i troszkę nieuporządkowana. Wieczorem była zastawiona stolikami restauracyjnymi, trudno było znaleźć spokojne miejsce. No cóż chyba musimy się poddać i w końcu zaakceptować fakt, że jedyna spokojna plaża na Filipinach to ta, którą już mamy za sobą – plaża w Sabang :-)

To co nas wkurzało na Panglao, a czego nie widzieliśmy w takiej skali w żadnym innym miejscu, to wspomniana już przeze mnie wyżej masowa działalność naganiaczy, którzy dwoją się i troją, żeby cokolwiek nam wcisnąć. Chodzą z kolorowymi folderami i prawie wsadzają je biednemu turyście w twarz, próbując zwrócić na siebie uwagę, przy czym kolejny naganiacz znajduje się średnio w odległości 10 metrów od poprzedniego (nie przesadzam!) i serwuje dokładnie taki sam folder i tę samą gadkę. Po kilkunastu takich „spotkaniach” traci się cierpliwość i nie ma się ochoty nawet odpowiadać „no thank you”. Wkurzać się też nie ma sensu, bo skąd naganiacz na jednym końcu plaży będzie wiedział, że 10 minut wcześniej wkurzyłam się na jego kolegę po fachu... Masakra. Czasem wdawałam się z nimi w rozmowy, mówiąc np. że strasznie nie lubię pływać, robić tego tamtego, albo, że jesteśmy leniwi i nie lubimy robić nic! Najlepiej jednak zachować zimną krew i nie mówić nic. Naganiacze byli, są i będą, jak Azja Azją, a białas białasem (czyt. łatwym łupem).

Całe szczęście, że w tym wszystkim nie można jednak powiedzieć o Filipińczykach złego słowa. Są to najmilsi ludzie na świecie. Wiele razy spotkaliśmy się z tym, że chcą nam bezinteresownie pomóc, zagadują nas z czystej chęci dowiedzenia się co tu robimy i kim jesteśmy, pozdrawiają nas, chociaż nas nie znają... Kiedy jeździliśmy na motorze po wyspie Bohol, bardzo często ludzie machali nam, krzyczeli „hello”, uśmiechali się do nas, zagadywali. I wszystko to było takie spontaniczne i miłe, bez chęci uzyskania jakiejś korzyści dla siebie, co np. było nagminne w Indiach. Oni są tak mili, że nawet kiedy ma się już ich dość (tzn. tych naganiaczy) i kiedy człowiek troszkę się zirytuje, to oni wtedy przepraszają, zaczynają się przyjaźnie śmiać i odchodzą. Nie można się na nich długo gniewać, po prostu nie można. Są naprawdę kochani i chociaż są między nami duże różnice kulturowe, co jest rzeczą najzupełniej normalną, to czujemy się wśród nich autentycznie dobrze i spokojnie.

4 komentarze:

  1. skąd ten wrzesień w tytule???? ;)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi właśnie bardzo podobało się na Filipinach, że nie było naganiaczy, ale jak widać są i takie miejsca...
    E.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie, chyba w tych mega turystycznych miejscach jednak są. Ale jeszcze gorzej było na Boracay...

      Usuń