„Dżungla, dżungla, jaka wielka
dżungla...” - a może piękna. Była kiedyś taka piosenka i
podobno nawet ją śpiewałam, jak byłam mała. Był też taki
wierszyk: „kochana mamo jak będę duży, to ci przywiozę małpkę
z podróży” – ten poemat z kolei chyba recytował mój brat w
przedszkolu :-). Nie martw się mamo, żadnej małpki nie będzie tym
razem. Swoją drogą kto wymyślał te nieekologiczne wierszyki! :-)
Doczekaliśmy się swojej dżungli i
mieliśmy jej pod dostatkiem! Kręcimy się cały czas po wschodniej
części malezyjskiego Borneo, w regionie zwanym Sabah. W tym oto
regionie znajduje się rzeka Kinabatangan, która ma długość 560
km i meandruje sobie w głąb Borneo, zbierając po drodze mnóstwo
dżunglowych śmieci. Rzeka jest koloru ciemnej kawy z mlekiem i za
nic w świecie nie wsadziłabym do niej ręki. Nie dlatego, że jest
brudna, swój kolor zawdzięcza raczej błotnistym, osuwającym się
brzegom, a dlatego, że jest domem wielkich, groźnych krokodyli. W
przewodniku napisano – jeśli dorwie cię krokodyl, nie daj się
wciągnąć pod wodę, ponieważ skończy się to twoją śmiercią.
A czym się skończy jeśli krokodyl nie wciągnie cię pod wodę i
czy w ogóle jest taka opcja, że nie wciągnie? Kuriozum. Nie
sprawdziliśmy tego, więc niczego na pewno nie wiemy :-).
Nad Kinabatangan można zaobserwować
bardzo wiele gatunków dzikich zwierząt – od ptaków, przez różne
gatunki małp, po słonie i krokodyle. To wielka atrakcja dla
miłośników przyrody, ale niestety również kolejna okazja do
refleksji... Zwierzęta te pewnie nigdy nie pchałyby się tak blisko
skraju dżungli, nie przesiadywałyby na widoku przepływających
łodziami ludzi, gdyby nie to, że nie mają już gdzie przesiadywać.
Ich dom został wycięty niemalże w pień, przebywają więc na tych
nędznych resztkach, które rząd Malezji w końcu postanowił wziąć
pod ochronę... Mam nadzieję, że nasze dzieci jeszcze będą miały
okazję zobaczyć prawdziwą dżunglę, że tak uderzę w ton
sentymentalny...
My, aby zdążyć ją zobaczyć
zdecydowaliśmy się skorzystać z trzydniowego wyjazdu
zorganizowanego do ośrodka znajdującego się nad rzeką i w środku
dżungli, żeby pod czujnym okiem przewodnika poznać niektórych
mieszkańców lasu deszczowego. Wybraliśmy tak zwaną opcję –
trzech dni i dwóch nocy – w ofercie były aż cztery rejsy łodzią
po rzece, dzienny spacer po dżungli oraz dwa nocne. Kiedyś bym
pomyślała, po co nocą pchać się w dżunglę, po co narażać się
na „ataki” pijawek lub jakiegoś dzikiego stwora? Teraz nie
mogłam się ich doczekać, nawet jeśli w trakcie tych „night
walków” przypominały mi się wszystkie możliwe horrory, których
akcja odbywała się właśnie nocą w jakimś lesie...
Zaraz po
przyjeździe na miejsce, w strugach deszczu (w końcu to las
deszczowy, więc nie było mowy o marudzeniu!) ruszyliśmy na
pierwszy rejs. Nasz kierowca i przewodnik w jednym miał niezwykle
czujne i wprawne oko do wypatrywania dzikich zwierząt. Od razu na
dzień dobry widzieliśmy orła, potem cudne i zarazem prześmieszne
małpy zwane nosaczami (wygooglujcie koniecznie!), a potem... dwa
zupełnie dzikie orangutany! Samca i samicę, siedzące wysoko na
drzewie i jedzące sobie jakieś liście. Samiec był ogromny i
pokazał nam się w całej okazałości, przeciągając się na
gałęzi na samym czubku drzewa. Mieliśmy ogromne szczęście,
ponieważ orangutany są bardzo nieśmiałe i naprawdę rzadko można
jest przyuważyć na wolności. Potem w trakcie rejsu widzieliśmy
jeszcze dzioborożce, makaki z krótkimi i długimi ogonami (podobno
bardzo agresywne małpy), małpy zwane silver leaf monkey (łac.
Trachypithecus
cristatus
-
nazwy polskiej nie znalazłam), a przeze mnie zwane rozczapierzuchami
i … sama już nie wiem co kiedy widzieliśmy. W sumie w trakcie
tych czterech rejsów mieliśmy okazję podejrzeć jeszcze warana
śpiącego na gałęzi, węża śpiącego na gałęzi, wiele gatunków
zimorodków, dzioborożców, dwa krokodyle(!!), z czego raz samą
głowę, a raz całe cielsko widoczne z wody (budzą respekt
gadziny!)
Zdecydowanym hajlajtem było jednak stado bornejskich słoni
pigmejskich! Jeden z przewodników dostał cynk od swojego znajomego,
że gdzieś półtorej godziny od nas pojawiło się nad rzeką całe
stado i spytano nas czy chcemy tam popłynąć. Pomimo tego, że
trzeba było coś dopłacić, bo wpływalibyśmy w inny rewir,
podlegający jakimś innym służbom, (tu ciągle płaci się jakieś
pozwolenia wejścia na teren), nikt nie zastanawiał się nawet
sekundy. Jak można nie chcieć zobaczyć słoni, z bliska –
najmniejszych słoni świata! Nie wiedzieliśmy czy na pewno tam
będą, ale wszyscy z wielkimi nadziejami i apetytami załadowali się
na łódkę i popłynęliśmy. Płynęliśmy dość długo i może
nawet już trochę straciliśmy nadzieję i w pewnym momencie
przewodnik krzyknął „elephants” i pokazał nam daleki brzeg, a
na nim ogromne stado słoni! Wszyscy zaczęli krzyczeć z radości i
szkoda, że nie mam zdjęcia twarzy pasażerów statku, dawno nie
widziałam tak szczerych i wielkich uśmiechów – jakbyśmy byli
dziećmi i dostali właśnie wymarzoną wspaniałą zabawkę...
Podpłynęliśmy na odległość może 10 metrów... Słonie nie
zwracały na nas zupełnie uwagi, pasły się i poiły nad rzeką i
wyglądały na całkiem zadowolone (ale na pewno my byliśmy
bardziej!). Bartek policzył, że stado mogło mieć około
sześćdziesięciu osobników. Były i całkiem duże i średnie i
takie zupełnie małe stojce przy boku swoich mam. Nasz przewodnik
wypatrzył dwa słonie kąpiące się trochę z boku stada,
podpłynęliśmy tam więc. Okazało się, że to samiec i samica,
które bawiły się w wodzie, a wyglądało to tak śmiesznie, że
wszyscy co chwilę wybuchali śmiechem. Łapały się za trąby,
przewracały w wodzie, podtapiały, trąbiły, ryczały – pełen
odlot. Znów zrobiliśmy setki zdjęć – nie mam pojęcia kiedy je
przebierzemy :-)
Dzienny spacer po dżungli nie był aż
tak pełen wrażeń. Nie widzieliśmy żadnego zwierzaka, za to
mnóstwo roślin i dużo pijawek, których panicznie nie chcieliśmy
mieć na skórze. Pijawki nie są niebezpieczne, ale wydają mi się
ekstremalnie obrzydliwe i nie chciałabym wyrywać żadnej ani ze
swojej skóry, ani ze skóry mojego narzeczonego. Udało nam się na
tyle szczelnie ubrać (zdychałam z gorąca), że żadna nie dopadła
naszej skóry, tylko spodnie i skarpety, ale lekki stresik był.
Przez dżunglę szliśmy po wielkim błocku, które czasem zasysało
nasze kalosze i nie chciało ich puścić. Było bardzo przyjemnie
(pomimo tego, iż gorąco i lepko), chociaż byliśmy troszkę
rozczarowani, kiedy się dowiedzieliśmy, że to nie jest pierwotna
dżungla, a wtórna... W trakcie drugiej wojny światowej duże
połacie zostały wykarczowane przez Japończyków i dopiero po
wojnie przyroda mogła znów zapanować nad tym miejscem. Mimo
wszystko ogromne drzewa wyglądały imponująco, więc to bardziej
świadomość nam przeszkadzała niż cokolwiek innego..
Doszliśmy do jeziora, które powstało
po powodzi przez odcięcie od rzeki dawnego jej zakola. Podobno jest
to dość częste zjawisko. Takie jezioro w ciągu stu lat wysycha i
na jego miejscu zaczyna znów rosnąć dżungla. Mam nadzieję, że
za sto lat jeszcze w ogóle jakaś dżungla tam będzie... Kiedy
jechaliśmy do naszego ośrodka mijaliśmy niekończące się i
rozciągnięte po horyzont plantacje palm... Martwiliśmy się nawet
czy aby nasz las, również nie okaże się plantacją, ale na
szczęście nie.
Nocne spacery nie były zbyt owocne,
dwa dni z rzędu nie widzieliśmy żadnego życia poza – pijawkami
na spodniach i jednym malutkim zimorodkiem, który dwie kolejne noce
spał sobie na tej samej gałęzi, w tym samym dokładnie miejscu, na
wysokości naszych głów! Staliśmy dookoła niego, robiliśmy
zdjęcia a on nic sobie z tego nie robił. Jak się okazało, ten
gatunek jest ślepy nocą i jedyne bodźce na jakie reaguje to
drgania. Gdybyśmy dotknęli jego gałęzi na pewno odleciałby w
sekundę. Ja oczywiście miałam wielki apetyt na wyraka, podobno noc
przed naszym przyjazdem udało się jednego wypatrzeć na drzewie.
Widziałam nawet zdjęcia i pękałam z zazdrości! Niestety nam się
nie udało, ale wychodzę z założenia, że dobrze, kiedy coś nam
zostaje na później. Zawsze jest jakiś powód, żeby jeszcze
wrócić....
Nasza przygoda z dżunglą
prawdopodobnie jeszcze się nie skończyła. Kiedy pojedziemy do
Sarawaku – malezyjski zachodni region Borneo, mamy zamiar na parę
dni udać się do jeszcze jednego parku. Może tam wypatrzę jakiegoś
wyraczka. A może stanę twarzą w twarz z prześmiesznym probioscic
monkey... Kto wie, kto wie...
Czego nauczyła nas wizyta nad
Kinabatangan? Że na Borneo ludzie nie unikają dzikich zwierząt,
wręcz przeciwnie, pchają im się prawie w ramiona... :-) Jeśli
zachowa się środki bezpieczeństwa, odpowiednią odległość (my
jednak byliśmy na łodzi i żeby dobrze im się przyjrzeć
korzystaliśmy z lornetek) i zdrowy rozsądek nie ma obawy, że coś
się stanie, a doznania będą nieziemskie!
PS. Jeśli ten post wydaje Wam się nieskładny i pogmatwany, nie dziwcie się. Jestem po dwóch kawach, kofeina buzuje w mojej krwi i czuję się jak po 3 drinkach z happy hour (tych z wyspy Panglao oczywiście!).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz