niedziela, 16 czerwca 2013

It's a jungle out there! - Malezja - 8/9/10.06.2013

„Dżungla, dżungla, jaka wielka dżungla...” - a może piękna. Była kiedyś taka piosenka i podobno nawet ją śpiewałam, jak byłam mała. Był też taki wierszyk: „kochana mamo jak będę duży, to ci przywiozę małpkę z podróży” – ten poemat z kolei chyba recytował mój brat w przedszkolu :-). Nie martw się mamo, żadnej małpki nie będzie tym razem. Swoją drogą kto wymyślał te nieekologiczne wierszyki! :-)

Doczekaliśmy się swojej dżungli i mieliśmy jej pod dostatkiem! Kręcimy się cały czas po wschodniej części malezyjskiego Borneo, w regionie zwanym Sabah. W tym oto regionie znajduje się rzeka Kinabatangan, która ma długość 560 km i meandruje sobie w głąb Borneo, zbierając po drodze mnóstwo dżunglowych śmieci. Rzeka jest koloru ciemnej kawy z mlekiem i za nic w świecie nie wsadziłabym do niej ręki. Nie dlatego, że jest brudna, swój kolor zawdzięcza raczej błotnistym, osuwającym się brzegom, a dlatego, że jest domem wielkich, groźnych krokodyli. W przewodniku napisano – jeśli dorwie cię krokodyl, nie daj się wciągnąć pod wodę, ponieważ skończy się to twoją śmiercią. A czym się skończy jeśli krokodyl nie wciągnie cię pod wodę i czy w ogóle jest taka opcja, że nie wciągnie? Kuriozum. Nie sprawdziliśmy tego, więc niczego na pewno nie wiemy :-).

Nad Kinabatangan można zaobserwować bardzo wiele gatunków dzikich zwierząt – od ptaków, przez różne gatunki małp, po słonie i krokodyle. To wielka atrakcja dla miłośników przyrody, ale niestety również kolejna okazja do refleksji... Zwierzęta te pewnie nigdy nie pchałyby się tak blisko skraju dżungli, nie przesiadywałyby na widoku przepływających łodziami ludzi, gdyby nie to, że nie mają już gdzie przesiadywać. Ich dom został wycięty niemalże w pień, przebywają więc na tych nędznych resztkach, które rząd Malezji w końcu postanowił wziąć pod ochronę... Mam nadzieję, że nasze dzieci jeszcze będą miały okazję zobaczyć prawdziwą dżunglę, że tak uderzę w ton sentymentalny...

My, aby zdążyć ją zobaczyć zdecydowaliśmy się skorzystać z trzydniowego wyjazdu zorganizowanego do ośrodka znajdującego się nad rzeką i w środku dżungli, żeby pod czujnym okiem przewodnika poznać niektórych mieszkańców lasu deszczowego. Wybraliśmy tak zwaną opcję – trzech dni i dwóch nocy – w ofercie były aż cztery rejsy łodzią po rzece, dzienny spacer po dżungli oraz dwa nocne. Kiedyś bym pomyślała, po co nocą pchać się w dżunglę, po co narażać się na „ataki” pijawek lub jakiegoś dzikiego stwora? Teraz nie mogłam się ich doczekać, nawet jeśli w trakcie tych „night walków” przypominały mi się wszystkie możliwe horrory, których akcja odbywała się właśnie nocą w jakimś lesie...

Zaraz po przyjeździe na miejsce, w strugach deszczu (w końcu to las deszczowy, więc nie było mowy o marudzeniu!) ruszyliśmy na pierwszy rejs. Nasz kierowca i przewodnik w jednym miał niezwykle czujne i wprawne oko do wypatrywania dzikich zwierząt. Od razu na dzień dobry widzieliśmy orła, potem cudne i zarazem prześmieszne małpy zwane nosaczami (wygooglujcie koniecznie!), a potem... dwa zupełnie dzikie orangutany! Samca i samicę, siedzące wysoko na drzewie i jedzące sobie jakieś liście. Samiec był ogromny i pokazał nam się w całej okazałości, przeciągając się na gałęzi na samym czubku drzewa. Mieliśmy ogromne szczęście, ponieważ orangutany są bardzo nieśmiałe i naprawdę rzadko można jest przyuważyć na wolności. Potem w trakcie rejsu widzieliśmy jeszcze dzioborożce, makaki z krótkimi i długimi ogonami (podobno bardzo agresywne małpy), małpy zwane silver leaf monkey (łac. Trachypithecus cristatus
- nazwy polskiej nie znalazłam), a przeze mnie zwane rozczapierzuchami i … sama już nie wiem co kiedy widzieliśmy. W sumie w trakcie tych czterech rejsów mieliśmy okazję podejrzeć jeszcze warana śpiącego na gałęzi, węża śpiącego na gałęzi, wiele gatunków zimorodków, dzioborożców, dwa krokodyle(!!), z czego raz samą głowę, a raz całe cielsko widoczne z wody (budzą respekt gadziny!) 

Zdecydowanym hajlajtem było jednak stado bornejskich słoni pigmejskich! Jeden z przewodników dostał cynk od swojego znajomego, że gdzieś półtorej godziny od nas pojawiło się nad rzeką całe stado i spytano nas czy chcemy tam popłynąć. Pomimo tego, że trzeba było coś dopłacić, bo wpływalibyśmy w inny rewir, podlegający jakimś innym służbom, (tu ciągle płaci się jakieś pozwolenia wejścia na teren), nikt nie zastanawiał się nawet sekundy. Jak można nie chcieć zobaczyć słoni, z bliska – najmniejszych słoni świata! Nie wiedzieliśmy czy na pewno tam będą, ale wszyscy z wielkimi nadziejami i apetytami załadowali się na łódkę i popłynęliśmy. Płynęliśmy dość długo i może nawet już trochę straciliśmy nadzieję i w pewnym momencie przewodnik krzyknął „elephants” i pokazał nam daleki brzeg, a na nim ogromne stado słoni! Wszyscy zaczęli krzyczeć z radości i szkoda, że nie mam zdjęcia twarzy pasażerów statku, dawno nie widziałam tak szczerych i wielkich uśmiechów – jakbyśmy byli dziećmi i dostali właśnie wymarzoną wspaniałą zabawkę... Podpłynęliśmy na odległość może 10 metrów... Słonie nie zwracały na nas zupełnie uwagi, pasły się i poiły nad rzeką i wyglądały na całkiem zadowolone (ale na pewno my byliśmy bardziej!). Bartek policzył, że stado mogło mieć około sześćdziesięciu osobników. Były i całkiem duże i średnie i takie zupełnie małe stojce przy boku swoich mam. Nasz przewodnik wypatrzył dwa słonie kąpiące się trochę z boku stada, podpłynęliśmy tam więc. Okazało się, że to samiec i samica, które bawiły się w wodzie, a wyglądało to tak śmiesznie, że wszyscy co chwilę wybuchali śmiechem. Łapały się za trąby, przewracały w wodzie, podtapiały, trąbiły, ryczały – pełen odlot. Znów zrobiliśmy setki zdjęć – nie mam pojęcia kiedy je przebierzemy :-)

Dzienny spacer po dżungli nie był aż tak pełen wrażeń. Nie widzieliśmy żadnego zwierzaka, za to mnóstwo roślin i dużo pijawek, których panicznie nie chcieliśmy mieć na skórze. Pijawki nie są niebezpieczne, ale wydają mi się ekstremalnie obrzydliwe i nie chciałabym wyrywać żadnej ani ze swojej skóry, ani ze skóry mojego narzeczonego. Udało nam się na tyle szczelnie ubrać (zdychałam z gorąca), że żadna nie dopadła naszej skóry, tylko spodnie i skarpety, ale lekki stresik był. Przez dżunglę szliśmy po wielkim błocku, które czasem zasysało nasze kalosze i nie chciało ich puścić. Było bardzo przyjemnie (pomimo tego, iż gorąco i lepko), chociaż byliśmy troszkę rozczarowani, kiedy się dowiedzieliśmy, że to nie jest pierwotna dżungla, a wtórna... W trakcie drugiej wojny światowej duże połacie zostały wykarczowane przez Japończyków i dopiero po wojnie przyroda mogła znów zapanować nad tym miejscem. Mimo wszystko ogromne drzewa wyglądały imponująco, więc to bardziej świadomość nam przeszkadzała niż cokolwiek innego..
Doszliśmy do jeziora, które powstało po powodzi przez odcięcie od rzeki dawnego jej zakola. Podobno jest to dość częste zjawisko. Takie jezioro w ciągu stu lat wysycha i na jego miejscu zaczyna znów rosnąć dżungla. Mam nadzieję, że za sto lat jeszcze w ogóle jakaś dżungla tam będzie... Kiedy jechaliśmy do naszego ośrodka mijaliśmy niekończące się i rozciągnięte po horyzont plantacje palm... Martwiliśmy się nawet czy aby nasz las, również nie okaże się plantacją, ale na szczęście nie.

Nocne spacery nie były zbyt owocne, dwa dni z rzędu nie widzieliśmy żadnego życia poza – pijawkami na spodniach i jednym malutkim zimorodkiem, który dwie kolejne noce spał sobie na tej samej gałęzi, w tym samym dokładnie miejscu, na wysokości naszych głów! Staliśmy dookoła niego, robiliśmy zdjęcia a on nic sobie z tego nie robił. Jak się okazało, ten gatunek jest ślepy nocą i jedyne bodźce na jakie reaguje to drgania. Gdybyśmy dotknęli jego gałęzi na pewno odleciałby w sekundę. Ja oczywiście miałam wielki apetyt na wyraka, podobno noc przed naszym przyjazdem udało się jednego wypatrzeć na drzewie. Widziałam nawet zdjęcia i pękałam z zazdrości! Niestety nam się nie udało, ale wychodzę z założenia, że dobrze, kiedy coś nam zostaje na później. Zawsze jest jakiś powód, żeby jeszcze wrócić....

Nasza przygoda z dżunglą prawdopodobnie jeszcze się nie skończyła. Kiedy pojedziemy do Sarawaku – malezyjski zachodni region Borneo, mamy zamiar na parę dni udać się do jeszcze jednego parku. Może tam wypatrzę jakiegoś wyraczka. A może stanę twarzą w twarz z prześmiesznym probioscic monkey... Kto wie, kto wie...

Czego nauczyła nas wizyta nad Kinabatangan? Że na Borneo ludzie nie unikają dzikich zwierząt, wręcz przeciwnie, pchają im się prawie w ramiona... :-) Jeśli zachowa się środki bezpieczeństwa, odpowiednią odległość (my jednak byliśmy na łodzi i żeby dobrze im się przyjrzeć korzystaliśmy z lornetek) i zdrowy rozsądek nie ma obawy, że coś się stanie, a doznania będą nieziemskie!

PS. Jeśli ten post wydaje Wam się nieskładny i pogmatwany, nie dziwcie się. Jestem po dwóch kawach, kofeina buzuje w mojej krwi i czuję się jak po 3 drinkach z happy hour (tych z wyspy Panglao oczywiście!).






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz