czwartek, 30 maja 2013

Na Filipinach - 19/20.05.2013

Wczoraj mieliśmy z Bartkiem pierwszy kontakt z wodą! Jest ciepła jak zupa, turkusowa (jeszcze nigdy takiej chyba nie widziałam!) i prawie zupełnie nie chłodzi od upału. No i w sumie dzięki temu mogłam do niej wejść bez problemu i siedzieć do woli, zupełnie nie marznąc... Przywieźliśmy ze sobą maski i rurki, więc pół dnia spędziliśmy z głowami pod wodą przy pobliskich skałach, obserwując małe, śliczne rybki. Tym razem posmarowaliśmy się kremami (w Kambodży dwa lata temu się nie posmarowaliśmy i chorowaliśmy potem tydzień), ale i tak trochę nas przypiekło.... może trzeba było się smarować jakąś 60-tką, zamiast 30-stką, już sama nie wiem. Rybki są śliczne, ale pewnie za parę dni, kiedy pojedziemy na prawdziwą rafę powiemy, że były strasznie marne! Chyba nastąpi to już pojutrze! Mamy zamiar też zrobić prawdziwe nurkowanie, ale zobaczymy czy uda mi się pokonać moje wewnętrzne opory, bo chociaż zrobiłam certyfikat, nadal nie jestem przekonana, czy na pewno mi się to podoba. Ale jeśli się zdecyduję, jestem pewna, że gdzie jak gdzie, ale tutaj na pewno nie będę żałować!

Tak więc wczorajszy dzień minął nam na pławieniu się w wodzie, odpoczywaniu, leżeniu na plaży (w cieniu) i szerokopojętym relaksie! Na plaży nie leżeliśmy sami, chociaż piękna szeroka plaża była prawie pusta i z tego co mówili nasi nowi znajomi, jest to najlepsza plaża jaką widzieli na Filipinach... Nam towarzyszyły jednak psy i setki krabów – od zupełnie maleńkich, po całkiem pokaźne. Psy były urocze, ponieważ wchodziły do wody „po kolana” i dłuuugo się w niej chłodziły. Na szczęście nie wyglądają na tak zabiedzone jak te w Indiach i mają całkiem przyjazne usposobienie. Co do krabów, to latają po plaży jak oszalałe, zwłaszcza po zmroku, kopiąc małe dołki, w których się chowają, polując na mrówki i niestety uciekając przed nami... Nie wiedziałam, że krab po piasku biegnie tak niesamowicie szybko, a po wodzie już o wiele, wiele wolniej, tak, że swobodnie można go złapać.

Na Filipinach nie musimy nic, oddajemy się więc błogiemu lenistwu! Wieczorem z naszymi nowymi znajomymi degustowaliśmy rum, a w nocy... nie mogłam spać, przez jakąś szalejącą obok (mamy niestety podwójny bungalow) parę. Chciałam ich zabić, ale przecież obiecałam sobie, że na Filipinach będę już oazą spokoju... Para była brytyjsko-filipińska i o dziwo nie pan był tu stroną, że tak się wyrażę starszą i przyjezdną, co jest tu nagminne (ale to okazało się dopiero nazajutrz rano).

Dziś rano musieliśmy wstać wcześnie i na 8 stawić się w porcie, żeby pojechać zwiedzić podziemną rzekę. Najpierw załadowano nas na jeden stateczek, potem przeładowano na drugi i mogliśmy zacząć zwiedzanie. Podobno jest to najdłuższa podwodna rzeka na świecie, którą w całości da się przepłynąć. W praktyce wygląda to w ten sposób, że płynie się łódką przez jaskinię, która ma niesamowite kształty i jest zamieszkana przez tysiące nietoperzy. Latały nam nad głowami i lekko skrzeczały, były uwieszone na sklepieniu, były wszędzie! Udało nam się również zobaczyć węża wodnego, który dzielnie sunął po powierzchni wody! Co prawda malutkiego, ale i tak się cieszyliśmy. Formacje skalne mają oczywiście bardzo fantazyjne kształty i nasz wioślarz i przewodnik w jednym ,cały czas pokazywał nam :”Matkę Boską”, wielkiego „hot doga”, „twarz Jezusa” (najwięcej było skojarzeń religijnych rzecz jasna), „Sharon Stone”, „lwa”, itd. itd. Chyba w każdej jaskini na świecie jest podobnie, przewodnicy próbują na siłę pobudzić wyobraźnię zwiedzających, którzy często patrzą na te wszystkie zjawiska skalne z lekko niewyraźną miną. A jednak co by nie mówić, podwodna rzeka robi wrażenie i jest z całą pewnością warta odwiedzenia, nawet jeśli turyści mogą przepłynąć tylko półtora kilometrowym odcinkiem, ponieważ potem robi się wąsko i nawigacja staje się mocno utrudniona.

Po przejażdżce, postanowiliśmy iść nad wodospad z naszymi znajomymi. Nie był to szczęśliwy pomysł, ponieważ droga była długa i wiodła po wielkich kamieniach ruszających się we wszystkie strony. Z nimi ruszały się moje stopy, ślizgając się w gumowych japonkach. I tak byłam w lepszej sytuacji niż nasi znajomi, ponieważ oni wszędzie chodzą boso i na tej wyprawie potwornie wymęczyli się próbując nie usmażyć sobie stóp na bardzo, bardzo gorących kamieniach. Wodospad okazał się małą niteczką wody, spadającą z nikłej wysokości, byliśmy więc mocno zdegustowani, a Jana twierdziła nawet, że ma ochotę zniszczyć znak kierujący w stronę wodospadu, żeby inni biedni turyści się na niego nie nabrali (jedną parę zawróciliśmy z drogi, mówiąc, że to bardzo zły pomysł, żeby iść tam)...
Pół dnia dochodziliśmy do siebie i na zmianę każde z nas miało zjazd sił i szło spać. Po południu niestety się rozpadało i nie poszłam nawet pływać, chociaż Bartek twardo skoczył do wody, żeby dalej podglądać rybki...

Jutro z samego rana wsiadamy do Vana i jedziemy do El Nido, gdzie mamy zamiar dalej oddawać się nurkowaniu i leniuchowaniu! Niech żyją Filipiny!!

środa, 29 maja 2013

Na Filipinach - 17/18.05.2013

Na lotnisku w Manili, kolejna niemiła niespodzianka – mój bagaż, który wyjechał na taśmę, jako jeden z ostatnich (i tak dobrze, że był, a nie zagubił się), okazał się zniszczony... Pokrowiec był porwany, prawie w strzępach, jeden z pasków oberwany, plastikowa klamra przytarta, jakby plecak wylądował na betonie i został po nim przeciągnięty ładnych parę metrów... Mój nastrój i tak nie był świetny, byłam już bardzo zmęczona byciem w drodze ponad dobę, niespaniem, itd... No ale co mogłam zrobić? Nie byłam już w Indiach, nie mogłam zacząć krzyczeć ;-) Złożyłam reklamację w liniach lotniczych, ale... minęły już 2 dni i jak na razie nie mam żadnych wieści. Zobaczymy czy wypłacą mi jakieś odszkodowanie, ale tak szczerze w to wątpię, a plecaka, żeby zreperowali też nie mogę im zostawić, bo przecież w czymś muszę wozić rzeczy.

Nasz hostel w Manili był straszny, ale spodziewaliśmy się, że taki będzie, wybraliśmy go ze względu na bliskość do lotniska, nie na luksusy, czy sympatyczny wygląd. Następnego dnia mieliśmy samolot o 12 w południe na Palawan i chcieliśmy się na niego szybko i bezboleśnie dostać.

Pogoda w Manili była bardzo podobna jak w Hong Kongu, tylko jeszcze kilka stopni więcej. Ubranie przyklejało się do ciała i cały czas miałam wrażenie, że mam brudne ręce. Mało przyjemna jest taka wilgoć, gorąco odczuwa się wtedy trochę bardziej dotkliwie.

Na drugi dzień rano pojechaliśmy na lotnisko i tam znów zaczęło się czekanie, bo po pierwsze przyjechaliśmy mocno wcześnie, a po drugie nasz samolot znów był opóźniony, tym razem godzinę. Postanowiliśmy zjeść śniadanie i wtedy okazało się, że przewodnik mówił prawdę – wegetarianie w tym kraju mają ciężko. Lokalesi wszystko jedzą z mięsem i o każdej porze! Na śniadanie również wcinają wieprzowinę lub wołowinę i troszkę dziwnie patrzą na mnie, kiedy dopytuję się pięć razy: „czy w tym na pewno nie ma mięsa...” Znalazłam na szczęście jakieś pączki i uratowało mnie to przed głodówką – w tanich liniach lotniczych na pewno nie mogliśmy liczyć na śniadanie (dzień wcześniej w samolocie pan steward przeszukał pół samolotu, żeby znaleźć dla mnie coś bez mięsa – była to chemiczna zupka w proszku, za którą i tak byłam bardzo wdzięczna :-) ).

Lot na Palawan do Puerto Princesa był dość krótki, trwał około godziny, a trzęsło tylko trochę. Zaczęliśmy już z góry obserwować urocze wysepki, widoczną pod wodą rafę koralową oraz plaże.
Od pierwszych minut w Filipinach byliśmy nimi zauroczeni, potem stopniowo zachwyceni. Trochę wynikało to z ciągłego porównywania do Indii. Tutaj wszystko wydawało nam się miłe, czyste, ładne. Zachwycały mnie nawet zwykłe palmy bananowe i jakieś bezkształtne krzaki. Wszystko, po prostu wszystko. Kierowca tricykla, który wiózł nas w Puerto Princesa z lotniska na dworzec autobusowy bezinteresownie doradził nam parę rzeczy, pomógł znaleźć odpowiedni autobus, a kiedy daliśmy mu mały napiwek, jeszcze się upewnił czy aby na pewno się nie pomyliśmy... Co za przepaść! Czuliśmy, że wypoczywamy, jeszcze nie fizycznie, bo nasza dłuuuga podróż trwała, ale psychicznie. Wszyscy się do nas uśmiechali, pozdrawiali, ale nie byli nachalni. Nie chcieli nam nic wcisnąć na każdym kroku, nie gapili się jak na ufoludki. W końcu założyłam szorty i czułam się z tym normalnie. No właśnie, było normalnie i to podobało nam się najbardziej...

Do naszego pierwszego celu dojechaliśmy koło 18 – to miasteczko Sabang, którego największą atrakcją jest podziemna rzeka, chociaż dla nas tych atrakcji było wiele. Np. super ciepłe morze, palmy, nasza mała chatka z trzciny położona 50 metrów od plaży (Bartek mnie poprawia mówiąc, że 15!, świetnie mi zawsze szło ocenianie opdległości :-))... Wszystko nas cieszyło i nie mogliśmy przestać mówić o tym jak dobrze, że uciekliśmy z Indii i jak tutaj jest cudownie. Chyba w tamtym kraju przeżyliśmy jakąś traumę... Zaczynam myśleć, że minie jeszcze trochę czasu zanim się z tego otrząśniemy...


W busie poznaliśmy miłą parkę, na co dzień mieszkającą w Mui Ne w Wietnamie (byliśmy tam dwa lata temu i bardzo, bardzo miło wspominamy) i podróżującą po Filipinach mniej więcej w ten sam sposób co my. Z tym, że oni już kończą i Sabang jest ich ostatnim przystankiem. Trochę się z nimi zakumplowaliśmy, mieszkamy w tym samym ośrodeczku, wspólnie szukaliśmy tanich miejsc z jedzeniem, wymienialiśmy się doświadczeniami z podróżym itd., itp. Jest fajnie, pozytywnie, reasumując - NIECH ŻYJĄ WAKACJE!!

wtorek, 28 maja 2013

Zdjęcia z Hong Kongu nie tylko z pociągu

Miejsce zrobienia zdjęcia jest chyba oczywiste

HK w całej okazałości

Dużo drapaczy chmur

Więcej drapaczy chmur

Dwupiętrowe tramwaje. Lubię to!

W HK nie zalejesz sąsiada (co najwyżej przechodniów). Wszystkie rury są poprowadzone na zewnątrzbudynków.

Nie ma to jak instrukcja mycia rąk na autobusie

Ostro w górę w tramwaju zwanym podążaniem

Drapacze chmur rzeczywiście drapią chmury w HK

Małe mieszkanko na Mariensztacie

Niespodzianka na naszej mapie - Hong Kong

Po wylądowaniu w Hong Kongu, od razu ruszyliśmy na miasto. Mieliśmy 6 godzin na zwiedzenie tej oazy nowoczesności więc pomimo mojego fatalnego niewyspania, wsiedliśmy w pociąg i ruszyliśmy na podbój :-) Hongkong był wszystkim tym, czym nie były Indie, dlatego od razu dobrze się tam poczuliśmy. Doceniliśmy jego porządek, nowoczesność, poukładanie... Czuliśmy się tam normalnie, nikt się na nas nie gapił, nie przepychał. Jedynym mankamentem była pogoda, niby dwadzieścia parę stopni, jednak ogromne zachmurzenie i niesamowita wilgotność. Nie było to dla nas zbyt komfortowe, jednak nie zraziliśmy się, bo w końcu to tylko pogoda i postanowiliśmy wykupić bilety na jeden z proponowanych bus tourów po mieście. Czasu nie mieliśmy wiele postanowiliśmy więc skupić się na tym co możemy zobaczyć, a nie ganiać po mieście z wywieszonym językiem, starając się zobaczyć wszystko. Przejechaliśmy przez całe centrum, pośród drapaczy chmur, podziwiając te ogromne i nowoczesne budowle. Siedzieliśmy na dachu autobusu, więc wiaterek przyjemnie owiewał nasze zmęczone ciała i jakoś dawało się wytrzymać panującą duchotę. Nasz automatyczny przewodnik powiedział nam, że zakupy to jedno z ulubionych zajęć mieszkańców Hong Kongu, autokar obwiózł nas po ulicach przepełnionych ekskluzywnymi butikami, marek, które do tej pory znałam tylko z Vogue'a... Faktycznie muszą kochać zakupy, ponieważ każdy zakątek zagospodarowany był jakimś sklepem lub butikiem. My oczywiście nie skusiliśmy się na żadne zakupy, przecież dopiero co z ulga pozbyliśmy się części rzeczy! :-)
Skusiliśmy się za to na jazdę tramwajem, na szczyt jakiegoś wzgórza, co było bardzo fajnym przeżyciem, ponieważ chociaż na górze nic a nic nie było widać, ze względu na mgłę i chmury, sama jazda tramwajem była bardzo emocjonująca. Tramwaj wspina się na zbocze bardzo, bardzo ostro i był to chyba mój najbardziej stromy wjazd w życiu!

Wizytę w Hong Kongu zakończyliśmy siedząc na ławeczce i jedząc ciastka, które zakupiłam jeszcze w Indiach. Ceny lokalne zniechęciły nas do jedzenia lunchu w restauracji... Po zjedzeniu ciastek wysypałam okruszki na ziemię, żeby ptaki mogły je sobie zjeść, a zaraz potem Bartek wyczytał gdzieś, że za śmiecenie jest jakaś niebotyczna kara pieniężna.... Ale okruszków nie zabrałam, bez przesady....
Nasz samolot do Manili miał niestety dwie godziny opóźnienia, ze względu na pogodę panującą w Hong Kongu, porobiły się jakieś straszne kolejki i nie mogliśmy wystartować. Trochę już byliśmy umęczeni, jednak bliskość dotarcia do celu podnosiła nas trochę na duchu.

W Manili wylądowaliśmy w końcu koło 20, zamiast 18:30, samolot nadrobił trochę w powietrzu. Znów nami mocno trzęsło, ale starałam się skupić na jakimś filmie i nie myśleć o tym, że zaraz popadnę w jakąś samolotową depresję.  

czwartek, 23 maja 2013

INDIA

Indie jako kraj mogę podsumować krótko:

I - I'll
N - Never
D - Do
I - It
A - Again

Nawet Filipińczycy przyznają nam rację. W ich języku "hindi" oznacza "nie"...

Dziękuję i pozdrawiam czytelników

środa, 22 maja 2013

Indianie na pierwszym planie

Łukasz na terenie polskiej ambasady w Delhi

To, co się liczy: szacunek ludzi ulicy

Panorama zabytkowego Starego Delhi

Tańce, hulanki, swawole

Ale urwał wyrwał!

Danusia na zdjęciu rodzinnym

Świątynia Sikhów

Dehlijski Tadż Mahal

Jedyny plus Indii - jedzenie. (i towarzysząca mu biegunka)

Świątynia Lotosu. Prawie jak Sydney.

Akshardham z daleka, bo z bliska nie można. Na jej teren można wnieść tylko portfel z ofiarą w postaci banknotów.

I na koniec jeszcze kawalek Delhi, bo wiem, że na pewno Was urzekło, tak jak nas :P

Masochizmowi mówimy NIE!


Dzięki wspaniałej opiece Bartka i sile żółtej tabletki (podobno najlepszy miejscowy specyfik na problemy żołądkowe) jakoś stanęłam na nogi i chociaż były chwiejne, zdecydowaliśmy się jeszcze troszkę pozwiedzać to „niesamowite”, pełne kontrastów miasto... Zanim jednak wyszliśmy z hotelu, odbyliśmy rozmowę z Łukaszem i doszliśmy do wniosku, że chyba wolimy się spotkać w późniejszym czasie gdzieś w Azji i nie tracić sił i zapału na zwiedzanie Indii, które, no co tu dużo mówić, chyba się już zorientowaliście, nie przypadły nam do gustu. Postanowiliśmy opuścić ojczyznę Ghandiego nazajutrz i polecieć prosto na Filipiny, gdzie zamierzamy oddać się odpoczynkowi i wszelkim dostępnym rekreacjom. Polecimy może nie do końca prosto, ale o tym później.

Tymczasem, po całym dniu spędzonym w hotelu, wyszłam na miasto i po 5 minutach poczułam, że wyparowało ze mnie z 50% zgromadzonych przez poprzedni dzień sił... Upał nie wpływa najlepiej na choroby żołądka, plan jednak mieliśmy ambitny i z dwoma przesiadkami metrem pojechaliśmy zwiedzić Lotus Temple, wielką świątynie podobną do opery w Sydney, która... no właśnie, nie należy do żadnego konkretnego wyznania... jest świątynią wszystkich religii, ma za ambicję gromadzić ludzi wszystkich możliwych wyznań, aby mogli wspólnie modlić się pod jednym dachem... Idea nam się bardzo spodobała, nie było w świątyni atrybutów, ani symboli żadnej znanej nam religii, ludzie wchodzili, siadali na marmurowych ławkach, modlili się, bądź odpoczywali korzystając z odrobiny chłodu, które dostarczało wnętrze i wychodzili... A jednak dowiedzieliśmy się potem, że religia wszystkich religii, bahaizm - to coś w rodzaju sekty zrzeszającej, jakichś swoich wyznawców. Mówię sekty ponieważ jest obowiązek wpłacania składek, werbują do pracy w świątyni wolontariuszy, podobno nawet z Polski i nie jest to do końca tak bardzo wolne od wszelkich dogmatów miejsce, jak byśmy tego chcieli. Bahaizm według Wikipedii to „religia monoteistyczna, podkreślająca duchową jedność wszystkich ludzi”.

Tego dnia pobiłam też rekord, wytrzymałam 1,5 h nie wkurzając się na Hindusów. Niestety potem znów zaszli nam za skórę,ale nawet nie chce mi się już o tym pisać. A propos religii i ich mnogości, Bartek parę dni temu miał ciekawe przemyślenia na ten temat. Powiedział, że na każdej ulicy jest świątynia innego wyznania, do każdej tłumnie ciągną wierni, mają swoje rytuały, swoje obiekty kultu, każda ma innych bogów, inne gesty... Wierni każdej z nich daliby się za nią pokroić, często walczą o nie, zabijają... I jak brać to wszystko na poważnie, jak w tym tłumie faktycznie dopatrzeć się jakiejś świętości i boskości? Kto ma rację? W religii katolickiej przecież też jest dużo gestów, które dla innych wyznawców mogą wydawać się dziwne. U nas robi się znak krzyża, przyjmuje komunię, w świątyni Sikhów, całują jej próg, w świątyni buddyjskiej siedzi się po turecku i śpiewa mantry, a u sufich rzuca kwiaty i coś co wygląda trochę jak popcorn... Faktycznie łapiąc do tego dystans można pomyśleć, że nie chodzi tu o Boga jako takiego, a o jakąś potrzebę ludzką, może przynależności, może mistycyzmu, duchowości w życiu, którą religia świetnie może zagospodarować. W końcu ludzie rzadko wybierają religie świadomie, najczęściej jest ona dziedziczona, trochę tak jak tradycje rodzinne i style zachowania. Podróże uczą nas jednego, świat jest zbyt różnorodny, żeby kłócić się o pewne sprawy, chociażby właśnie takie jak religia, którą wyznajemy, bądź nie. I jeszcze jednego, że największa liczba zabytków to budowle właśnie związane z wyznawaniem jakiegoś kultu, czyli, ze ta potrzeba duchowości i szukania sensu w życiu jest bardzo, ogromnie ważna.

Po świątyni Lotosu pojechaliśmy do wielkiej świątyni hinduistycznej, bardzo nowoczesnej, bo wybudowanej, a dokładniej oddanej do użytku w 2005 roku - Akshardham. Jest to chyba najprzyjemniejsze miejsce jakie mieliśmy okazję odwiedzić w trakcie naszego niedługiego pobytu w Indiach. Co prawda dostępu do niego bronią ze trzy bramki bezpieczeństwa, nie wolno wnosić absolutnie nic poza butelką wody, portfelem i paszportem, a kolejki przed wejściem są baaardzo długie. Dzięki temu jednak prawdopodobnie świątynia i okolice aż lśnią z czystości, no i przede wszystkim nikt nie robił nam zdjęć, ani z ukrycia, ani jawnie! :-) My też nie mogliśmy zrobić żadnego zdjęcia, co było minusem, ale dwie godziny względnego spokoju w miłym otoczeniu w zupełności nam to wynagrodziło. Nie ma chyba bardziej zdobnych i bogatych świątyń niż hinduistyczne. Nie ma w nich, a już na pewno w tej, nawet 20 centymetrów kwadratowych gładkiej ściany, czy kolumny, praktycznie całą przestrzeń pokryta jest rzeźbami i zdobieniami. Wrażenie jest niesamowite i nie można od nich oderwać wzroku. Właśnie tak wyobrażałam sobie zawsze świątynie z hinduskich bajek. One właśnie są takie bajkowe, takie trochę nie z tego świata. A już na pewno taką świątynią jest Akshardham! Najbardziej podobały mi się magiczne kafelki, z jakiegoś białego tworzywa, które nie parzyły w stopy! Były tam nawet napisy, które głosiły: walk on white! O yeah! Z wielką przyjemnością :-) Szkoda, że nie zainstalowano ich w każdej świątyni, zamiast wpijających się w bose stopy dywanów ze sznura, zrobionych metodą grubego splotu... Wracając do naszej świątyni, której nie będę tu szczegółowo opisywać – zachęcam do wyszukania kilku zdjęć w internecie :-) Jedno jest pewne, robi wrażenie, chociaż, ponieważ zbudowana została z piaskowca, niestety w kilku miejscach widać już uszczerbki na jej urodzie.

Delhi jest miastem dziwnym, z jednej strony nowoczesnym, pełnym pięknych budowli, centrów handlowych i innych udogodnień, z drugiej, straszącym nędzą i brudem. W dzielnicy ambasad, gdzie byliśmy parokrotnie, nie ma oczywiście ani brudu, ani nędzy. Tam widzieliśmy równo przystrzyżone trawniki, nawet pana, który zbierał liście do worka – jakimś dziwnym kawałkiem deski, w pracy szefostwo nie zapewniło mu jeszcze miotły i szufelki. Dzielnica ambasad jednak to nie prawdziwe Delhi, a enklawa dla ludzi zza granicy, gdzie każda posesja otoczona jest wysokim murem, a ulice są bardzo szerokie.

Delhi to też miasto, w którym wybudowano metro. 6 długich linii, których 10 lat temu jeszcze nie było! Gigantyczne przedsięwzięcie budowlane, które ułatwiło życie milionom ludzi w nim żyjących. Metro porządne, nowoczesne... czego chcieć więcej? Tylko i wyłącznie tego, żeby ludzie z niego korzystający potrafili się zachować w cywilizowany sposób... Tak niewiele, a jednak tak wiele. Nienawidziłam podróży tym metrem. Taranujące się wzajemnie masy ludzkie, bardzo skutecznie mnie do tego zniechęciły. A jednak turysta zwiedzający Delhi na własną rękę nie ma wielkiego wyjścia. Metro pozwala mu zaoszczędzić masę czasu i pieniędzy. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jak było te 10 lat temu i ile czasu poświęcało się na zobaczenie tego miejskiego giganta! Metro jest klimatyzowane co jest dużym plusem. Władze miasta, próbują również zapanować na tą całą ciżbą i praktycznie cały czas słychać jakieś pouczające komunikaty, a to, nie przepychaj się w drzwiach, daj najpierw wysiąść wysiadającym (!), a to ustąp miejsca potrzebującym, nie siadaj na miejscu dla kobiet, itd... Miejsca dla kobiet są specjalnie wydzielone, nie tylko miejsca siedzące w każdym z wagonów, ale również cały jeden wagon, w każdym z pociągów! Oczywiście nie wszyscy mężczyźni stosują się do przepisów, ponieważ najzwyczajniej w świecie, w wagonie kobiecym jest zazwyczaj najluźniej. Tylko na stacjach położonych w miarę w centrum wszystko dzieje się zgodnie z prawem, ale pewnie dlatego, że tam są strażnicy, a za łamanie przepisów wyznaczone są kary pieniężne. Np za blokowanie drzwi do metra 5000 tysięcy rupii lub... 4 lata więzienia... No cóż widocznie 200 rupii kary za siedzenie w damskim wagonie to niezbyt straszne (4 $). Ostatniego dnia kiedy zwiedzaliśmy Delhi, poszliśmy po rozum do głowy i ja wsiadałam przez wagon kobiecy. Nie byłam wtedy tak narażona na zgniecenie, a co ważniejsze, na przypadkowe „macnięcie”, co zdarzyło się kilka razy w wagonie ogólnym... Niby przez przypadek, niby przez tłok... aghghgah.... Wagony nie są przedzielone żadnymi drzwiami, więc spotykaliśmy się z Bartkiem na zetknięciu dwóch wagonów i jakoś to szło. A na pewno było dla mnie o wiele mniej stresujące.

To tyle o Delhi, na razie. Postanowiliśmy jednak z niego wyjechać i nie tylko z niego, a w ogóle z Indii. Spędziliśmy dzień na przeorganizowaniu się. Nasi znajomi ze sklepu odzieżowego, do których poszliśmy poradzić się w sprawie wysłania paczki do Polski z niepotrzebnymi nam już rzeczami, zaoferowali pomoc. Oni takich paczek wysyłają codziennie bardzo dużo i po prostu zaoferowali się, że wyślą też naszą. Oczywiście zapłaciliśmy za to i to dość słono, ponieważ wybraliśmy jednak opcję poczty lotniczej, ale za to podobno w miarę pewnej, a poza tym paczka ma dotrzeć w 10 dni, a nie za 4 miesiące, jeśli w ogóle :-) Bardzo pomocni ludzie, napoili nas herbatą, zapakowali naszą paczkę, trzeba było spisać każdą parę skarpet, którą odsyłaliśmy :-), pozwolili korzystać ze swojego wifi. Spędziliśmy tam ze 4 godziny, a ja dokupiłam jeszcze jedną bluzkę (masakra!). Wieczorem, przed odjazdem na lotnisko (Pan Pomocny zamówił nam jeszcze tanią taksówkę!), spotkaliśmy się jeszcze z Łukaszem, zjedliśmy razem kolację, wyściskaliśmy się i ruszyliśmy. Ruszyliśmy to mało powiedziane. Wystrzeliliśmy z procy! Pan taksówkarz miał misję, zawieźć nas na lotnisko i zrobić to szybko (nie dlatego, że my chcieliśmy, bo czas był, ale pewnie dlatego, że miał jeszcze sporo pracy później). Jadąc przez naszą dzielnicę, było jeszcze w miarę normalnie. Jednak kiedy tylko wyjechaliśmy na szerszą ulicę, oczy wyszły mi z orbit i po 5 minutach zarządziłam zapięcie pasów, po 10 całkowicie zmiękły mi kolana, a po 15 zaczęło mi się wydawać, że boli mnie serce. To co nasz kierowca wykonywał na ulicy było wirtuozerią niebezpiecznej jazdy... Pruł ile fabryka dała, hamował tak, że wywoływał u nas wstrząs mózgu, nie respektować pasów, trąbił, przyspieszał... Nie, nie tylko on się tak zachowywał, w ten sposób zachowywali się WSZYSCY. Czy to normalne, że na trzypasmówce jedzie pięć rzędów aut? Tam tak. Niektóre auta nie mają nawet lusterek, podobno to standard, po prostu długo się tu nie uchowają, a poza tym oni i tak wszystko załatwiają trąbieniem. Szalona jazda nie była jedynym dziwactwem kierowcy. Np. w trakcie jazdy zaczął zakładać koszulę. Na którychś światłach wysiadł i założył … spodnie. Potem znów wyskoczył i zaczął polewać szybę jakimś płynem z butelki i czyścić ją szmatą. Cieszę się naprawdę, że nie czytał gazety lub nie oglądał filmu na komórce, chociaż chyba bardziej by mnie to już nie zszokowało. Pamiętam kiedyś taki mój sen. Jechałam samochodem z jakimś kierowcą i ten obwoził mnie po jakimś nieznanym mieście. Również jechał szybko i również się stresowałam. I pamiętam jak dziś, że w pewnym momencie kierowca ze snu zapragnął przejechać pomiędzy dwoma słupkami i to, że byłam pewna, że mu się to nie uda i moje bezbrzeżne zdziwienie, kiedy jednak mu się udało... No więc w trakcie naszego rajdu takie sytuacje mieliśmy kilkanaście razy. NIE WIEM jak udaje im się co chwila nie prowokować kraks. Nie wiem....

Na lotnisku odbyło się już bez większych niespodzianek. Chwila minęła zanim doszłam do siebie, ale potem wszystko poszło dobrze. Samolot mieliśmy dopiero o 0:50 więc od 21:30 troszkę się wynudziliśmy, ale przynajmniej było czysto i w miarę chłodno. Sam lot nie był zbyt spokojny, nad Birmą zaczęło nami rzucać i tak już było do końca, co oznaczało oczywiście, ze nie przespałam, nawet trzydziestu minut z całego pięciogodzinnego lotu... Bartek nie miał tego problemu :-)

wtorek, 14 maja 2013

Pamiętnik z Delhi


12.05.2013
Od dwóch dni znów jesteśmy w Delhi i pod względem temperatury jest tu trochę znośniej. Niby też jest upał, ale jakoś nie odczuwa się go tak dotkliwie, jak w innych miejscach w których byliśmy. Po powrocie do stolicy, skorzystaliśmy z uprzejmości Łukasza i znów popławiliśmy się w jego basenie. O jak my o nim marzyliśmy na wyjeździe! W takim klimacie to jednak boski wynalazek!
Wieczór postanowiliśmy spędzić w mieście. Ponieważ znów mieszkamy w Cottage Yes Please, znaleźliśmy się ponownie na Paharganju. Kiedy zjedliśmy, zaczęliśmy się zastanawiać co robimy dalej i stwierdziliśmy, że wpadniemy na chwilę do kina, które znajduje się bardzo blisko naszej rezydencji... Kino nazywa się Imperial Cinema i kiedy się do niego wchodzi człowiek przenosi się jakby do innej epoki... Myślę, że kino może mieć z 50 lat i chyba nigdy nie było remontowane. Akurat leciał jakiś film, zapłaciliśmy więc po 50 rupii i weszliśmy na salę. Na ekranie, bohaterowie bili się ze sobą w bardzo efektowny sposób, zakochiwali, porywali, uwalniali... Nic nie rozumieliśmy, ale rozumienie było akurat jak najbardziej zbędne. Jakość taśmy z której puszczano film pozostawiał bardzo wiele do życzenia. Widać było głównie poprzeczne pasy, a kolory wyglądały jakby film wyprodukowano w latach 50-tych. Przy wyjściu z kina (wytrzymaliśmy na filmie może z 10 minut) spytałam pana biletera jak stary jest ten film. Powiedział, że bardzo, bardzo stary, ma może z …. 10 lat. Titanic powstał 16 lat temu (o Boże, już???), różnicę pozostawię bez komentarza... :-)

Postanowiliśmy pojechać do knajp w stylu zachodnim, gdzie bawią się biali i bardziej zamożna miejscowa młodzież, a mianowicie do dzielnicy Hauz Khas. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do świątyni buddyjskiej, znajdującej się tuż przy stacji naszego metra, w której podobno w trakcie odwiedzin w Delhi zatrzymuje się Dalaj Lama. Miło było posiedzieć w czystym miejscu, posłuchać mantr wyśpiewywanych przez mnichów, poczuć klimat tutejszej duchowości. Po prawej stronie, na miękkim dywanie siedzieli mężczyźni, po lewej stronie kobiety (na szczęście również na miękkim). Większość kiwała się w rytm śpiewanych mantr, niektórzy mieli kartki z tekstem i śpiewali razem z mnichami. Aż szkoda było wychodzić z tego miłego miejsca, spieszyło nam się jednak na zimne piwo ;-)
A na miejscu zupełnie inny świat. Hauz Khas, jest małą enklawą czystości (względnej oczywiście) i zachodniości, w szalonym świecie indyjskim... Butiki na wysokim poziomie, europejskie knajpy.. Miło czasem znaleźć się w takim miejscu i poczuć w zupełnie innym świecie. Tak jak już pisałam większość klientów to biali i miejscowi zamożni młodzi ludzie, z dużą przewagą tych drugich. Siedzieliśmy na tarasie knajpy, sączyliśmy chłodne piwko i relaksowaliśmy się.

Następnego dnia, nie spieszyliśmy się ze wstawaniem, śniadanie zjedliśmy koło 12. Zwiedzanie mieliśmy zaplanowane dopiero na 14. Łukasz miał nas oprowadzić po Old Delhi, gdzie króluje uliczny handel, uliczki są super wąskie, a domy, pozostałość po kolonizatorach, są w stanie kompletnego rozkładu... Atmosfera miejsca była dość niesamowita. Kiedy puści się wodze fantazji, można sobie wyobrazić jak to miejsce wyglądało wiele lat wcześniej, kiedy budynki (piękne, bogato zdobione) dopiero powstawały, a ludzie dbali o ich czystość i wygląd. Łukasz zabrał nas na dach jednego z budynków, skąd mogliśmy się przyjrzeć jak ulice wyglądają z pewnego oddalenia. Widok nie do opisania. Syf, malaria, jedno wielkie gruzowisko i zniszczenie. Zastanawialiśmy się czy tym ludziom nie przeszkadza życie, właściwie na śmietniku (tu wiele osób literalnie żyje na śmietniku, tam stoją ich domy, tam bawią się ich dzieci, tam szukają żywności czy innych przydatnych rzeczy). Odpowiedź znana jest tylko im. Ciężko stwierdzić, czy po prostu tego nie zauważają, ponieważ nigdy nie znali niczego innego, nie zależy im, mają ważniejsze zmartwienia niż chociażby podstawowe dbanie o swoje otoczenie... nie wiemy. Z naszej perspektywy wygląda to strasznie, ale może oni postrzegają otaczającą ich rzeczywistość w zupełnie inny, niedostępny dla naszej świadomości sposób. Na ulicach królował handel i oczywiście ulice te podzielone były na „działy tematyczne”. Przyprawy, sari, książki, buty, itd., itd. Sprzedawców nie było aż tak wielu, część kramów była pozamykana, wczoraj była niedziela, czyli ich „sobota”, być może dlatego sprzedających było o wiele mniej. Po spacerze uliczkami, zwiedzeniu wielkiego meczetu – Jama Masjid, spróbowaniu słodkiego indyjskiego ciasteczka smażonego na głębokim tłuszczu i zjedzeniu posiłku w indyjskim fastfoodzie (!), postanowiliśmy iść na film. Tym razem szwedzki, „Beyond” wyświetlany w Instytucie Cervantesa, z okazji trwającego festiwalu filmów europejskich. W instytucie znów poczuliśmy się jak w domu, czysto ładnie, przyjemnie :-) Później wróciliśmy do naszej dzielnicy, poszliśmy do rockowej knajpy, gdzie wskazano nam stolik pod plakatem Kurta Cobaina i gdzie leciała miła dla naszych uszu rockowa muzyka (no dobra czasem leciał pop, ale wtedy protestowaliśmy i zmieniano na różne stare dobre kawałki). Atmosfera w tym pubie była bardzo miła. Piwo dobre, rum dobry i jedyne co było bardzo, ale to bardzo niedobre to mój gin... Nie było tonicu (auć), więc po namyśle poprosiłam, żeby mi przynieśli sodę limonkową, którą znaliśmy z Jaipuru i która nam bardzo smakowała. Poprosiłam o wersję sweet. Niestety chyba przez hałas w knajpie kelner mnie nie dosłyszał i dostałam wersję słoną... :/ Gin ze słoną sodą limonkową, to NIE-mój ulubiony drink! W dwóch telewizorach mogliśmy oglądać krykiet (który Chłopaki ciągle krytykują, mówiąc, że jest to gra bez sensu i nic się w niej nie dzieje) lub pożegnalny mecz sir Alexa Fergusona. Nasze serca i wzrok kierowały się w stronę futbolu, chociaż mnie oczywiście trochę to wszystko „grzało” :P


13.05.2013 
Dziś nasz spacer po Delhi przelał moją osobistą czarę goryczy... Nawrzeszczałam na ludzi w metrze, co o dziwo poskutkowało, ale byłam na siebie trochę zła i zbulwersowana, ponieważ zawsze myślałam, że jestem osobą raczej miłą dla innych. Jakoś w Indiach, weszło we mnie zło. Codziennie robię postanowienia, że nie będę się już na tych ludzi denerwować, bo przecież to inna kultura, inna mentalność, nie ma to sensu. I codziennie mi to nie wychodzi...
O tym, że jest upał przy którym nie da się żyć nie ma sensu już pisać. Po prostu musicie przyjąć, że jest codziennie. Może ten upał wzmaga moją drażliwość i zmniejsza cierpliwość o 80 procent... Nie wiem. Grunt, że złapałam dziś doła i nic nie było w stanie poprawić mi humoru. Pojechaliśmy dziś obejrzeć bardzo ciekawą dla nas świątynię Sikhów - Gurdwara Bangla Sahib. Sikhowie, to ci panowie, którzy noszą na głowie bardzo malownicze i potężne turbany – ich kobiety natomiast nie wyróżniają się żadnym elementem stroju i wyglądają jak przeciętne Hinduski – sari, chusta, biżuteria. Nie bardzo wiedzieliśmy jak się tam mamy zachowywać, podglądaliśmy więc miejscowych. Oczywiście obowiązkowo musieliśmy zdjąć buty, ale tym razem niespodzianka, nie tylko ja musiałam zakryć głowę, Bartek i wszyscy mężczyźni również! Bartek dostał od strażnika śmieszną żółtą chusteczkę, w której wyglądał przezabawnie!

Chcieliśmy dziś zwiedzić również świątynię sufich - Hazrat Nizam-ud-din Dargah, oraz grobowiec Humayun zwany małym Taj Mahalem. Droga do świątyni, po tym jak opuściliśmy metro wiodła wśród takiego syfu i obrzydlistwa, że w pięć minut straciłam wszystkie siły psychiczne na zwiedzanie. Jeśli można osiągnąć poziom braku wytrzymałości na obrzydlistwa, to ja go dziś osiągnęłam. Oddychałam przez chustkę i starałam się skupiać wzrok na neutralnych punktach, nie patrząc na boki, aby nie zobaczyć kolejnych ścieków, obszarpanych, zdeformowanych biedaków, psów bez sierści, ludzi z jakimiś strasznymi chorobami skóry, o potwornym fetorze już nie wspomnę. Zbyt wiele tego dla mnie było. Meczetu nie znaleźliśmy tak od razu, trzeba było wkroczyć w małe wąskie, islamskie uliczki, gdzie każdy chciał nam sprzedać jakieś kwiaty, confetti i inne przedmioty potrzebne do odprawiania religijnych rytuałów. Kiedy w końcu dotarliśmy do świątyni, szczelnie otoczonej swego rodzaju islamskim bazarem, na którym można kupić wszystko co potrzebne do wyznawania i praktykowania tej religii, nie posiedzieliśmy w niej długo. Tłum jaki tam napotkaliśmy, ogromny tłum krążący wokół grobu świętego Nizam-ud-din Chisti (zmarł w 1325 r.!) był osaczający, duszący i sprawiał, że nie było się już gdzie ruszyć. Miejsce jest dość niesamowite i na pewno warte odwiedzenia, warto się tylko nastawić na spory hardcore, może wtedy dłużej da się tam wytrzymać. Oczywiście wszędzie siedzieli żebracy i co gorsza łapali mnie za spódnicę, czego nie znoszę pasjami. Ewakuacja była więc najlepszym wyjściem.

Na szczęście grobowiec Humayun był miłą oazą spokoju po tym wcześniejszym przeżyciu. Położony w ogromnym ogrodzie, zbudowany z czerwonej cegły, odcina się od soczystej zieleni ogrodu i jest bardzo miłym widokiem dla oka. Sam budynek jest oczywiście dużo mnie wspaniały i piękny od Taj'a, a jednak jest klimatyczny i też całkiem pokaźny.
Po zwiedzaniu pojechaliśmy spotkać się z Łukaszem na filmie polskim – Ki, który na chwilę przeniósł nas w realia naszego kraju, co nie było takie do końca niemiłe :-)
No i właśnie w drodze powrotnej do domu, koło 19, w godzinach szczytu, kiedy miejscowi postanowili, w trakcie wsiadania do metra stratować i siebie i nas (i co gorsza świetnie się przy tym bawili!), nastąpił mój wybuch gniewu! Kiedy poczułam się jak sardynka w przysłowiowej puszcze, a ludzie z tyłu jeszcze na nas napierali i miażdżyli, odwróciłam się i niewiele myśląc wrzasnęłam na cały wagon: Stop that!! I wtedy stał się cud, bo na twarzach Hindusów pojawiło się osłupienie i jak za dotknięciem magicznej różdżki przestali się na nas pchać. Jestem więc niemiłą Danutą P., rozstawiającą Hindusów po kątach i bardzo mi z tego powodu przykro. Zauważyłam jednak, że świetnie działa na nich moje podnoszenie głosu, od razu się trochę dyscyplinują i przestają uprzykrzać nam życie.

14.05.2013 
Dzisiejszy dzień miał być dniem dalszego zwiedzania, a zamiast tego jest dniem leżenia w łóżku i walczenia z żołądkiem. Mój Ukochany zdobył dla mnie jakieś "leki z hinduskiej apteki" :-), donosił jedzenie, poił wodą, może wydobrzeję do jutra :-) Jeśli się uda, to ruszamy w góry, na północ Indii, razem z Łukaszem, któremu udało się dostać kilka dni urlopu. A jeśli się nie uda, wsiadamy w samolot i lecimy odpoczywać na filipińskim morzem! A co!

Foty z Jaipuru przyprą Was do muru

RHCP

Różowe Miasto w Jaipurze jest... różowe

Pałac puszczania Wiatrów

Gdzie te piękne Indie...?

ładny wzorek

Ca(r)mel parking

Pan Hindus podlewa przyrządy astonomiczne

Amber Fort. Była siedziba Amber Gold

mam to gdzieś w Jaipurze

hinduska wersja nogi Angeliny Jolie

Różowe miasto - Jaipur


Tak jak już pisałam wcześniej, na podróż do Jaipuru udało nam się zdobyć jedynie bilety w gorszej klasie, bez klimatyzacji. Kiedy dotarliśmy na dworzec, okazało się, że nasz wagon, to miejsce, gdzie okna są zakratowane, wszystkie podniesione do góry dla maksymalnego przewiewu, a miejsca dla każdego z pasażerów jest tyle co nic. No ale nie mieliśmy wyjścia, w końcu mamy już doświadczenie, np. z Chin, w podróżowaniu w dziwnych warunkach. Zaraz po tym, jak pociąg ruszył, przysnęliśmy na chwilę, a kiedy się obudziliśmy okazało się, że pasażerów w przedziale jest o wiele więcej niż przewidzianych miejsc. Ludzie stali przy otwartych drzwiach, w przejściu, w każdym wolnym miejscu. Chyba w naszej klasie nie do końca obowiązywała rezerwacja miejsc. Było bardzo ciasno i męcząco, nie mówiąc już o tym, że znów wszyscy się na nas gapili. Podróż do Jaipuru trwała niestety aż 4,5 h. Mi na szczęście udało się większość przespać, niestety w jednej pozycji, ściskając kurczowo torbę z aparatem i saszetkę z innymi dobrami. Nie, nikt nas nie zaczepiał, było naprawdę ok, tylko mega niewygodnie i generalnie przygnębiająco.

 Kiedy dojechaliśmy okazało się, że Bartek czuje się chory, zmęczony i nawet ma lekką gorączkę. Nie wiem już czemu w takim upale dręczą nas jakieś przeziębienia (może od tej nieszczęsnej klimy). Zamiast zwiedzać, zamknęliśmy się w pokoju i poszliśmy spać. Na szczęście nasz hotelik był bardzo przyjemny, pokój również, a żadne skaczące osobniki nie buszowały po naszej łazience. 

Dopiero po 15, Bartkowi poprawiło się na tyle, że zdecydowaliśmy się pojechać do Różowego Miasta i zobaczyć trochę Jaipuru. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, ponieważ wszystkie zabytki otwarte są do 17, jednak udało nam się jeszcze zobaczyć Pałac Wiatrów – zbudowany w 1799 przez maharadżę Sawai Pratap Singh. Pałac miał służyć głównie kobietom, jest zbudowany z ażurowych ścian, w które dodatkowo wmontowane są (lub były) małe drewniane drzwiczki. Miało to umożliwić damom oglądanie z ukrycia życia miasta, procesji i różnych innych ważnych wydarzeń. Bardzo miłe miejsce, z którego niestety zostaliśmy wygnani gwizdkami, ponieważ zbliżała się godzina zamknięcia....

Po wizycie w pałacu, zrobiliśmy sobie jeszcze spacer ulicami Jaipuru, przechodząc wzdłuż bazarów, a dokładniej mówiąc małych sklepików, w których sprzedawane jest wszystko – od ubrań, przez biżuterię, farby do ścian, makarony i oczywiście przyprawy. W dystrykcie przypraw, ich aromat był tak intensywny, że drapało nas w gardłach i co chwila kichaliśmy. Niestety Jaipur to również przedzieranie się przez stosy śmieci, omijanie śpiących na ziemi ludzi, przeskakiwanie przez cuchnące rynsztoki... Indie. Bartek w pewnym momencie przez pół godziny szedł z pustą butelką po wodzie, nie rzuciwszy jej do rynsztoku, ponieważ zasady mamy, a co! W końcu, gdzieś przy jakimś skrzyżowaniu, zlokalizował wielki, zardzewiały kontener na śmieci, a kiedy pochylił się nad nim, żeby wyrzucić butelkę, okazało się, że w środku buszuje, czy jak kto woli żeruje stado brudnych świń! Potem chłopaki śmieli się, że wrzucono je tam jako prosięta i właściciele karmienie mieli z głowy. Bo naprawdę nie wiemy jak inaczej miałyby się tam dostać.

Wieczór spędziliśmy na tarasie, popijając lime soda i czytając książki. Następnego dnia miałam dzień niechęci do Hindusów i wszyscy mnie denerwowali... Zaplanowaliśmy wycieczkę do Amber Fort (czyt. amer), który jest położony ok.13 km od centrum miasta. Oczywiście pojawił się problem jak się tam dostać, w Jaipurze strajkowały riksze motorowe, mogliśmy wybrać albo rikszę rowerową – ale to trwałoby strasznie długo, albo super drogą taksówkę. Na ulicy dopadło nas oczywiście kilku chętnych do podwózki, ale ponieważ nie chcieli przystać na naszą cenę, poprosiliśy rikszarza, żeby pokazał nam gdzie jest autobus. Rikszarz zadowolony kazał nam wskoczyć do swej rikszy , ustaliliśmy cenę 50 rupii (chociaż koleś chciał 100) i ruszyliśmy. Byliśmy przekonani, że autobus odjeżdża mniej więcej z oklic Różowego Miasta. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po 2 minutach jazdy zadowolony z siebie rikszarz wysadził nas przed autobusem mówiąc, że to właśnie ten. Myślałam szczerze, że go pobiję. Po bardzo burzliwej wymianie zdań, daliśmy mu te jego 50 rupii ("this is my business"), ja wyzwałąm go od oszustów i złodziei i wsiedliśmy do autobusu. Byłam zła jak osa i znów nie chodziło o te 3 zł, tylko o fakt, że każdy na każdym kroku chce wyciągnąć od nas naszą kasę, która o ile pamiętam nie spadła nam z nieba, nie znaleźliśmy jej na ulicy, nie została odziedziczona po bogatych przodkach.. Chyba już zapomniałam po dwóch latach jak to jest i muszę się na nowo przyzwyczajać. Na domiar złego, autobus okazał się popsuty i musieliśmy z 15 minut czekać na następny. Na szczęście wydarzyło się również cosmiłęgo, na przystanku zaczepiła mnie młoda dziewczyna, któa zaczęła wypytywać co tu robimy, ile jesteśmy czasu, co studiowaliśmy. Była bardzo miła i bardzo przyjemnie się z nią rozmawiało – chociaż jeden bezintereswony człowiek w całej tej trzodzie naciągaczy. Okazało się, że jest studentką drugiego roku ekonomii, chyba w Jaipurze, lub w Delhi – nie do końca zrozumiałam, a po studiach zamierza zrobić kurs.... pilotki! Pilotem jest również jej tata i chyba w tym zawodzie można mieć dość niezłe życie w Indiach. Od razu przypomniała mi się historia z Indii, którą usłyszałam przed dwoma laty, kiedy jakiś samolot miał nieudane lądowanie, a potem się okazało, że pilotowała go kobieta, która z jakichś powodów nie uzyskała licencji.. Nie podzieliłam się jednak z dziewczyną moją historią :-)

Wizyta w forcie była udana, niestety w połowie zwiedzania zaczął mnie boleć żołądek i zaczęłam się czuć, tak jak Bartek dnia poprzedniego. Ja jednak jestem zdania, że to ten upał tak nas wykańcza. A zwiedzanie pustych murów, rozgrzanych do granic możliwości, wcale nie przynosi ulgi. Po forcie, pojechaliśmy znów do Różowego Miasta i tam zwiedziliśmy City Palace, dawną siedzibę maharadżów i śmieszne obserwatorium astronomiczne Jantar Mantar, zbudowane w 1728 przez niejakiego Jai Singh'a. Podobno w Indiach jest pięć obserwatoriów zbudowanych przez tego pana, miłośnika astronomii. Na terenie tego w Jaipurze są różne budowle, które mają pomóc śledzić ruchy ciał niebieskich i dokonywać precyzyjnych pomiarów. Przyznam, że z racji mojego samopoczucia nie starałam się nawet wczytywać o co chodzi, ale całość wyglądała dość ciekawie. Pokażemy na zdjęciach.

Wieczorem, po zakupieniu biletu do Delhi na dzień następny, nie pozostało nam już nic innego jak znów leżeć na tarasie. Kiedy poszliśmy rozliczyć się za pobyt z synem właściciela, opowiedział nam trochę ciekawych rzeczy o swojej rodzinie, o Indiach, pokazał nam swoją sypialnię, pokój rodziców, przedstawił swoją żonę. Bardzo sympatyczny człowiek. Okazało się, że ślub brał rok wcześniej i że było na nim... 2000 osób! Nie, nie 200, to nie pomyłka. Podobno uroczystości trwały 3 dni i państwo młodzi przebierali się wiele, wiele razy. Chyba najpopularniejszą tradycją jeśli chodzi o ubiór, to stawanie się maharadżą i maharani (żona). Spytałam czy takie wesela są fajne, czy jemu się to podoba, a on odpowiedział, że nie, ludzie przychodzą, jedzą i odchodzą. Spytałam go więc, po co aż tak wielka uroczystość, a on mi na to, że jego zapraszają, więc i on musi zapraszać (to tak jak u nas! :p)... Podobno w Indiach na wesela i wyposażenie państwa młodych (zwłaszcza chodzi o posag dla kobiety) idą straszne pieniądze. Syn naszego gospodarza ma dwie siostry, jedną już posiadającą swoją rodzinę, a drugą młodszą, jeszcze samotną. Powiedział nam, że rodzice wybiorą jej męża i że w jego kaście tak właśnie się robi, ale że w Indiach małżeństwa zaaranżowane przez rodziców są szczęśliwsze niż te z miłości... No to co z tymi filmami Bollywood?? Jak to w końcu jest? Przecież tam miłość i namiętność aż wylewają się z ekranu na widzów...

Następnego dnia znów musieliśmy wstać o 5 rano, żeby zdążyć na pociąg na 6. Na szczęście udało nam się dorwać bilety w wagonie klimatyzowanym i perspektywa podróży nie wydawała się aż tak straszna.

poniedziałek, 13 maja 2013

Fota Tadż Mahala każdego zniewala

Taj - widok klasyczny

Taj - widok mniej klasyczny

Wzorki

My z Tadziem Tadżem

Wzorki 2

Agra Fort

UNESCO World Heritage Site

Taj - widok z Fortu na tle ścieku rzeki

Taj po grzybach

Taj - widoczek z tarasu

W Agrze


Żeby dojechać do Agry, miasta w którym znajduje się jeden z cudów świata architektury nowożytnej – Taj Mahal, musieliśmy wstać o 5 i przed 6 rano stawić się na dworcu. Podróż nie była zbyt długa i bolesna, spędziliśmy ją w klimatyzowanym wagonie, na podwójnym siedzeniu, z dużą ilością miejsca na nogi. Po ponad dwóch godzinach dojechaliśmy na miejsce, zwarci i gotowi, aby zaraz po zalogowaniu się w hotelu (który zamówiliśmy poprzedniego dnia przez internet) ruszyć na miasto i oddać się bez reszty zwiedzaniu. Do hotelu pojechaliśmy tuk-tukiem. Przez pół drogi miły pan kierowca zabawiał nas rozmową, w całkiem dobrej angielszczyźnie. Pokazał nam notesik,w którym ludzie pisali mu jak bardzo byli zadowoleni z jego usług przewodnika. Oczywiście posiadał również stosowne wpisy po polsku. Od razu wiedziałam czym to pachnie. Miły pan kierowca, koniecznie chciał zwerbować nas jako swoich klientów na cały dzień. Kiedy wyłuskał już swoją ofertę, zatrzymał rikszę na poboczu i przedstawił ją nam w szczegółach. To jasne, że lepiej by było dla niego zostać naszym przewodnikiem na cały dzień za 900 rupii, niż zrobić kilka kursów, za kilkadziesiąt. Na mój gust jednak za dużo gadał, poza tym my raczej nie korzystamy z takich usług. Gdybyśmy chcieli uszczęśliwić wszystkich potencjalnych przewodników, którzy chcą się nami zająć, szybko wyczerpałby nam się budżet. Ciężkie prawa podróżowania z plecakiem. Pan był niepocieszony i trochę było mi go żal, no ale trudno...

Nasz pokój w hotelu wyglądał znośnie i tylko trochę obskurnie (no ale tego się spodziewaliśmy, w końcu zabukowaliśy tańszą opcję, za 340 rupii (ok. 20 zł/pokój). Jedynym problemem jaki mieliśmy były wychodzące z kanalizacji... koniki polne. Upodobały sobie zwłaszcza umywalkę i skubane były wielkimi twardzielami, ponieważ wytrzymywały nawet puszczanie na nie przez kilka minut strumienia wody. Natomiast dużym atutem był taras znajdujący się na dachu budynku, gdzie pod namiotem można było rozsiąść się na krzesłach i czekać na jakikolwiek powiew świeżej bryzy... Ale to później.

Do Taj Mahalu od hotelu było stosunkowo blisko, poszliśmy więc pieszo. „Stosunkowo blisko” w ponad czterdziestostopniowym upale i w pełnym słońcu ma trochę inny wymiar niż zwykle, jednak dzielnie parliśmy do przodu i w końcu znaleźliśmy jakieś wejście. A tam niestety czekała nas przykra niespodzianka. Pisałam już, że za wiele się po Indiach nie spodziewaliśmy, naprawdę bardzo, bardzo niewiele. Jednak to co zobaczyliśmy zaraz w sąsiedztwie „cudu świata”, jak sami określają go Hindusi, trochę nas podłamało – syf, malaria, ścieki i smród, wszystko co najgorsze. Pewnie myślimy nie tak jak trzeba, jakoś dziwnie po europejsku, ale może warto by było uporządkować chociaż ten mały skrawek terenu wokół jednego z największych zabytków na świecie... A może nie.... Nie mówię już nawet o tym, że każdy sprzedawca, absolutnie każdy chciał nam wcisnąć jakiś swój towar – np. wodę, chociaż widzieli, że niesiemy właśnie po dwie butelki każdy. Sam Taj Mahal natomiast nas nie zawiódł. Jest naprawdę piękną, majestatyczną, niesamowitą w swych proporcjach budowlą, która w sposób magnetyczny każe na siebie patrzeć, patrzeć, patrzeć, bez końca. Taj Mahal, to mauzoleum, pomnik miłości, który cesarz Shah Jahan, kazał wybudować po śmierci swojej ukochanej żony, Mumtaz Mahal (miał ich kilka), która zmarła w 1631 roku, gdy wydawała na świat ich 14 potomka. Budowla została ukończona dopiero w 1653 roku, jednak cesarz nie mógł się nią długo cieszyć, ponieważ jeden z jego synów, postanowił przejąć władzę i osadził ojca, w wieży fortu Agry, gdzie ten mógł patrzeć na grób swojej żony jedynie przez okienko.... Po śmierci ojca, niegodny syn, okazał się jednak na tyle porządny, że pochował go obok ukochanej. Spodziewaliśmy się, że w samym Taj Mahalu będzie trochę więcej do zwiedzania, a tam było tylko pomieszczenie, w którym znajdują się sarkofagi Shaha i Mumtaz i kilka przylegających pomieszczeń, w których nie znajduje się nic.. Ciekawostką jest to, że w sarkofagach wcale nie spoczywają ciała małżonków. W podziemiach Taj Mahalu są specjalne krypty, w których je pochowano, jednak (i może na szczęście) zwiedzający nie mają tam wstępu. Cały Taj Mahal, wykonany jest z białego marmuru, wnętrze górnej krypty również. I tu można śmiało powiedzieć, że jest to prawdziwe dzieło sztuki. Sarkofagi, otacza marmutowy „płotek”, wykuty z jednego kawałka marmuru(!) który wygląda, jakby był pleciony z delikatnych roślin i jest inkrustowany tysiącami kamieni szlachetnych i półszlachetnych. Wszędzie są motywy roślinne, które jak wierzono przedstawiają raj. Wspaniałą, doniosłą atmosferę zakłócają jedynie gwizdki strażników, którzy w ten sposób próbują popędzić zwiedzających, aby nie zatrzymywali się na długo i szli zgodnie z jakimś ustalonym porządkiem. No comments. (Gwizdki i strażników zauważyliśmy w wielu zabytkowych miejscach, chciałam parę razy im powiedzieć, żeby sobie je …. , ale znów, co ja tam wiem o kulturze i psychice Hindusów...) Zwiedzając Taj Mahal poparzyliśmy sobie ponadto stopy. Chcieliśmy być ekologiczni i nie brać plastikowych ochraniaczy na buty i tak jak Hindusi chodzić boso. My chyba mamy jednak inną tolerancję na te temperatury... W miejscach nie zakrytych przed słońcem musieliśmy biec co sił w nogach, żeby się naprawdę nie poparzyć. Marmur był gorący jak płyta w piecyku i nic nie dawało nawet robienie bardzo szybkich, małych kroczków.
Kolejna rzecz, która doprowadzała mnie tego dnia do szału – wszyscy chcieli sobie z nami robić zdjęcie. Biali są tutaj traktowani chyba jak jakiś dziwny twór natury, wszyscy się na nas gapią, co i tak już jest bardzo mało komfortowe, a wielu podchodzi z intencją sfotografowania się z nami. Pal licho jeśli jeszcze pytają, najgorzej jest kiedy np. jeden koleś staje koło ciebie, kiedy ty np. robisz zdjęcie, a drugi cyka mu super fotkę z białasem. No cóż, tego dnia mieliśmy fazę absolutnego niegodzenia się na to. Po 30-stej osobie już nawet nie chciało mi się tłumaczyć dlaczego. To był po prostu nieodpowiedni dzień :-)

Po Taj Mahalu pojechaliśmy zwiedzić jeszcze Fort Agra, nie będę się może na ten temat rozpisywać zbyt wiele, bo i sam fort nie był aż tak ekstremalnie ciekawy. Był to kompleks zabudowań pałacowych (ponieważ służyły głównie do mieszkania, mniej do obrony), którego budowę rozpoczęto w 1565 z inicjatywy cesarza Akbara. Jest to ten sam fort, w którym był przetrzymywany nieszczęsny Shaha. Tak jak on mogliśmy z daleka obserwować Taj Mahal, był jednak trochę osłonięty przez smog, który jest tu wszechobecny i nigdy się nie kończący. Ciekawostką jest to, że ze względu na zanieczyszczenie mogące negatywnie wpłynąć na Taj Mahal, riksze i wszelkie pojazdy motorowe nie są dopuszczane bliżej niż mniej więcej 500 metrów... W ogromnym mieście, pełnym riksz i samochodów, gdzie powietrze jest wręcz szare od spalin, na pewno ma to wieeelkie znaczenie.... 

Po wizycie w forcie, mieliśmy już tylko siłę iść do hotelu, zasiąść na tarasie i nie robić nic. Nasze zwiedzanie tego dnia nie było długie, bo trwało zaledwie 4 godziny, jednak nie byliśmy w stanie wykrzesać z siebie więcej sił, nieludzki upał odebrał nam je wszystkie. Padliśmy na fotele i w tej pozycji przeczekaliśmy do samego wieczora. Następnego dnia musieliśmy wstać o 4 rano, żeby zdążyć na pociąg, który mieliśmy o 5, więc nie zwlekaliśmy zbytnio z pójściem spać. Koło 22, po wytępieniu wszystkich koników polnych znajdujących się w naszym pokoju, zapadliśmy w kamienny, aczkolwiek bardzo gorący sen.

Fiku miku w baseniku

Z Panem Ambasadorem omawiamy aktualną sytuację ekonomiczną Indii

Happy bo chłodno

Indyjskie początki


Wiem, że mieliśmy updatować bloga regularnie (dziś usłyszałam taki przytyk :-) ) i na bieżąco dzielić się naszymi wrażeniami, jednak coś ostatnio, chyba z nastaniem piekielnych upałów, opuściły mnie siły twórcze. Nie mam weny, nie chce mi się pisać, a jak już coś piszę to idzie mi to jak po grudzie... W oczekiwaniu na lepszą formę, muszę chyba jednak troszkę się zmobilizować, bo inaczej wszystko pozapominam i narobię wielkich zaległości (a i tak jeszcze cały notesik z Nepalu czeka na przepisanie...)

Indie, Indie, jak tu pisać o Indiach i wyłuskać z siebie ochy, achy, okrzyki zachwytu i euforię... Ktokolwiek tu był, nie będzie tego ode mnie oczekiwał. To kraj trudny, chyba najtrudniejszy ze wszystkich na naszej mapie (a przynajmniej taką mam nadzieję) i przecież nie spodziewaliśmy się niczego innego. Nawet Bartek, chyba trzeciego dnia naszego pobytu tutaj stwierdził, że jest „lepiej” niż się spodziewał, a i tak jest strasznie! No właśnie, naprawdę jest strasznie... Nie w takim sensie, że jest tu niebezpiecznie, czy, że tak się czujemy, po prostu trudny do opisania syf, wymieszany z trudnym do opisania upałem, robią swoje i prowokują jedyną możliwą opinię – jest strasznie...

Pierwszy dzień spędziliśmy w Delhi, którego nie mieliśmy jeszcze niestety okazji zwiedzić (poza super basenem Łukasza, ale to chyba się rozumie samo przez się, że był naszym priorytetem – tak, tak i Łukasz i basen :-). Po przylocie samolotem na piękne i nowoczesne lotnisko im. Indiry Ghandi, mogliśmy się poczuć jak w innym świecie. Innym od tego, w którym przez trzy ostatnie tygodnie w górach nie istniały dla nas żadne nowoczesne urządzenia, samochody, elektronika.. Tutaj, wszystko było lśniące, błyszczące, chromowane i high-tech... Klima oczywiście buzowała pełna i parą i dopiero kiedy wyłoniliśmy się z hali lotniska, aby wpaść w ramiona naszego Łukaszka, poczuliśmy co tak naprawdę nas czeka w tym kraju. Upał prawie 40 stopni o 20:30 wieczorem, to całkiem nowe doświadczenie. To jest już ten rodzaj upału, który nie tylko po prostu sobie JEST, ale ZALEWA całe ciało, płuca, głowę... Łukasz powiedział nam, że nie czuje już tego gorąca tak jak na początku, ale my byliśmy w szoku, a ja co chwilę powtarzałam :”co za upał, niesamowity jest ten upał, jak to możliwe”. Ubiegam pytania ciekawskich – tak, 40-stopni upału to o wiele lepsza sprawa niż prawie 40 stopni mrozu (patrz przygody na Syberii) i zdania nigdy nie zmienię!

Łukasz samochodem (w którym czekało na nas powitalne zimne piwko), zabrał nas do bakpakerskiej dzielnicy, w której mieliśmy spędzić najbliższe dwie noce - Paharganj. Dzielnica ta wygląda troszkę inaczej niż dzielnica przy lotnisku. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawili się bezdomni ludzie, psy, tony śmieci... A nasz hotelik o wspaniałej nazwie Cottage Yes Please (wtf?), był cudowną, klimatyzowaną oazą czystości i spokoju... Byłam tak pochłonięta cieszeniem się, że nasz pokój nie wygląda jak slams, że dopiero na drugi dzień rano zauważyłam, że nie ma w nim okna ;-). Jedynie właściciel przybytku był trochę nerwowy i obawiał się, że zamierzamy przenocować Łukasza na krzywy ryjek, ponieważ ze trzy razy dopytywał się, czy aby na pewno sobie pójdzie... Poszliśmy sobie razem do restauracji na przeciwko hotelu i skonsumowaliśmy pyszną kolację. A potem, poszliśmy trochę dalej, na dach jakiegoś budynku (tu dach co drugiego budynku jest restauracją), na nielegalne piwo. Nielegalne, ponieważ otrzymanie koncesji w Indiach jest tak drogie, że większość lokali serwuje trunki pod tzw. stołem, a dokładnie, w czarnych foliowych torebkach. Nie siedzieliśmy zbyt długo, niektórzy musieli rano iść do pracy :P, jednak mogliśmy chociaż chwilę pocieszyć się swoim towarzystwem!

My z Bartkiem spaliśmy jak zabici. Z pokoju wygrzebaliśmy się dopiero koło 11, poszliśmy na śniadanie (o każdej porze dnia jem chlebki naan, w których jestem zakochana, tak, również na śniadanie), a potem pozałatwiać sprawy natury praktycznej. Bo czyż zakup długiej do kostek, nieprześwitującej spódnicy, to w Indiach nie kwestia praktyczna?? Trafiliśmy do lokalu dwóch Hindusów, których polecił nam Łukasz. Okazało się, że świetnie mówią po polsku (handelek z polskimi india szopami), są bardzo mili i pomocni i nie dość, że obkupiłam się we wszystkie niezbędne (oraz zbędne)mi fatałaszki, to jeszcze wymienili nam nasze ostatnie 600 rupii nepalskich, których nie udało nam się pozbyć na lotnisku... Posiedzieliśmy chwilę w klimatyzowanym pomieszczeniu i pognaliśmy na dworzec, gdzie chcieliśmy kupić bilety na naszą podróż na dzień następny. Historia z dworcem jest bardzo zabawna – na dworcu w Delhi (nie jest absolutnie, w żadnym stopniu tak piękny jak lotnisko) jest specjalne biuro, gdzie bilety kupują turyści zagraniczni. Podobno, nieuczciwi naciągacze robią wszystko, aby turysta tam nie dotarł i skorzystał, z o wiele droższych i wątpliwych pod względem uczciwości, agencji turystycznych. W przewodniku wyczytaliśmy, aby absolutnie nie wierzyć ludziom, którzy mówią, że biuro jest zamknięte, że je przenieśli, że spłonęło, itd., itp. Będąc świadomymi czyhających na nasze pieniądze okrutników, parliśmy do przodu nie zwracając absolutnie uwagi na nic innego, tylko znaki kierujące nas w stronę biura. A wielu, wielu osobników, próbowało nas zaczepić, wskazać zupełnie przeciwny kierunek itd... W biurze było 95 % miejscowych i z 5% turystów, ale widocznie są to miejscowi cieszący się specjalnymi przywilejami. Kolejka była bardzo długa, z kilkoma zakrętasami i co zabawne, jak tylko ktoś podchodził do okienka, cała kolejka wstawała ze swoich krzesełek i przesiadała się o to jedno, czy kilka do przodu.... Hindusi nie wpadli chyba jeszcze na coś takiego jak numerki.... A może wpadli tylko im się nie chce. Siedzieliśmy w tej kolejce 1,5 h, skończyła nam się woda, przeczytaliśmy pół przewodnika, aż w końcu nadeszła nasza kolej! Zakupiliśmy bilety do Agry i Jaipuru, na dzień następny i jeszcze następny... Do Agry nawet były jeszcze miejsca w klasie siedzącej, klimatyzowanej (tu jest mnóstwo tych klas), niestety do Jaipuru musieliśmy się zadowolić klasą siedzącą, nieklimatyzowaną. Bilety były 3 razy tańsze, ale... no właśnie, nie przejęliśmy się tym, bo nie wiedzieliśmy jeszcze co to znaczy...

Popołudnie spędziliśmy w towarzystwie Łukasza, jego basenu, rumu Old Monk i pysznego jedzonka... O jak miło spotkać się z kimś nie tylko znajomym, ale do tego życzliwym :-)
Następnego dnia mieliśmy wstać o 5, pociąg był na 6 rano!