Witamy w Malezji i z Malezji. Jesteśmy
tu od 5 czerwca, kiedy to przylecieliśmy koło południa do Kota
Kinabalu. Pomimo tego, iż niektórym jego nazwa kojarzy się z
postacią z kreskówki (:P), jest to najzwyklejsze w świecie miasto,
położone na Borneo – ani przesadnie brzydkie, ani ładne, miasto
jak miasto – nasze wrota do zwiedzania przepięknej przyrody tej
ogromnej wyspy...
Zanim się tu jednak pojawiliśmy,
spędziliśmy, jak już zapewne wiecie, kilka dnia na Boracay –
rajskiej wyspie filipińskiej, której kształt do złudzenia
przypomina... kość! Z Boracay nie pisaliśmy zbyt wiele (poza tym,
że uzupełniliśmy bloga, ha!) z tej prostej przyczyny, że zbyt
wiele tam nie robiliśmy. Tzn. nie, leniliśmy się oczywiście i to
jak tylko bardzo się dało, ale lenienie nie jest ciekawe dla
czytelników, a dla niektórych może być nawet denerwujące, czy
frustrujące, tak więc nasze wakacje na wakacjach po prostu
pominęliśmy milczeniem :-).
Kilka drobiazgów może Wam jednak
zdradzę... Dlaczego mielibyśmy Was w sumie NIE podenerwować... :-)
Wyspa trochę nas rozczarowała - no
jasne kiedy spodziewasz się rajskiej wyspy, a w drodze do hotelu
napotykasz śmietnisko i pasące się na nim kozy, zaczynasz się
zastanawiać. Na szczęście plaża już nas nie zawiodła i była
prawie tak wspaniała jak na zdjęciach, prawie, ponieważ patrząc
na zdjęcie, według mnie z 50% tego co się widzi to nasze
wyobrażenie o danym miejscu, a nie rzeczywiste miejsce. Wyobraźnię
mam świetną i bujną, tak więc ona plus fotoszop sprawiają, że
praktycznie zawsze gdzieś tam uwiera mnie potem to ziarenko
rozczarowania... No ale nie mogę napisać, że było nieładnie, czy
tak sobie. Plaża była wspaniała, palmy pokładały się na niej
jak trzeba, a piasek może nie był BIAŁY, ale nie dało się na
niego patrzeć w środku dnia bez okularów przeciwsłonecznych, tak
niesamowicie był jasny.
Pierwszego dnia zrobiliśmy sobie
spacer na drugi, ten bielszy i droższy koniec plaży (prawie 4 km w
jedną stronę) i pozazdrościliśmy trochę bogaczom ich hoteli, bo
niektóre wyglądały naprawdę świetnie! Poza tym prawie
usmażyliśmy się w słońcu, ponieważ cały cień pod palmami był
zagospodarowany przez przyplażowe knajpy hotelowe. Promenadą
wiodącą wzdłuż plaży (również wysypaną delikatnym
piaseczkiem) nie dało się iść, ponieważ naganiacze dopadali nas
tym razem co 5 metrów i już prawie, prawie zabierałam się do
rękoczynów ;-).
Drugiego dnia przeszliśmy się na
drugą stronę wyspy, gdzie swój spot mają kajciarze i
windsurferzy. W sezonie podobno jest to dobra miejscówka do
uprawiania i uczenia się tych sportów. Niestety teraz prawie
zupełnie tam nie wieje, mogliśmy więc tylko popatrzeć jak wygląda
to miejsce. I szczerze mówiąc nie wygląda zbyt ciekawie, plaża
jest nieuporządkowana i zaśmiecona, do wody na kąpielisku wpadają
rury ściekowe (!!), śmierdzi i jest buro. Może w sezonie bardziej
o to dbają, ale naprawdę teraz wyglądało to słabo, do tego
stopnia, że pomimo piekielnego upału, nawet nie weszłam do wody
się wykąpać...
Poza tymi wspaniałymi dwoma wyprawami
nasza główna aktywność skupiała się wokół: leżenia na plaży
pod palmą, czytania książek, kąpieli we wspaniałym turkusowym,
ciepłym morzu, korzystaniu z happy hour (było od 14-tej! -
rozpusta, rum z colą za 30 pesos, czyli ok. 2,5 zł) i gapieniu się
w morze. Często również przeżywaliśmy to jak bardzo jest
wspaniale i jakie to mamy cholerne szczęście, że możemy tam
być...
Muszę przyznać, że Boracay bardzo
miło nas w sumie zaskoczyło. Spodziewaliśmy się tłumów, a
tymczasem, w ciągu dnia plaża była praktycznie pusta. Nie mamy
pojęcia co robiła większość ludzi, albo siedzieli w hotelach na
basenach, albo korzystali z dość tutaj drogich atrakcji „morskich”
- jakieś nurkowania, snorkelling, island hopping, jet ski, itd. itd.
Poza tym od 1-szego czerwca zaczynał się na Boracay niski sezon,
zbliża się pora deszczowa, na Filipinach skończyły się wakacje,
tak więc byliśmy tylko my i plaża i morze (i niestety czasem grupa
drących m.... Amerykanów – ja „rasistką” nie jestem,
ale...). Boracay, w miejscach turystycznych jest wyspą zadbaną,
widać, że przykładają się do tego, żeby turystom było
przyjemnie. Nie wolno np. palić na plaży, jest trochę koszy na
śmieci, wszystko jest jakieś takie nad wyraz jak na Azję
uporządkowane. Oczywiście jest również kilka minusów.
Największy z nich, to widok starych obleśnych białasów,
obściskujących się w wodzie i na lądzie z młodziutkimi,
ślicznymi Filipinkami. Nie mieli za bardzo o czym zazwyczaj
rozmawiać (moim ulubionym zajęciem na plaży było krytykowanie
ich), ale chyba jasne jest to, że nie o rozmowę im chodziło.
Żałosne typy. Kolejną oburzającą rzeczą, była „wystawka”
dzikich zwierząt na promenadzie, z którymi można było sobie
zrobić zdjęcie! Od pytona i papugi, do tygrysa i lwa, leżących na
jakimś stole, na smyczy! Powiedziałam jakiemuś naganiaczowi, który
proponował fotki ze zwierzaczkami, że to okropne co robią tym
biednym stworzeniom i że to dla nich bardzo niemiłe. Pan zdołał
wydusić z siebie tylko „why??), zdziwienie na jego twarzy było
tak wielkie, że nawet nie próbowałam mu nic tłumaczyć. Może do
ochrony dzikich zwierząt Filipiny jeszcze kiedyś dojrzeją –
może...
Nasze leniuchowanie było jak
najbardziej uzasadnione - musieliśmy naładować baterie, ponieważ
nasz pobyt w Malezji będzie wypełniony różnymi aktywnościami i
pewnie nie będziemy mieć za dużo czasu na czysty i niezmącony
żadnym wysiłkiem relaks.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz