piątek, 7 czerwca 2013

Na Filipinach - Boracay, nasze wakacje na wakacjach - 31.05/04.06.2013

Witamy w Malezji i z Malezji. Jesteśmy tu od 5 czerwca, kiedy to przylecieliśmy koło południa do Kota Kinabalu. Pomimo tego, iż niektórym jego nazwa kojarzy się z postacią z kreskówki (:P), jest to najzwyklejsze w świecie miasto, położone na Borneo – ani przesadnie brzydkie, ani ładne, miasto jak miasto – nasze wrota do zwiedzania przepięknej przyrody tej ogromnej wyspy...

Zanim się tu jednak pojawiliśmy, spędziliśmy, jak już zapewne wiecie, kilka dnia na Boracay – rajskiej wyspie filipińskiej, której kształt do złudzenia przypomina... kość! Z Boracay nie pisaliśmy zbyt wiele (poza tym, że uzupełniliśmy bloga, ha!) z tej prostej przyczyny, że zbyt wiele tam nie robiliśmy. Tzn. nie, leniliśmy się oczywiście i to jak tylko bardzo się dało, ale lenienie nie jest ciekawe dla czytelników, a dla niektórych może być nawet denerwujące, czy frustrujące, tak więc nasze wakacje na wakacjach po prostu pominęliśmy milczeniem :-).

Kilka drobiazgów może Wam jednak zdradzę... Dlaczego mielibyśmy Was w sumie NIE podenerwować... :-)
Wyspa trochę nas rozczarowała - no jasne kiedy spodziewasz się rajskiej wyspy, a w drodze do hotelu napotykasz śmietnisko i pasące się na nim kozy, zaczynasz się zastanawiać. Na szczęście plaża już nas nie zawiodła i była prawie tak wspaniała jak na zdjęciach, prawie, ponieważ patrząc na zdjęcie, według mnie z 50% tego co się widzi to nasze wyobrażenie o danym miejscu, a nie rzeczywiste miejsce. Wyobraźnię mam świetną i bujną, tak więc ona plus fotoszop sprawiają, że praktycznie zawsze gdzieś tam uwiera mnie potem to ziarenko rozczarowania... No ale nie mogę napisać, że było nieładnie, czy tak sobie. Plaża była wspaniała, palmy pokładały się na niej jak trzeba, a piasek może nie był BIAŁY, ale nie dało się na niego patrzeć w środku dnia bez okularów przeciwsłonecznych, tak niesamowicie był jasny.

Pierwszego dnia zrobiliśmy sobie spacer na drugi, ten bielszy i droższy koniec plaży (prawie 4 km w jedną stronę) i pozazdrościliśmy trochę bogaczom ich hoteli, bo niektóre wyglądały naprawdę świetnie! Poza tym prawie usmażyliśmy się w słońcu, ponieważ cały cień pod palmami był zagospodarowany przez przyplażowe knajpy hotelowe. Promenadą wiodącą wzdłuż plaży (również wysypaną delikatnym piaseczkiem) nie dało się iść, ponieważ naganiacze dopadali nas tym razem co 5 metrów i już prawie, prawie zabierałam się do rękoczynów ;-).
Drugiego dnia przeszliśmy się na drugą stronę wyspy, gdzie swój spot mają kajciarze i windsurferzy. W sezonie podobno jest to dobra miejscówka do uprawiania i uczenia się tych sportów. Niestety teraz prawie zupełnie tam nie wieje, mogliśmy więc tylko popatrzeć jak wygląda to miejsce. I szczerze mówiąc nie wygląda zbyt ciekawie, plaża jest nieuporządkowana i zaśmiecona, do wody na kąpielisku wpadają rury ściekowe (!!), śmierdzi i jest buro. Może w sezonie bardziej o to dbają, ale naprawdę teraz wyglądało to słabo, do tego stopnia, że pomimo piekielnego upału, nawet nie weszłam do wody się wykąpać...

Poza tymi wspaniałymi dwoma wyprawami nasza główna aktywność skupiała się wokół: leżenia na plaży pod palmą, czytania książek, kąpieli we wspaniałym turkusowym, ciepłym morzu, korzystaniu z happy hour (było od 14-tej! - rozpusta, rum z colą za 30 pesos, czyli ok. 2,5 zł) i gapieniu się w morze. Często również przeżywaliśmy to jak bardzo jest wspaniale i jakie to mamy cholerne szczęście, że możemy tam być...

Muszę przyznać, że Boracay bardzo miło nas w sumie zaskoczyło. Spodziewaliśmy się tłumów, a tymczasem, w ciągu dnia plaża była praktycznie pusta. Nie mamy pojęcia co robiła większość ludzi, albo siedzieli w hotelach na basenach, albo korzystali z dość tutaj drogich atrakcji „morskich” - jakieś nurkowania, snorkelling, island hopping, jet ski, itd. itd. Poza tym od 1-szego czerwca zaczynał się na Boracay niski sezon, zbliża się pora deszczowa, na Filipinach skończyły się wakacje, tak więc byliśmy tylko my i plaża i morze (i niestety czasem grupa drących m.... Amerykanów – ja „rasistką” nie jestem, ale...). Boracay, w miejscach turystycznych jest wyspą zadbaną, widać, że przykładają się do tego, żeby turystom było przyjemnie. Nie wolno np. palić na plaży, jest trochę koszy na śmieci, wszystko jest jakieś takie nad wyraz jak na Azję uporządkowane. Oczywiście jest również kilka minusów. Największy z nich, to widok starych obleśnych białasów, obściskujących się w wodzie i na lądzie z młodziutkimi, ślicznymi Filipinkami. Nie mieli za bardzo o czym zazwyczaj rozmawiać (moim ulubionym zajęciem na plaży było krytykowanie ich), ale chyba jasne jest to, że nie o rozmowę im chodziło. Żałosne typy. Kolejną oburzającą rzeczą, była „wystawka” dzikich zwierząt na promenadzie, z którymi można było sobie zrobić zdjęcie! Od pytona i papugi, do tygrysa i lwa, leżących na jakimś stole, na smyczy! Powiedziałam jakiemuś naganiaczowi, który proponował fotki ze zwierzaczkami, że to okropne co robią tym biednym stworzeniom i że to dla nich bardzo niemiłe. Pan zdołał wydusić z siebie tylko „why??), zdziwienie na jego twarzy było tak wielkie, że nawet nie próbowałam mu nic tłumaczyć. Może do ochrony dzikich zwierząt Filipiny jeszcze kiedyś dojrzeją – może...


Nasze leniuchowanie było jak najbardziej uzasadnione - musieliśmy naładować baterie, ponieważ nasz pobyt w Malezji będzie wypełniony różnymi aktywnościami i pewnie nie będziemy mieć za dużo czasu na czysty i niezmącony żadnym wysiłkiem relaks.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz