poniedziałek, 24 czerwca 2013

BSB - Brunei - 16.06.2013

Na następny dzień mieliśmy przewidziany przede wszystkim odpoczynek. Nie planowaliśmy nastawiać budzika, ani nigdzie się spieszyć. Zwiedzanie może poczekać, a my musimy się w końcu zrelaksować i poczuć, że tak naprawdę NIE MUSIMY NIC!

Tak też uczyniliśmy i po leniwym poranku nastąpiło leniwe południe, a potem część leniwego popołudnia. Zasiedliśmy w jakiejś zachodnio wyglądającej kawiarni - jest ich tu dwie, oczywiście jedna drzwi w drzwi z drugą, i leniuchowaliśmy. W końcu trochę nadrobiliśmy zaległości blogowe, Bartek kupił nam kolejne bilety lotnicze, napiliśmy się porządnej kawy i podobno niezbyt smacznego szejka i koło 15 byliśmy w końcu gotowi na podbicie BSB!

Upał był okrutny. Słońce pomimo późnej pory prażyło niemiłosiernie i szybko zaczęłam tęsknić za chłodem kawiarni oraz przeklinać zasady muzułmanów, na temat nie eksponowania kobiecego ciała. Dranie!
Postanowiliśmy jednak być dzielni i poszliśmy zwiedzać wielki meczet stojący w centrum miasta. Meczet w latach pięćdziesiątych wybudował ojciec obecnego sułtana, oczywiście nie szczędząc na to środków. Ma złote kopuły, jest otoczony wielką sadzawką (w której całkiem ładnie się odbija), a tuż przy nim stoi kamienny i kafelkowy statek, wzorowany na szesnastowiecznej barce królewskiej (cokolwiek to znaczy), który służy do odprawiania różnych nieznanych nam ceremonii.
Sam meczet akurat w tamtej chwili nie był dostępny dla zwiedzających, ponieważ była pora modlitwy, ale jakiś miły pan strażnik wyszedł do nas i widząc nasze strapione miny zaproponował, że wpuści nas na pięć minut, żebyśmy mogli sobie obejrzeć wnętrze. We wnętrzu pierwsze co rzuca się w oczy to ruchome schody, ale nie jest to najważniejszy element wystroju :-). Podobno wnętrze również urządzone jest na bogato, z najlepszych marmurów, dywanów sprowadzanych np. z Belgii (!), itd., itd. Według mnie wyglądało to mocno średnio, marmurów nie lubię, a dywany były już mocno sfatygowane i niektóre postrzępione. Meczet jest według mnie o wiele bardziej godny podziwu z zewnątrz, ale to i tak bardzo miło, że mogliśmy wejść do środka.
Obeszliśmy go sobie dookoła i poszliśmy dalej, aby zwiedzić chyba największą atrakcję BSB, miasto na wodzie, największe tego typu miasto na świecie!

Miasto składa się z 28 „dzielnic”, posiada własne szkoły, meczet, posterunek policji, szpital, nawet własną straż pożarną. I wszystko to, poza szpitalem, również znajduje się na wodzie. Widzieliśmy już podobne miasta w wielu miejscach w Malezji, nawet pojedyncze domy rybackie, wiele kilometrów od brzegu, ale to zdecydowanie przerasta wszystkie pozostałe. Podobno sułtan nie jest zachwycony tym, że ludzie nadal chcą mieszkać w tym, przyznajmy, niezbyt „ekskluzywnym” miasteczku i zachęca do osiedlania się na lądzie, jednak ludzie są bardzo przywiązani do tego miejsca i niechętnie je opuszczają. Często można zobaczyć całkiem niezłe samochody zaparkowane na nabrzeżu, podobno ich właściciele przesiadają się z nich na taksówki wodne i na wieczór wracają do domów na wodzie...

My zaczęliśmy zwiedzanie pieszo i od razu polubiliśmy to miasto. Wygląda bardzo autentycznie, nie jest absolutnie robione pod turystów, odnawiane czy odmalowywane, wiele domów to sypiące się, czasem opuszczone rudery, które wszystkie razem tworzą jednak bardzo malowniczy widok. Ludzie mają łódeczki zaparkowane pod domami, przed domami duże werandy, często zapełnione kwiatami w doniczkach, mają anteny satelitarne i normalnie sobie egzystują. Między domami pobudowane są drewniane kładki na palach (domy też oczywiście stoją na palach), których solidność jest wątpliwa, deski często się ruszają, brakuje niektórych gwoździ, jednym słowem pełen odlot. Warto dodać, że wody wokół domów nie grzeszą zbytnią czystością, przypuszczamy, że nie mają tu żadnego systemu kanalizacji, a niestety wiele śmieci również ląduje w wodzie. Ma to jednak swój nieodparty urok.

Dalszą część zwiedzania postanowiliśmy odbyć z pokładu motorówki. Udało nam się wynegocjować z kierowcą całkiem niezłą cenę i ruszyliśmy. Miał nas wozić godzinę, pokazać nam miasteczko, pałac sułtana (da się go zwiedzać tylko 3 dni w roku, na koniec ramadanu) i zawieźć nas do nosaczy (one są wszędzie!), a w sumie wycieczka trwała 2 godziny, a pan potem nie zażądał nawet wyższej kwoty... Był bardzo miły, pokazywał nam różne zakątki miasteczka, tłumacząc co gdzie się znajduje, opowiedział nam o swoim życiu i rodzinie, ba nawet nas zawiózł do swojego domu i zaprosił do środka (domu na wodzie oczywiście)! Powiedział nam też w tajemnicy, że sułtan ma trzy żony, ale oficjalnie tylko jedną! Bartek twierdzi nawet, że te żony nic o sobie wzajemnie nie wiedzą, pałac sułtana ma 1700 pomieszczeń, w czym 257 łazienek (podobno jest to największy pałac na świecie – z daleka wygląda trochę jak hala lotniska), łatwo mu więc ukryć kolejne żony, konkubiny i kochanki. Pamiętajcie jednak, te trzy żony, to tajemnica, nie wygadajcie nikomu ;).
Swoją drogą nie wiem z czym tu się ukrywać, w końcu prawo muzułmańskie pozwala na posiadanie 3 żon, a sułtan jest zagorzałym muzułmaninem i wciąż dąży do zaostrzenia zasad religijnych w swoim kraju. Np coraz więcej kobiet nosi burkę (rzecz ma się podobnie w Malezji), picie alkoholu jest surowo zakazane (nie mówiąc już o narkotykach i uprawianiu seksu pozamałżeńskiego).

I w tym oto miejscu był długi akapit na temat tego co myślę o traktowaniu kobiet w islamie, ale go wykasowałam – nie miejsce ani pora :-)

W drodze do nosaczy płynęliśmy przez kanały i widzieliśmy przepiękne lasy mangrowe. Był akurat odpływ, więc wysoko nad wodę wystawały korzenie drzew i krzewów, powyginanych w najróżniejsze możliwe strony. Każde drzewo ma cały stelaż z takich korzeni, pozwala im się to utrzymać w poziomie, kiedy przychodzi wysoka woda. A wygląda to wręcz kosmicznie! 
Widzieliśmy trochę małp nosaczy, ale z niezbyt bliska, jednak nie było to dla nas problemem, bo już sama przejażdżka łodzią była niesamowicie przyjemna. Poza tym udało się wypatrzeć na gałęzi dwa śpiące węże, chyba takie same jak widzieliśmy nad rzeką Kinabatangan.


Wieczorem relaksowaliśmy się po prostu w mroźnej kawiarni przy gorącej herbacie. Na żadną imprezę nie mieliśmy co liczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz