Na następny dzień mieliśmy
przewidziany przede wszystkim odpoczynek. Nie planowaliśmy nastawiać
budzika, ani nigdzie się spieszyć. Zwiedzanie może poczekać, a my
musimy się w końcu zrelaksować i poczuć, że tak naprawdę NIE
MUSIMY NIC!
Tak też uczyniliśmy i po leniwym
poranku nastąpiło leniwe południe, a potem część leniwego
popołudnia. Zasiedliśmy w jakiejś zachodnio wyglądającej
kawiarni - jest ich tu dwie, oczywiście jedna drzwi w drzwi z drugą,
i leniuchowaliśmy. W końcu trochę nadrobiliśmy zaległości
blogowe, Bartek kupił nam kolejne bilety lotnicze, napiliśmy się
porządnej kawy i podobno niezbyt smacznego szejka i koło 15 byliśmy
w końcu gotowi na podbicie BSB!
Upał był okrutny. Słońce pomimo
późnej pory prażyło niemiłosiernie i szybko zaczęłam tęsknić
za chłodem kawiarni oraz przeklinać zasady muzułmanów, na temat
nie eksponowania kobiecego ciała. Dranie!
Postanowiliśmy jednak być dzielni i
poszliśmy zwiedzać wielki meczet stojący w centrum miasta. Meczet
w latach pięćdziesiątych wybudował ojciec obecnego sułtana,
oczywiście nie szczędząc na to środków. Ma złote kopuły, jest
otoczony wielką sadzawką (w której całkiem ładnie się odbija),
a tuż przy nim stoi kamienny i kafelkowy statek, wzorowany
na szesnastowiecznej barce królewskiej (cokolwiek to znaczy),
który służy do odprawiania różnych nieznanych nam ceremonii.
Sam meczet akurat w tamtej chwili nie
był dostępny dla zwiedzających, ponieważ była pora modlitwy, ale
jakiś miły pan strażnik wyszedł do nas i widząc nasze strapione
miny zaproponował, że wpuści nas na pięć minut, żebyśmy mogli
sobie obejrzeć wnętrze. We wnętrzu pierwsze co rzuca się w oczy
to ruchome schody, ale nie jest to najważniejszy element wystroju
:-). Podobno wnętrze również urządzone jest na bogato, z
najlepszych marmurów, dywanów sprowadzanych np. z Belgii (!), itd.,
itd. Według mnie wyglądało to mocno średnio, marmurów nie lubię,
a dywany były już mocno sfatygowane i niektóre postrzępione.
Meczet jest według mnie o wiele bardziej godny podziwu z zewnątrz,
ale to i tak bardzo miło, że mogliśmy wejść do środka.
Obeszliśmy go sobie dookoła i
poszliśmy dalej, aby zwiedzić chyba największą atrakcję BSB,
miasto na wodzie, największe tego typu miasto na świecie!
Miasto składa się z 28 „dzielnic”,
posiada własne szkoły, meczet, posterunek policji, szpital, nawet
własną straż pożarną. I wszystko to, poza szpitalem, również
znajduje się na wodzie. Widzieliśmy już podobne miasta w wielu
miejscach w Malezji, nawet pojedyncze domy rybackie, wiele kilometrów
od brzegu, ale to zdecydowanie przerasta wszystkie pozostałe.
Podobno sułtan nie jest zachwycony tym, że ludzie nadal chcą
mieszkać w tym, przyznajmy, niezbyt „ekskluzywnym” miasteczku i
zachęca do osiedlania się na lądzie, jednak ludzie są bardzo
przywiązani do tego miejsca i niechętnie je opuszczają. Często
można zobaczyć całkiem niezłe samochody zaparkowane na nabrzeżu,
podobno ich właściciele przesiadają się z nich na taksówki wodne
i na wieczór wracają do domów na wodzie...
My zaczęliśmy zwiedzanie pieszo i od
razu polubiliśmy to miasto. Wygląda bardzo autentycznie, nie jest
absolutnie robione pod turystów, odnawiane czy odmalowywane, wiele
domów to sypiące się, czasem opuszczone rudery, które wszystkie
razem tworzą jednak bardzo malowniczy widok. Ludzie mają łódeczki
zaparkowane pod domami, przed domami duże werandy, często
zapełnione kwiatami w doniczkach, mają anteny satelitarne i
normalnie sobie egzystują. Między domami pobudowane są drewniane
kładki na palach (domy też oczywiście stoją na palach), których
solidność jest wątpliwa, deski często się ruszają, brakuje
niektórych gwoździ, jednym słowem pełen odlot. Warto dodać, że
wody wokół domów nie grzeszą zbytnią czystością,
przypuszczamy, że nie mają tu żadnego systemu kanalizacji, a
niestety wiele śmieci również ląduje w wodzie. Ma to jednak swój
nieodparty urok.
Dalszą część zwiedzania
postanowiliśmy odbyć z pokładu motorówki. Udało nam się
wynegocjować z kierowcą całkiem niezłą cenę i ruszyliśmy. Miał
nas wozić godzinę, pokazać nam miasteczko, pałac sułtana (da się
go zwiedzać tylko 3 dni w roku, na koniec ramadanu) i zawieźć nas
do nosaczy (one są wszędzie!), a w sumie wycieczka trwała 2
godziny, a pan potem nie zażądał nawet wyższej kwoty... Był
bardzo miły, pokazywał nam różne zakątki miasteczka, tłumacząc
co gdzie się znajduje, opowiedział nam o swoim życiu i rodzinie,
ba nawet nas zawiózł do swojego domu i zaprosił do środka (domu
na wodzie oczywiście)! Powiedział nam też w tajemnicy, że sułtan
ma trzy żony, ale oficjalnie tylko jedną! Bartek twierdzi nawet, że
te żony nic o sobie wzajemnie nie wiedzą, pałac sułtana ma 1700
pomieszczeń, w czym 257 łazienek (podobno jest to największy pałac
na świecie – z daleka wygląda trochę jak hala lotniska), łatwo
mu więc ukryć kolejne żony, konkubiny i kochanki. Pamiętajcie
jednak, te trzy żony, to tajemnica, nie wygadajcie nikomu ;).
Swoją drogą nie wiem z czym tu się
ukrywać, w końcu prawo muzułmańskie pozwala na posiadanie 3 żon,
a sułtan jest zagorzałym muzułmaninem i wciąż dąży do
zaostrzenia zasad religijnych w swoim kraju. Np coraz więcej kobiet
nosi burkę (rzecz ma się podobnie w Malezji), picie alkoholu jest
surowo zakazane (nie mówiąc już o narkotykach i uprawianiu seksu
pozamałżeńskiego).
I w tym oto miejscu był długi akapit
na temat tego co myślę o traktowaniu kobiet w islamie, ale go
wykasowałam – nie miejsce ani pora :-)
W drodze do nosaczy płynęliśmy przez
kanały i widzieliśmy przepiękne lasy mangrowe. Był akurat odpływ,
więc wysoko nad wodę wystawały korzenie drzew i krzewów,
powyginanych w najróżniejsze możliwe strony. Każde drzewo ma cały
stelaż z takich korzeni, pozwala im się to utrzymać w poziomie,
kiedy przychodzi wysoka woda. A wygląda to wręcz kosmicznie!
Widzieliśmy trochę małp nosaczy, ale z niezbyt bliska, jednak nie
było to dla nas problemem, bo już sama przejażdżka łodzią była
niesamowicie przyjemna. Poza tym udało się wypatrzeć na gałęzi
dwa śpiące węże, chyba takie same jak widzieliśmy nad rzeką
Kinabatangan.
Wieczorem relaksowaliśmy się po
prostu w mroźnej kawiarni przy gorącej herbacie. Na żadną imprezę
nie mieliśmy co liczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz