Skończyliśmy chyba na tym, że kiedy
rano otworzyliśmy oczy, padało... Na szczęście deszcz szybko
ustał i gdy wyszliśmy z domu, aby zjeść śniadanie na dworze było
już całkiem znośnie. Było co prawda mocne zachmurzenie, ale
powiedziano nam, że zazwyczaj koło 10 rano się „przeciera” i
potem jest już tylko ładnie i ładnie.
Na wyspę Sipadan płynie się koło
godziny, podróż nie jest zbyt fajna, ponieważ kiedy wypływa się
na otwarte morze, łodzią zaczyna nieźle rzucać, a wraz z łodzią
pasażerami. Towarzyszył nam miły pan – młody policjant
dzierżący w dłoniach… karabin maszynowy. Nie wiem do końca czy
to przez względy bezpieczeństwa (Malezja ciągle kłóci się o
jakieś wyspy z Filipinami, albo na odwrót) czy po prostu go
podrzucaliśmy na wyspę, gdzie wojsko ma swoją kwaterę i pilnuje
wyspy i turystów. Pan z nami już nie wracał, ale w drodze na
Sipadan, razem z łodzią i pasażerami rzucało również jego
karabinem maszynowym... Bartek pocieszał mnie, że pewnie nie jest
nawet naładowany, ale nigdy nic nie wiadomo!
Nurkowanie nas nie zawiodło.
Popełnilibyśmy grzech, gdybyśmy stwierdzili, że było średnio,
że spodziewaliśmy się czegoś więcej, że było za mało tego czy
owego. Były to z całą pewnością trzy najlepsze nurkowania w
całej naszej bujnej karierze podwodnej (czyli aż 18 nurkowań ;-)
). Nie będę opisywała każdego kolejno, bo nawet sama już nie
jestem pewna, co kiedy widzieliśmy, ale na pewno widzieliśmy
kilkadziesiąt żółwi, rekinów, całą masę ostroboków, a
dokładniej ogromną ławicę liczącą pewnie ponad 1000 sztuk!
Widzieliśmy barakudy, przebogate pod względem kształtów i kolorów
korale i jeszcze wiele, wiele innych. Wyjątkowość tego miejsca
polega właśnie na tym, że bujna rafa i wody nasycone planktonem
przyciągają całą masę ryb, które naprawdę nie muszą się zbyt
wysilać, aby tutaj przetrwać.
Nurkowanie było dla nas dość
niesamowite nie tylko ze względu na bogactwo rafy i życie wokół
niej się toczące. Nurkuje się tu przy tak zwanej ścianie, co
oznacza, że pod nami jest wielometrowa przepaść – ściana
schodzi aż do dna morskiego. Na Sipadanie ściana spada na dno morza
całe 600 metrów, czego oczywiście nie widać, aż tak dobrej
widoczności tam nie ma ;-), ale czuć – tzn może nawet nie czuć,
ale świadomość tak wielkiej głębiny potrafi podziałać na
wyobraźnię. Na szczęście nie jest zupełnie tak jak kiedyś mi
się wydawało, że nurkując można sobie całkiem łatwo spaść w
„przepaść” - trzeba się jednak trochę postarać, żeby w
ogóle zejść pod wodę. Nasz instruktor twierdził jednak, że
Chińczykom spadanie w głębiny idzie całkiem dobrze i dla nich
wcale nie byłoby trudne spaść te 600 metrów. Chińczycy w ogóle
nie potrafią pływać, a nurkując walą płetwami w rafę i
rozwalają korale (co słyszeliśmy już z kilku źródeł)
przyprawiając instruktorów o chorobę nerwową, ponieważ większość
nurków bardzo jednak o tę rafę dba i się nią przejmuje.
Jeśli chodzi o rekiny, to już
zupełnie inna historia. Na początku kiedy słyszałam, że ktoś
chce zobaczyć rekina pod wodą, pukałam się w czoło i myślałam,
że na pewno jest samobójcą... Potem jednak słyszałam o
nurkowaniu z rekinami od coraz większej liczby osób i zaczynałam
przyjmować do świadomości, że może i my byśmy mogli kiedyś
spróbować. Decydując się na Sipadan, decydowaliśmy się na
nurkowanie w towarzystwie rekinów – jak to powiedział właściciel
naszego centrum nurkowego, musielibyśmy z jakichś powodów
oślepnąć, żeby ich nie zobaczyć w tym miejscu... Na ślepotę
się nie zapowiadało, musiałam się więc z tym pogodzić. Zrobiłam
wywiad środowiskowy jak często zdarza się, że rekin atakuje nurka
(tzn. spytałam o to każdą napotkaną kompetentną osobę ;-) ) i
okazało się, że nie słyszeli o czymś takim i jak na razie na
Sipadanie obyło się bez ofiar :-). Rekiny pływające w tym miejscu
to nie żadne żarłacze czy ludojady, to takie małe „kiełbaski”.
Mają może z 1,5 metra długości i są dość szczupłe – ta
informacja uspokoiła mnie najbardziej. A jednak kiedy nurkując
pierwszy raz na Sipadanie, gdzieś nad naszymi głowami zamajaczyła
sylwetka rekina – tzw. cień rekina, zrobiło nam się niewyraźnie,
Bartek powiedział mi potem, że w uszach zabrzmiała mu muzyczka z
filmu „Szczęki”, hehe. Kiedy jednak rekin sobie popłynął, a
wokół nas zaczęły pojawiać się następne i następne, bardzo
szybko przyzwyczailiśmy się do ich obecności (zupełnie nas
olewały) i dołączyliśmy do zbiorowego szaleństwa pod tytułem
„wszyscy pokazują sobie kolejne rekiny”. Podczas drugiego
nurkowania widzieliśmy nawet ławicę koło 10 sztuk naraz, co było
niemałym przeżyciem i spowodowało wybuch podwodnej radości wśród
nurków.
Żółwi jak już wspomniałam
widzieliśmy kilkadziesiąt, ale nadal nam się nie znudziły. Są
piękne i poruszają się pod wodą z taką gracją, że nie można
oderwać od nich wzroku i każdy kolejny również wywołuje podwodną
euforię.
Dzień zakończyłby się pełnym
sukcesem, gdyby Bartek nie poczuł się źle podczas ostatniego,
najfajniejszego nurkowania... :-( Trochę mu to zepsuło przyjemność,
ale i tak byliśmy suma sumarum oboje zachwyceni i zgodnie
stwierdziliśmy, że chyba dłuuuugo nic nie przebije tego miejsca!
Wieczorem poszliśmy na kolację razem
z naszymi znajomymi Chińczykami (dziewczyną, z którą rozmawiałam
dnia poprzedniego, jej narzeczonym i ich znajomym), ale nie była to
zwykła kolacja. Najpierw poszliśmy na targ rybny, gdzie nabyliśmy
kraby, tuńczyka, kałamarnice i
jakieś ryby, których nazwy nie zapamiętałam, a potem zanieśliśmy
to wszystko do restauracji, gdzie przyrządzono je nam wedle naszego
gustu. Było pysznie, najedliśmy się bardziej niż do syta, a
całość kosztowała nas koło 20 złotych na głowę. Na targu
rybnym oczywiście próbowano nas naciągnąć, ale nie da się tak
łatwo oszukać mieszkańców kraju środka :-). Targowali się
zaciekle o każdego ringita i za całość zapłaciliśmy chyba 23
złote – za cztery pełne siaty ryb i owoców morza!
W trakcie kolacji podpytywaliśmy
naszych nowych znajomych trochę o życie w Chinach, oni nas o życie
w Polsce. Oni wszyscy pracowali dla rządu. Znajomy narzeczonych
mówił, że słabo się tam zarabia pracując, ale potem okazało
się, że ma już spłacone jedno mieszkanie, teraz kupuje kolejny
dom, itd. itd. Ciężko stwierdzić co w takim razie znaczy dla niego
zarabiać dużo :-).
Trzeci dzień również był bardzo
fajny, nurkowaliśmy koło wyspy Mataking, gdzie nie było już
ścian, ale inne świetne atrakcje. Np. pierwszy raz w życiu
nurkowaliśmy na wraku! Na głębokości około 26 metrów zatopiono
kuter rybacki, który leży sobie teraz na dnie ku uciesze nurków i
niektórych rybek. Na przykład wspaniałe skrzydlice upodobały sobie to miejsce i mieliśmy okazję zobaczyć kilkanaście
sztuk! Pozostałe nurkowania były również bardzo fajne, pływaliśmy
sobie spokojnie nad rafą, która nie była może aż tak bogata jak
ta dnia poprzedniego, ale dzięki temu mogliśmy się skupić na
szczegółach, ponieważ na Sipadanie można dostać zawrotów głowy
i oczopląsu od tych wszystkich ryb, kolorów, korali i innych
wspaniałości.
Po powrocie do Semporny, kiedy
odebraliśmy nasze karty AOWD, mogliśmy zacząć świętować!
Niestety byliśmy tak bardzo zmęczeni, a autobus do Kota Kinabalu
mieliśmy następnego dnia rano na 7:30, że zamiast świętować
runęliśmy na łoże i poszliśmy spać...
A tak na marginesie, od wyjazdu z
Boracay jesteśmy kompletnymi abstynentami. Nie dlatego, że
przesadziliśmy i mamy wstręt, nie nie do tego jeszcze nie doszło.
Po prostu ceny alkoholu w Malezji są tak absurdalnie wysokie, że
siłą rzeczy jesteśmy teraz wyznawcami zdrowego trybu życia i
zdrowej diety. Happy hour z rumem z colą zastąpiłam happy hour z
mlekiem sojowym, które jednak po paru dniach mi się znudziło, bo w
gruncie rzeczy to mleko jest dość ohydne i niepyszne (jak to mawia
moja siostrzenica Lila).
Chociaż komentarze piszemy nieśmiało, czytamy Wasze wspaniałe relacje i ciągle nam mało. Zazdrościmy i czekamy na dalsze!
OdpowiedzUsuńFanklub Czarniawskich ściska!
a my się bardzo cieszymy, że mamy takich wspaniałych i wiernych fanów! :-)
Usuńbuziaki
Przez Was pójdę na kurs nurkowania! :)
OdpowiedzUsuńA żyłam do tej pory w błogiej świadomości, że w takich warunkach to pływanie z rurką przynosi podobne doświadczenia - powiedzcie, że tak jest proooooszę!!!! :)
E.
koniecznie idź! snorkeling się nie umywa do prawdziwego nurkowania! a pomimo moich wcześniejszych obaw, teraz jestem superszczęśliwa, że nurkowaliśmy z rekinkami :-))
UsuńNo i zazdroszczę rekinów! Ze mną w Donsol nie chciały pływać ;(
OdpowiedzUsuńE.