Naszym celem było Kuching, miasto
położone w zachodnim Sarawaku (czy zauważyliście już jak wiele
nazw miejsc zaczyna się na Borneo na „s”?). Kuching po malajsku
znaczy „kot”. Miejscowi potraktowali tę nazwę bardzo dosłownie
i wybudowali w kilku centralnych jego miejscach pomniki kotów –
oczywiście mega kiczowate i okropne. Dobrze chociaż, że pomniki
nie uczulają... :-)
Pierwszego wieczoru przeszliśmy się
po mieście i znaleźliśmy jakąś knajpkę chińską, w której
zjedliśmy, posiedzieliśmy i w której miła starsza pani kelnerka
bardzo zaangażowała się w dostarczenie nam odpowiedzi na zadane
pytanie: gdzie jest najbliższy bankomat. Pytała innych klientów w
knajpie, poszła nawet spytać kucharza, bardzo jej zależało na
tym, żebyśmy nie pozostali bez odpowiedzi :-). Naprawdę ludzie tu
są tak sympatyczni i otwarci, że ciągle jesteśmy jeszcze w szoku.
Kuching jest miastem bardzo przyjemnym, ma dosyć dużo mieszkańców
chińskiego pochodzenia, w związku z czym – i nie wierzę, że to
piszę, miasto wygląda bardzo przyjemnie i malowniczo. Niestety
malowniczości i uroku generalnie brakuje wielu miastom azjatyckim, z
reguły panuje w nich niezły pierdolnik, brud, chaos i brzydka
zabudowa. W Kuching jest inaczej. Chińskie sklepiki (mieszkanie na
górze, sklep na dole), kolorowe świątynie, lampiony, niska
zabudowa. Naprawdę jest tu przyjemnie....
Następnego dnia po przyjeździe do
Kuching zdecydowaliśmy się jechać do pobliskiego parku narodowego
– Bako, gdzie jest... dżungla (ale nadmorska) i dużo małp
nosaczy. Bardzo chciałam je zobaczyć z bliska, a podobno właśnie
tam podchodzą one bardzo blisko siedziby parku, można im się więc
przyglądać do woli. Sam park był również przyjemny. Od razu po
przyjeździe wybraliśmy się na 3 godzinny spacer i prawie
przypłaciliśmy go życiem. Oczywiście trochę przesadzam, ale było
tak nieziemsko gorąco, tak ciężko się szło, że te 5,8 km (po
nierównym terenie dodam) dłużyło nam się w nieskończoność. Na
domiar złego, źle oszacowaliśmy nasze zapotrzebowanie na wodę i
pod koniec wydzielaliśmy jej już sobie dosłownie po łyku. Dżungla
nad morzem wyglądała zupełnie inaczej niż ta w interiorze. Drzewa
były mniejsze (chociaż i tak wielkie), na ścieżkach był biały
piaseczek, niczym na plaży na Boracay i pejzaż czasem przypominał
nam wyspy skandynawskie, ponieważ chodziło się po wielkich
głazach. Na głazach widać było czasem dziwne, bardzo regularnie
wyżłobione okręgi, dosłownie jakby ktoś odrysował je cyrklem i
wykopał dołek. Podobno naukowcy nie doszli jeszcze do tego skąd
one się tam wzięły, ale chyba nie za sprawą kosmitów, bo było
ich tam mnóstwo! Widzieliśmy też całe kolonie roślin „dzbanów”
i oczywiście ani jednego zwierzęcia, no ale chyba tylko człowiek
może być tak durny, żeby wybrać się na spacer w największy
upał, zwierzęta wolą wtedy robić sjestę!
Efekt naszego spaceru był taki, że po
powrocie do ośrodka (totalnie obleśnego miejsca, w porównaniu z
Mulu, organizacja tego parku to wstyd, a nasz hostel napawał nas
obrzydzeniem) runęliśmy na łóżko i poszliśmy na dwie godziny
spać.
Kiedy się obudziliśmy koło 18,
dotarły do nas jakieś dzikie ryki i wrzaski. Okazało się, że
gdzieś obok w lesie walczą świnie brodate (których w Bako jest
mnóstwo i kręcą się oczywiście koło stołówki i domków
mieszkalnych), a nad naszymi głowami szaleją nosacze. Szalały tak,
że trzeba było uważać, żeby nie oberwać jakąś gałęzią,
które leciały z drzew, również na ścieżkę, kiedy te zwinne
bestie przeskakiwały z drzewa na drzewo. Wciąż zadziwia mnie to
jak bardzo są one zwinne i z jak niesamowitą gracją się
poruszają. Kiedy siedzą sobie na drzewie, z sylwetki tak bardzo
podobne do człowieka, ze swoimi długimi i mocnymi nogami, z
wielkimi brzuchami „piwnymi” i super zabawnymi nosami, czasem mam
wrażenie, że zaraz zejdą z drzewa i do mnie przemówią. Dopiero
kiedy zaczynają się przemieszczać i przeskakiwać z gałęzi na
gałąź ich oblicze znów staje się mocno zwierzęce.
Wieczorem zamówiliśmy kolejny nocny
spacer po dżungli i nie zobaczyliśmy wyraka (na co trochę
liczyłam), ale za to widzieliśmy takiego samego zimorodka co nad
Kinabatangan, kilka patyczaków i wielkiego czarnego skorpiona
siedzącego na pniu! Kiedy nasz przewodnik zaczął go trykać
patykiem, skorpion wcale nie rzucił się na niego, aby go dziobnąć
swym zatrutym kolcem, tylko rzucił się do ucieczki... Trochę byłam
zawiedziona walecznością skorpiona. Bartek zaś oświadczył w
połowie, że ma dosyć night walków i że mu się nudzi :-).
Na drugi dzień zdecydowaliśmy się
wstać z samego rana i zobaczyć, czy uda nam się jeszcze zobaczyć
z bliska jakieś małpy. Co prawda zamiast o 6 wstaliśmy o 6:50, ale
i tak przydybaliśmy na drzewie piękne nosacze i tylko żałowałam,
że z tego niewyspania nie zabrałam ze sobą aparatu
fotograficznego! Na plaży buszowały makaki (przed którymi tu
przestrzegają na każdym kroku, ponieważ zrobiły się bardzo
bezczelne i potrafią nawet podejść i wyrwać jedzenie z ręki) i
wydłubywały z plażowych norek kraby. Krabów w Bako są miliony!
Akurat był odpływ, zobaczyliśmy więc połacie plaży po której
buszowały kraby chyba wszystkich możliwych gatunków. Kraby
błękitne, o wielkości pół milimetra, kraby z rozwiniętymi
gigantycznymi szczypcami, ale tylko z jednej strony, tak, że
wyglądały trochę jak jakiś Terminator, i wiele wiele innych.
Zapomniałam napisać, że poprzedniego
dnia, kiedy poszliśmy pod wieczór, jeszcze przed zmrokiem na mini
spacer, widziałam nosacza z odległości około 3 metrów.
Wiedziałam, że w okolicy jednej palmy kręci się jakiś osobnik i
że zszedł na ziemię. Bardzo cicho podeszłam więc do palmy i
kiedy zajrzałam na jej drugą stronę, wyłonił się nosacz,
wskoczył na pień, spojrzeliśmy sobie w oczy i sekundę później
pognał wyżej. Spełniłam więc swoje marzenie bliskiego kontaktu z
tą małpą :-).
Po śniadaniu, tego drugiego dnia
poszliśmy na kolejny spacer, zaczęliśmy od plaży na której można
obserwować małpy. 800 metrów w jedną stronę. Było po godzinie 9
i upał był już tak ogromny, że znów ledwo człapaliśmy.
Powietrze dosłownie stało i miało temperaturę piekarnikową. Na
plaży na szczęście było bardzo ładnie i faktycznie były
nosacze. Nawet widzieliśmy matkę z uczepionym do jej brzucha
maluchem, ale bardzo szybko uciekła na nasz widok.
Zrezygnowaliśmy z dalszej części
spaceru, wróciliśmy wcześniej do Kuching i podjęliśmy męską
decyzję, że musimy doprowadzić się do stanu używalności, a to
oznacza tylko jedno – leniuchowanie! Przez ostatnie trzy tygodnie
trochę zbyt intensywnie przemierzaliśmy Borneo i korzystaliśmy z
jego uroków i atrakcji. Nasze organizmy znów się zbuntowały i
odmówiły posłuszeństwa. Nie mamy siły chodzić, ruszać się,
zwiedzać. Mamy tylko siłę siedzieć i jeść lody i to właśnie
zamierzamy robić do 27 czerwca, do godziny 6 rano, kiedy to polecimy
do Kuala Lumpur.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz