środa, 26 czerwca 2013

W Bako, jako tako. - Malezja - 23/24.06.2004

Naszym celem było Kuching, miasto położone w zachodnim Sarawaku (czy zauważyliście już jak wiele nazw miejsc zaczyna się na Borneo na „s”?). Kuching po malajsku znaczy „kot”. Miejscowi potraktowali tę nazwę bardzo dosłownie i wybudowali w kilku centralnych jego miejscach pomniki kotów – oczywiście mega kiczowate i okropne. Dobrze chociaż, że pomniki nie uczulają... :-)

Pierwszego wieczoru przeszliśmy się po mieście i znaleźliśmy jakąś knajpkę chińską, w której zjedliśmy, posiedzieliśmy i w której miła starsza pani kelnerka bardzo zaangażowała się w dostarczenie nam odpowiedzi na zadane pytanie: gdzie jest najbliższy bankomat. Pytała innych klientów w knajpie, poszła nawet spytać kucharza, bardzo jej zależało na tym, żebyśmy nie pozostali bez odpowiedzi :-). Naprawdę ludzie tu są tak sympatyczni i otwarci, że ciągle jesteśmy jeszcze w szoku. Kuching jest miastem bardzo przyjemnym, ma dosyć dużo mieszkańców chińskiego pochodzenia, w związku z czym – i nie wierzę, że to piszę, miasto wygląda bardzo przyjemnie i malowniczo. Niestety malowniczości i uroku generalnie brakuje wielu miastom azjatyckim, z reguły panuje w nich niezły pierdolnik, brud, chaos i brzydka zabudowa. W Kuching jest inaczej. Chińskie sklepiki (mieszkanie na górze, sklep na dole), kolorowe świątynie, lampiony, niska zabudowa. Naprawdę jest tu przyjemnie....

Następnego dnia po przyjeździe do Kuching zdecydowaliśmy się jechać do pobliskiego parku narodowego – Bako, gdzie jest... dżungla (ale nadmorska) i dużo małp nosaczy. Bardzo chciałam je zobaczyć z bliska, a podobno właśnie tam podchodzą one bardzo blisko siedziby parku, można im się więc przyglądać do woli. Sam park był również przyjemny. Od razu po przyjeździe wybraliśmy się na 3 godzinny spacer i prawie przypłaciliśmy go życiem. Oczywiście trochę przesadzam, ale było tak nieziemsko gorąco, tak ciężko się szło, że te 5,8 km (po nierównym terenie dodam) dłużyło nam się w nieskończoność. Na domiar złego, źle oszacowaliśmy nasze zapotrzebowanie na wodę i pod koniec wydzielaliśmy jej już sobie dosłownie po łyku. Dżungla nad morzem wyglądała zupełnie inaczej niż ta w interiorze. Drzewa były mniejsze (chociaż i tak wielkie), na ścieżkach był biały piaseczek, niczym na plaży na Boracay i pejzaż czasem przypominał nam wyspy skandynawskie, ponieważ chodziło się po wielkich głazach. Na głazach widać było czasem dziwne, bardzo regularnie wyżłobione okręgi, dosłownie jakby ktoś odrysował je cyrklem i wykopał dołek. Podobno naukowcy nie doszli jeszcze do tego skąd one się tam wzięły, ale chyba nie za sprawą kosmitów, bo było ich tam mnóstwo! Widzieliśmy też całe kolonie roślin „dzbanów” i oczywiście ani jednego zwierzęcia, no ale chyba tylko człowiek może być tak durny, żeby wybrać się na spacer w największy upał, zwierzęta wolą wtedy robić sjestę!

Efekt naszego spaceru był taki, że po powrocie do ośrodka (totalnie obleśnego miejsca, w porównaniu z Mulu, organizacja tego parku to wstyd, a nasz hostel napawał nas obrzydzeniem) runęliśmy na łóżko i poszliśmy na dwie godziny spać.

Kiedy się obudziliśmy koło 18, dotarły do nas jakieś dzikie ryki i wrzaski. Okazało się, że gdzieś obok w lesie walczą świnie brodate (których w Bako jest mnóstwo i kręcą się oczywiście koło stołówki i domków mieszkalnych), a nad naszymi głowami szaleją nosacze. Szalały tak, że trzeba było uważać, żeby nie oberwać jakąś gałęzią, które leciały z drzew, również na ścieżkę, kiedy te zwinne bestie przeskakiwały z drzewa na drzewo. Wciąż zadziwia mnie to jak bardzo są one zwinne i z jak niesamowitą gracją się poruszają. Kiedy siedzą sobie na drzewie, z sylwetki tak bardzo podobne do człowieka, ze swoimi długimi i mocnymi nogami, z wielkimi brzuchami „piwnymi” i super zabawnymi nosami, czasem mam wrażenie, że zaraz zejdą z drzewa i do mnie przemówią. Dopiero kiedy zaczynają się przemieszczać i przeskakiwać z gałęzi na gałąź ich oblicze znów staje się mocno zwierzęce.

Wieczorem zamówiliśmy kolejny nocny spacer po dżungli i nie zobaczyliśmy wyraka (na co trochę liczyłam), ale za to widzieliśmy takiego samego zimorodka co nad Kinabatangan, kilka patyczaków i wielkiego czarnego skorpiona siedzącego na pniu! Kiedy nasz przewodnik zaczął go trykać patykiem, skorpion wcale nie rzucił się na niego, aby go dziobnąć swym zatrutym kolcem, tylko rzucił się do ucieczki... Trochę byłam zawiedziona walecznością skorpiona. Bartek zaś oświadczył w połowie, że ma dosyć night walków i że mu się nudzi :-).

Na drugi dzień zdecydowaliśmy się wstać z samego rana i zobaczyć, czy uda nam się jeszcze zobaczyć z bliska jakieś małpy. Co prawda zamiast o 6 wstaliśmy o 6:50, ale i tak przydybaliśmy na drzewie piękne nosacze i tylko żałowałam, że z tego niewyspania nie zabrałam ze sobą aparatu fotograficznego! Na plaży buszowały makaki (przed którymi tu przestrzegają na każdym kroku, ponieważ zrobiły się bardzo bezczelne i potrafią nawet podejść i wyrwać jedzenie z ręki) i wydłubywały z plażowych norek kraby. Krabów w Bako są miliony! Akurat był odpływ, zobaczyliśmy więc połacie plaży po której buszowały kraby chyba wszystkich możliwych gatunków. Kraby błękitne, o wielkości pół milimetra, kraby z rozwiniętymi gigantycznymi szczypcami, ale tylko z jednej strony, tak, że wyglądały trochę jak jakiś Terminator, i wiele wiele innych.

Zapomniałam napisać, że poprzedniego dnia, kiedy poszliśmy pod wieczór, jeszcze przed zmrokiem na mini spacer, widziałam nosacza z odległości około 3 metrów. Wiedziałam, że w okolicy jednej palmy kręci się jakiś osobnik i że zszedł na ziemię. Bardzo cicho podeszłam więc do palmy i kiedy zajrzałam na jej drugą stronę, wyłonił się nosacz, wskoczył na pień, spojrzeliśmy sobie w oczy i sekundę później pognał wyżej. Spełniłam więc swoje marzenie bliskiego kontaktu z tą małpą :-).

Po śniadaniu, tego drugiego dnia poszliśmy na kolejny spacer, zaczęliśmy od plaży na której można obserwować małpy. 800 metrów w jedną stronę. Było po godzinie 9 i upał był już tak ogromny, że znów ledwo człapaliśmy. Powietrze dosłownie stało i miało temperaturę piekarnikową. Na plaży na szczęście było bardzo ładnie i faktycznie były nosacze. Nawet widzieliśmy matkę z uczepionym do jej brzucha maluchem, ale bardzo szybko uciekła na nasz widok.


Zrezygnowaliśmy z dalszej części spaceru, wróciliśmy wcześniej do Kuching i podjęliśmy męską decyzję, że musimy doprowadzić się do stanu używalności, a to oznacza tylko jedno – leniuchowanie! Przez ostatnie trzy tygodnie trochę zbyt intensywnie przemierzaliśmy Borneo i korzystaliśmy z jego uroków i atrakcji. Nasze organizmy znów się zbuntowały i odmówiły posłuszeństwa. Nie mamy siły chodzić, ruszać się, zwiedzać. Mamy tylko siłę siedzieć i jeść lody i to właśnie zamierzamy robić do 27 czerwca, do godziny 6 rano, kiedy to polecimy do Kuala Lumpur.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz