Czwartego dnia musieliśmy się wynieść
z hostelu, ponieważ zaczynał się weekend i przed nami ktoś
dokonał rezerwacji i wszystkie łóżka były zajęte. Trochę nam
było żal, bo pomimo chrapania różnych osób (które chciałam w
nocy podusić) przez poprzednie dwie noce, było nam tam dobrze i
wygodnie. Zdecydowaliśmy się na nocleg poza parkiem u lokalnej
rodziny, również w hostelu. Trochę obskurny jest nasz pokoik, ale
właściciele bardzo mili i nawet zgodzili się zamiast o siódmej
nakarmić nas śniadaniem o szóstej trzydzieści. Ostatniego dnia w
Mulu mamy bardzo napięty harmonogram.
Wróćmy jednak do czwartego dnia. Na
ten dzień mieliśmy zaplanowaną naszą adventure cave czyli
poszliśmy sobie do spelunki! Po angielsku łażenie po jaskiniach to
spelunking. Bardzo byliśmy podekscytowani. Oczywiście musieliśmy
podpłynąć do jaskini łódką i nawet trzeba było z niej
wyskakiwać i pchać przez płycizny (chociaż nam się akurat
upiekło). Nasza grupa liczyła 5 turystów i jednego przewodnika.
Dostaliśmy kaski z czołówkami, nasz przewodnik poinstruował nas
co mamy robić, a czego nie i dodał, że może uda nam się zobaczyć
węże. Powiedziałam mu, że wcale mi na tym jakoś specjalnie nie
zależy, nawet jeśli węże nie znajdują się na trasie, tylko
gdzieś po bokach. Potem przewodnik powiedział, że nie udało nam
się zobaczyć węży przeze mnie :-).
Jaskinia nie należy do bardzo
trudnych, ale kilka smaczków w niej było. Oczywiście skąpana jest
w kompletnych ciemnościach, mogliśmy więc polegać jedynie na sile
naszych latarek. Kilkanaście metrów od wejścia do jaskini
wykruszył nam się jeden uczestnik wyprawy. Jedna pani powiedziała,
widząc pierwsze liny i ścianę po której trzeba się wspiąć, że
jeśli to ma tak wyglądać, to ona woli wrócić na zewnątrz. A my
mieliśmy super ubaw. Wchodzenie i schodzeni po linach, przeciskanie
się przez szczeliny, wchodzenie do kolejnych komór jaskini i
odkrywanie coraz to nowych cudów.... Było naprawdę świetnie.
Czasem widzieliśmy jakieś pająki, chrząszcze, nawet ślepego
kraba (bo niby po co mu oczy w ciemnej jaskini) i różne inne
robaki, które nie cieszyły się moją wielką sympatią. Jeden miał
z piętnaście centymetrów, bardzo długie nogi i przemknął tuż
obok mojej głowy. Krzyku narobiłam tylko troszeczkę, a i tak ci
wszyscy męscy okrutnicy się ze mnie śmiali.
Cała zabawa trwała trochę ponad dwie
godziny i pod koniec byliśmy uroczo utaplani w wodzie i błocie.
Trochę żałujemy, że nie zrobiliśmy jeszcze jednej adventure
cave, no ale musimy coś zostawić na potem... ;-) A tak serio to
Bartek mi powiedział, że nie wiedział czy mi się to spodoba, więc
nie nalegał. No ale jak może się nie podobać taplanie w błocie i
wspinanie po linach! Nie ma takiej opcji. W końcu błoto to nie
guano!
Popołudnie spędziliśmy leniwie, ale
zasłużyliśmy sobie na mały odpoczynek!
Ostatni poranek w Mulu to było już
takie trochę męczenie materiału. Z samego rana, o 7 mieliśmy
canopy walk, czyli podniebny spacer, a dokładniej spacer w koronach
drzew. Tym razem była to o wiele bardziej hardcorowa wersja niż w
Sepiloku, ponieważ kładki były drewniane i wisiały na linach,
chybocząc się na wszystkie strony z każdym krokiem. Najwyższym
punktem był pasaż na wysokości 30 metrów, to już było trochę
wysoko, ale jeszcze nie na tyle, żeby się bać. Całe przejście
miało ponad 400 metrów i było przyjemnym spacerem, w towarzystwie
przyjemnego przewodnika, który dużo nam opowiadał na temat
okolicznych drzew. Na temat fauny nic nam nie opowiadał, ponieważ
najzwyczajniej w świecie żadnej nie było, ale chyba już się
nawet tego nie spodziewaliśmy. Po podniebnym spacerze, mieliśmy w
grafiku jeszcze dwie jaskinie i naprawdę nie mieliśmy już na nie
wielkiej ochoty. W drodze do jaskiń (płynęliśmy łódeczką)
mieliśmy przymusowy przystanek w lokalnej wiosce, gdzie mogliśmy
iść na targ i zakupić lokalne pamiątki (ale jak nas zapewniano
nie musieliśmy nic kupować). Jedyną atrakcją jaką tam mieliśmy
było to, że Bartek postrzelał sobie z rurki do tarczy, a ja
zrobiłam mu zdjęcia. Mój prywatny myśliwy nawet dwa razy
wcelował! Raz do małpy, a raz do dzioborożca. Ulżyło mi, teraz
wiem, że jak zgubimy się w dżungli, nie zginiemy z głodu. Tzn.
Bartek nie zginie, bo ja przecież nie jem mięsa, zapomniałam :-).
W jaskiniach było ok, ale bez szału,
no bo ile można oglądać jaskiń. Jak już pisałam, nie jest to
moja jakaś mega ulubiona forma spędzania czasu, więc po czwartej
mogło mi się znudzić :-) Największą atrakcją był naturalny
basen przy jednej z jaskiń, z której wypływała podziemna rzeka.
Bartek się w nim wykąpał, a ja znów robiłam zdjęcia :-).
Podobno woda była zimna! W międzyczasie zaczęłam sobie rozmawiać
z miłą rodzinką z Singapuru i po dosłownie 10 minutach rozmowy,
kiedy pani domu usłyszała, że się tam wybieramy, zaprosiła nas
do siebie na nocowanie, martwiąc się, że Singapur jest bardzo
drogi i za jakieś ogromne pieniądze wylądujemy w jakiejś spelunie
(ale w sumie pierwszy spelunking mamy już za sobą, więc co nam
szkodzi). Inna pani z Singapuru wymieniła się ze mną mailami i
chce koniecznie się z nami spotkać... co za mili ludzie!
Po jaskiniowych i okołojaskiniowych
przyjemnościach pozostało nam już tylko spakować się i pieszo
ruszyć na lotnisko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz