środa, 26 czerwca 2013

Zostaliśmy grotołazami! - Malezja - 21/22.06.2013

Czwartego dnia musieliśmy się wynieść z hostelu, ponieważ zaczynał się weekend i przed nami ktoś dokonał rezerwacji i wszystkie łóżka były zajęte. Trochę nam było żal, bo pomimo chrapania różnych osób (które chciałam w nocy podusić) przez poprzednie dwie noce, było nam tam dobrze i wygodnie. Zdecydowaliśmy się na nocleg poza parkiem u lokalnej rodziny, również w hostelu. Trochę obskurny jest nasz pokoik, ale właściciele bardzo mili i nawet zgodzili się zamiast o siódmej nakarmić nas śniadaniem o szóstej trzydzieści. Ostatniego dnia w Mulu mamy bardzo napięty harmonogram.

Wróćmy jednak do czwartego dnia. Na ten dzień mieliśmy zaplanowaną naszą adventure cave czyli poszliśmy sobie do spelunki! Po angielsku łażenie po jaskiniach to spelunking. Bardzo byliśmy podekscytowani. Oczywiście musieliśmy podpłynąć do jaskini łódką i nawet trzeba było z niej wyskakiwać i pchać przez płycizny (chociaż nam się akurat upiekło). Nasza grupa liczyła 5 turystów i jednego przewodnika. Dostaliśmy kaski z czołówkami, nasz przewodnik poinstruował nas co mamy robić, a czego nie i dodał, że może uda nam się zobaczyć węże. Powiedziałam mu, że wcale mi na tym jakoś specjalnie nie zależy, nawet jeśli węże nie znajdują się na trasie, tylko gdzieś po bokach. Potem przewodnik powiedział, że nie udało nam się zobaczyć węży przeze mnie :-).

Jaskinia nie należy do bardzo trudnych, ale kilka smaczków w niej było. Oczywiście skąpana jest w kompletnych ciemnościach, mogliśmy więc polegać jedynie na sile naszych latarek. Kilkanaście metrów od wejścia do jaskini wykruszył nam się jeden uczestnik wyprawy. Jedna pani powiedziała, widząc pierwsze liny i ścianę po której trzeba się wspiąć, że jeśli to ma tak wyglądać, to ona woli wrócić na zewnątrz. A my mieliśmy super ubaw. Wchodzenie i schodzeni po linach, przeciskanie się przez szczeliny, wchodzenie do kolejnych komór jaskini i odkrywanie coraz to nowych cudów.... Było naprawdę świetnie. Czasem widzieliśmy jakieś pająki, chrząszcze, nawet ślepego kraba (bo niby po co mu oczy w ciemnej jaskini) i różne inne robaki, które nie cieszyły się moją wielką sympatią. Jeden miał z piętnaście centymetrów, bardzo długie nogi i przemknął tuż obok mojej głowy. Krzyku narobiłam tylko troszeczkę, a i tak ci wszyscy męscy okrutnicy się ze mnie śmiali.
Cała zabawa trwała trochę ponad dwie godziny i pod koniec byliśmy uroczo utaplani w wodzie i błocie. Trochę żałujemy, że nie zrobiliśmy jeszcze jednej adventure cave, no ale musimy coś zostawić na potem... ;-) A tak serio to Bartek mi powiedział, że nie wiedział czy mi się to spodoba, więc nie nalegał. No ale jak może się nie podobać taplanie w błocie i wspinanie po linach! Nie ma takiej opcji. W końcu błoto to nie guano!

Popołudnie spędziliśmy leniwie, ale zasłużyliśmy sobie na mały odpoczynek!
Ostatni poranek w Mulu to było już takie trochę męczenie materiału. Z samego rana, o 7 mieliśmy canopy walk, czyli podniebny spacer, a dokładniej spacer w koronach drzew. Tym razem była to o wiele bardziej hardcorowa wersja niż w Sepiloku, ponieważ kładki były drewniane i wisiały na linach, chybocząc się na wszystkie strony z każdym krokiem. Najwyższym punktem był pasaż na wysokości 30 metrów, to już było trochę wysoko, ale jeszcze nie na tyle, żeby się bać. Całe przejście miało ponad 400 metrów i było przyjemnym spacerem, w towarzystwie przyjemnego przewodnika, który dużo nam opowiadał na temat okolicznych drzew. Na temat fauny nic nam nie opowiadał, ponieważ najzwyczajniej w świecie żadnej nie było, ale chyba już się nawet tego nie spodziewaliśmy. Po podniebnym spacerze, mieliśmy w grafiku jeszcze dwie jaskinie i naprawdę nie mieliśmy już na nie wielkiej ochoty. W drodze do jaskiń (płynęliśmy łódeczką) mieliśmy przymusowy przystanek w lokalnej wiosce, gdzie mogliśmy iść na targ i zakupić lokalne pamiątki (ale jak nas zapewniano nie musieliśmy nic kupować). Jedyną atrakcją jaką tam mieliśmy było to, że Bartek postrzelał sobie z rurki do tarczy, a ja zrobiłam mu zdjęcia. Mój prywatny myśliwy nawet dwa razy wcelował! Raz do małpy, a raz do dzioborożca. Ulżyło mi, teraz wiem, że jak zgubimy się w dżungli, nie zginiemy z głodu. Tzn. Bartek nie zginie, bo ja przecież nie jem mięsa, zapomniałam :-).

W jaskiniach było ok, ale bez szału, no bo ile można oglądać jaskiń. Jak już pisałam, nie jest to moja jakaś mega ulubiona forma spędzania czasu, więc po czwartej mogło mi się znudzić :-) Największą atrakcją był naturalny basen przy jednej z jaskiń, z której wypływała podziemna rzeka. Bartek się w nim wykąpał, a ja znów robiłam zdjęcia :-). Podobno woda była zimna! W międzyczasie zaczęłam sobie rozmawiać z miłą rodzinką z Singapuru i po dosłownie 10 minutach rozmowy, kiedy pani domu usłyszała, że się tam wybieramy, zaprosiła nas do siebie na nocowanie, martwiąc się, że Singapur jest bardzo drogi i za jakieś ogromne pieniądze wylądujemy w jakiejś spelunie (ale w sumie pierwszy spelunking mamy już za sobą, więc co nam szkodzi). Inna pani z Singapuru wymieniła się ze mną mailami i chce koniecznie się z nami spotkać... co za mili ludzie!


Po jaskiniowych i okołojaskiniowych przyjemnościach pozostało nam już tylko spakować się i pieszo ruszyć na lotnisko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz