poniedziałek, 24 czerwca 2013

Do Brunei ruszyć czas! - Malezja/Brunei - 14/15.06.2013

Z Semporny pojechaliśmy do Kota Kinabalu o tej nieszczęsnej 7:30 (a nie sorry, autobus wyruszył spóźniony) i był to kolejny dzień spędzony w autokarze – 9 godzin... Jedynym plusem tej podróży był szczyt Mt,. Kinabalu, który mogliśmy obserwować z 10 minut, bo akurat kiedy przejeżdżaliśmy w jego okolicy wyłonił się z chmur – widok dość rzadki.

W Kota Kinabalu zameldowaliśmy się w tym samym lekko syfnym hostelu co poprzednio... Jak już kiedyś pisałam nie jesteśmy masochistami, wybór ten był podyktowany jedynie bliskością lotniska, z którego dnia następnego mieliśmy poranny samolot do Miri. Hostel nie wydał nam się już aż tak bardzo syfny jak za pierwszym razem (łazienka owszem), więc nie przeżyliśmy tego aż tak dotkliwie. Niestety znów poczyniliśmy pewne szkody, tym razem przesuwając łóżko spod feralnej lampy uderzyliśmy w ścianę i zrobiliśmy małe wgniecenie (to również nie pogorszyło stanu ściany), ale to nie moja wina, że łóżko z rur bambusowych jest takie ciężkie, prawda? :-) Zarysowanej poprzednio podłogi chyba nie zauważyli, bo przyjęli nas z otwartymi ramionami, a ja się głupia stresowałam całą drogę z dworca do hostelu...

Wieczorem poszliśmy na pokaz fontann, który jak się okazało odbywa się codziennie, a potem na jedzenie, do wielkiej hali, gdzie na kilkudziesięciu stoiskach serwują dokładnie te same dania, w tych samych cenach... My zamówiliśmy smażone krewetki, w jakiejś panierce i ku naszemu zdumieniu podano je nam w skorupkach (które były pod panierką). Ja zaczęłam to obierać, ale Bartek wywnioskował, że chyba w tym przypadku skorupki są jadalne i chyba miał rację bo były zadziwiająco delikatne. Czy ktoś coś wie na ten temat?? :-)

Następnego dnia czekał nas kolejny dzień przejazdowy. Niech to szlag! Hehe. Rano mieliśmy samolot, który przetransportował nas do Miri, gdzie mieliśmy się przesiąść na autokar do Brunei. Zanim jednak dostaliśmy się na dworzec autobusowy, czekały nas dwa przejazdy autobusami wewnętrznymi, co zajęło nam dwie godziny. Wszystko to dlatego, że jesteśmy oszczędni i po spustoszeniach dokonanych na naszych kontach po kursie nurkowym, zastanawiamy się nad każdą złotówką, a nie, każdym ringitem! Pewnie niedługo nam to przejdzie, ale na razie nasze skąpstwo ma się całkiem dobrze. Na autobus do Brunei musieliśmy czekać kolejne dwie godziny, ale tu już mogliśmy sobie spokojnie usiąść pod drzewem i poodpoczywać.

Do Brunei z Miri jedzie się ok. 3 godzin, w zależności od tego jak długo czeka się w kolejce na granicy. Nam udało się przejechać bardzo sprawnie i z zapadnięciem zmroku wjechaliśmy do... no, no, kto wie jak się nazywa stolica tego mikro państwa? Jeśli wiecie to szacun, bo ja chociaż tu jestem już drugi dzień nadal tego nie wiem... Szybki look do przewodnika i... Bandar Seri Begawan, w skrócie BSB (to akurat pamiętam). Spodziewaliśmy się zobaczyć państwo, którego bogactwo kipi na każdym kroku, w końcu jego gospodarka opiera się na ropie. Tymczasem drogi są tak nierówne, że dostaliśmy trzęsawicy, a wszystko dookoła wygląda na lekko podstarzałe, jakby lata świetności Brunei miało już dawno za sobą, a podobno ma się świetnie.

Brunei to sułtanat, rządzony przez sułtana zamordystę, którego ludzie jednak szanują i może nawet kochają (chyba, że nas wszyscy w żywe oczy okłamują), ponieważ jest dobry dla swojego ludu i powiedzmy, że się nim opiekuje. Pracownik naszego hotelu powiedział, że kocha króla, ponieważ dzięki niemu ma za darmo szpitale, szkoły, a jak spotka go w życiu coś złego, np. straci pracę, to zawsze może liczyć na jego wsparcie (rozumiem, że pieniężne).

Zatrzymaliśmy się w chińskim hotelu, którego ceny i standard są powiedzmy znośne. Szału nie ma, ale pluskiew i karaluchów chyba też nie :-). Mamy w pokoju nawet klimę (którą i tak nastawiamy na opcję wiatraka) i ciepłą wodę, co jest dla nas wielkim luksusem i radością. Naprawdę pomimo tego, że w ciągu dnia zdychamy z gorąca, dobrze jest raz na jakiś czas wykąpać się w ciepłej wodzie. Naprawdę. Serio.

Wieczorem, po przyjeździe odbyliśmy mały spacer po centrum i stwierdziliśmy, że miasto jest puste i totalnie bez życia. Oczywiście sułtan zabronił spożywania alkoholu, nie ma więc mowy o imprezowniach, ale życie restauracyjne również nie kwitnie wieczorami i jedyne miejsce gdzie udało nam się coś zjeść, to wielki food court nocny, gdzie schodzą się chyba wszyscy głodni ludzie z miasta.

Podobno w Brunei wszyscy lub prawie wszyscy ludzie (poza imigrantami) mają się całkiem dobrze finansowo i mają dosłownie wszystko czego dusza zabraknie. Niestety jednocześnie mają zakaz robienia prawie wszystkiego co zbyt wyskokowe. W związku z tym przeważnie się nudzą, albo siedzą z nosami w swoich telefonach lub tabletach, a jedną z ich rozrywek, jest podobno robienie sobie zdjęć na białej plaży i udawanie, że to śnieg...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz