Z Semporny pojechaliśmy do Kota
Kinabalu o tej nieszczęsnej 7:30 (a nie sorry, autobus wyruszył
spóźniony) i był to kolejny dzień spędzony w autokarze – 9
godzin... Jedynym plusem tej podróży był szczyt Mt,. Kinabalu,
który mogliśmy obserwować z 10 minut, bo akurat kiedy
przejeżdżaliśmy w jego okolicy wyłonił się z chmur – widok
dość rzadki.
W Kota Kinabalu zameldowaliśmy się w
tym samym lekko syfnym hostelu co poprzednio... Jak już kiedyś
pisałam nie jesteśmy masochistami, wybór ten był podyktowany
jedynie bliskością lotniska, z którego dnia następnego mieliśmy
poranny samolot do Miri. Hostel nie wydał nam się już aż tak
bardzo syfny jak za pierwszym razem (łazienka owszem), więc nie
przeżyliśmy tego aż tak dotkliwie. Niestety znów poczyniliśmy
pewne szkody, tym razem przesuwając łóżko spod feralnej lampy
uderzyliśmy w ścianę i zrobiliśmy małe wgniecenie (to również
nie pogorszyło stanu ściany), ale to nie moja wina, że łóżko z
rur bambusowych jest takie ciężkie, prawda? :-) Zarysowanej
poprzednio podłogi chyba nie zauważyli, bo przyjęli nas z
otwartymi ramionami, a ja się głupia stresowałam całą drogę z
dworca do hostelu...
Wieczorem poszliśmy na pokaz fontann,
który jak się okazało odbywa się codziennie, a potem na jedzenie,
do wielkiej hali, gdzie na kilkudziesięciu stoiskach serwują
dokładnie te same dania, w tych samych cenach... My zamówiliśmy
smażone krewetki, w jakiejś panierce i ku naszemu zdumieniu podano
je nam w skorupkach (które były pod panierką). Ja zaczęłam to
obierać, ale Bartek wywnioskował, że chyba w tym przypadku
skorupki są jadalne i chyba miał rację bo były zadziwiająco
delikatne. Czy ktoś coś wie na ten temat?? :-)
Następnego dnia czekał nas kolejny
dzień przejazdowy. Niech to szlag! Hehe. Rano mieliśmy samolot,
który przetransportował nas do Miri, gdzie mieliśmy się przesiąść
na autokar do Brunei. Zanim jednak dostaliśmy się na dworzec
autobusowy, czekały nas dwa przejazdy autobusami wewnętrznymi, co
zajęło nam dwie godziny. Wszystko to dlatego, że jesteśmy
oszczędni i po spustoszeniach dokonanych na naszych kontach po
kursie nurkowym, zastanawiamy się nad każdą złotówką, a nie,
każdym ringitem! Pewnie niedługo nam to przejdzie, ale na razie
nasze skąpstwo ma się całkiem dobrze. Na autobus do Brunei
musieliśmy czekać kolejne dwie godziny, ale tu już mogliśmy sobie
spokojnie usiąść pod drzewem i poodpoczywać.
Do Brunei z Miri jedzie się ok. 3
godzin, w zależności od tego jak długo czeka się w kolejce na
granicy. Nam udało się przejechać bardzo sprawnie i z zapadnięciem
zmroku wjechaliśmy do... no, no, kto wie jak się nazywa stolica
tego mikro państwa? Jeśli wiecie to szacun, bo ja chociaż tu
jestem już drugi dzień nadal tego nie wiem... Szybki look do
przewodnika i... Bandar Seri Begawan, w skrócie BSB (to akurat
pamiętam). Spodziewaliśmy się zobaczyć państwo, którego
bogactwo kipi na każdym kroku, w końcu jego gospodarka opiera się
na ropie. Tymczasem drogi są tak nierówne, że dostaliśmy
trzęsawicy, a wszystko dookoła wygląda na lekko podstarzałe,
jakby lata świetności Brunei miało już dawno za sobą, a podobno
ma się świetnie.
Brunei to sułtanat, rządzony przez
sułtana zamordystę, którego ludzie jednak szanują i może nawet
kochają (chyba, że nas wszyscy w żywe oczy okłamują), ponieważ
jest dobry dla swojego ludu i powiedzmy, że się nim opiekuje.
Pracownik naszego hotelu powiedział, że kocha króla, ponieważ
dzięki niemu ma za darmo szpitale, szkoły, a jak spotka go w życiu
coś złego, np. straci pracę, to zawsze może liczyć na jego
wsparcie (rozumiem, że pieniężne).
Zatrzymaliśmy się w chińskim hotelu,
którego ceny i standard są powiedzmy znośne. Szału nie ma, ale
pluskiew
i karaluchów chyba też nie :-). Mamy w pokoju nawet klimę
(którą i tak nastawiamy na opcję wiatraka) i ciepłą wodę, co
jest dla nas wielkim luksusem i radością. Naprawdę pomimo tego, że
w ciągu dnia zdychamy z gorąca, dobrze jest raz na jakiś czas
wykąpać się w ciepłej wodzie. Naprawdę. Serio.
Wieczorem, po przyjeździe odbyliśmy
mały spacer po centrum i stwierdziliśmy, że miasto jest puste i
totalnie bez życia. Oczywiście sułtan zabronił spożywania
alkoholu, nie ma więc mowy o imprezowniach, ale życie restauracyjne
również nie kwitnie wieczorami i jedyne miejsce gdzie udało nam
się coś zjeść, to wielki food court nocny, gdzie schodzą się
chyba wszyscy głodni ludzie z miasta.
Podobno w Brunei wszyscy lub prawie
wszyscy ludzie (poza imigrantami) mają się całkiem dobrze
finansowo i mają dosłownie wszystko czego dusza zabraknie. Niestety
jednocześnie mają zakaz robienia prawie wszystkiego co zbyt
wyskokowe. W związku z tym przeważnie się nudzą, albo siedzą z
nosami w swoich telefonach lub tabletach, a jedną z ich rozrywek,
jest podobno robienie sobie zdjęć na białej plaży i udawanie, że
to śnieg...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz