niedziela, 16 czerwca 2013

A czemu by nie AOWD? - Malezja - 10/11.06.2013

Prosto z dżungli, po porannym zwiedzaniu rzeki i śniadaniu, udaliśmy się do Semporny, gdzie zamierzaliśmy skorzystać z uroków tego, co kryje morze... Czekało nas około 5 godzin jazdy autokarem, ale ku naszemu zdziwieniu i uciesze, kiedy bus wywożący nas z dżungli odstawił nas na skrzyżowanie, z którego mieliśmy łapać autokar, okazało się, że autokar już na nas czeka, wraz z dwoma miejscami w pierwszej klasie! Nigdy nie jechaliśmy w takim luksusie - w busie ;-). Autokar był dwupoziomowy i na dole, znajdowało się kilka miejsc „pierwszej klasy”, gdzie siedzenia były wielkie i wygodne, a do tego miały super podnóżek, który rozkładał się tak, że można było sobie wygodnie na nim oprzeć nogi i iść spać, co oczywiście uczyniliśmy.

Po przyjeździe do Semporny, miny nam trochę skwaśniały, bo jest to chyba najbrzydsze miasto jakie do tej pory spotkaliśmy na swej drodze w Malezji. I najbrudniejsze. Nie ma w sobie nic z uroku nadmorskiej miejscowości. Nie przyjechaliśmy tam jednak po to, żeby podziwiać miasteczka, architekturę czy widoki. Przyjechaliśmy nurkować i zaraz po dotarciu na miejsce, z plecakami, poszliśmy szukać firmy, z którą moglibyśmy to zrobić. Zależało nam głównie na jednym miejscu – Sipadan. Słyszeliśmy, że to najwyższej klasy miejsce nurkowe, że jest w czołówce rankingów światowych, że można tam zobaczyć mnóstwo rekinów, żółwi, mant, że życie rafy jest bogate jak nigdzie indziej, że ach i och... Niestety, a może stety miejsce to jest tak popularne, że prawdopodobnie aby chronić rafę, rząd malezyjski wydaje dziennie tylko 120 pozwoleń dla nurków. Wiedzieliśmy, że powinniśmy zarezerwować miejsca wcześniej (co z różnych względów nie było łatwe) i liczyliśmy się z tym, że nie uda nam się znaleźć wolnych miejsc. Nie wiedzieliśmy jednak, że nurkowanie na Sipadanie (a raczej przy, bo Sipadan to wyspa) jest tak koszmarnie drogie. Nie będę się wdawać w szczegóły, grunt, że suma sumarum wyszło na to, że najrozsądniej będzie wykupić pakiet łącznie z kursem AOWD (Advance Open Water Diver) i w ten sposób połączymy miłe z pożytecznym. Tak też uczyniliśmy i zaraz na drugi dzień po przyjeździe, mieliśmy już ruszyć w teren, nurkować przy jakiejś innej wyspie, których tu jest pod dostatkiem i szlifować nasze umiejętności. Naszym instruktorem był sympatyczny Francuz o dziwnym imieniu Albon (ale we Francji są jeszcze dziwniejsze imiona, on twierdził, że jego jest nawet w miarę normalne, po nienormalne odsyłam do „Mikołajków” na przykład :-) ).

Nie będę się wdawać w szczegóły kursu, bo pewnie nie wszystkich one interesują, najważniejszy był fakt, że tego pierwszego dnia (11.06) zrobiliśmy pierwsze w życiu zejście na prawie 30 metrów. Miałam trochę obaw, że nie uda mi się tego dokonać, jednak nie ze strachu przed nurkowaniem, nie nie to już mi przeszło. Zaraz po tym jak złożyliśmy podpisy na umowie i Bartek przelał grubą kabonę za kursy zaczęły mnie boleć zatoki i dostałam giga kataru... Co za pech! Klimatyzacja z luksusowego autobusu dała się we znaki... Jak powszechnie wiadomo nie wolno nurkować z katarem, ani tym bardziej z chorymi zatokami, grozi to bowiem tym, że nie da się wyrównać ciśnienia w uszach i zatokach i tym samym doznać jakiegoś urazu. Oczywiście nie chciałam doznać urazu, zaczęłam więc pić ciepłą herbatę, wzięłam proszek na uczulenie (w centrum nurkowym na domiar złego mieli kota!) i wyłączyliśmy buzującą na pełną parę klimatyzację w pokoju. Rano było trochę lepiej i po konsultacji z ekspertami doszliśmy do wniosku, że spróbuję zejść pod wodę, bo tylko w ten sposób mogę się przekonać czy mogę „się przedmuchać” czy nie. Zawsze mogłam zaprzestać schodzenia w dół i po prostu się wynurzyć. Na szczęście dla moich zatok uszu i naszych planów wszystko było w porządku , a z nurkowania wróciłam nawet już prawie zupełnie bez kataru! Jednak słona woda i słońce czynią cuda :-).

Samo nurkowanie tego pierwszego dnia nie było jakieś rewelacyjne, nawet byłam mocno zawiedziona... Słaba widoczność, mało życia podwodnego, generalnie bez szału. Zaczęliśmy porządnie się martwić czy aby na pewno dobrze zainwestowaliśmy nasze miliony ;-). Dowiedzieliśmy się, że następnego dnia mamy płynąć na Sipadan i zobaczyć ten „creme de la creme”... Opinie nurków na temat tego miejsca były pozytywne, ale niektórzy mówili, że spodziewali się więcej, więc byli trochę zawiedzeni. Nie nastrajało nas to radośnie, no ale postanowiliśmy poczekać i przekonać się na własne oczy.

Wieczorem porozmawiałam sobie troszkę z Chinką, która tego dnia była z nami na łodzi i również nurkowała. Opowiedziała mi trochę o sobie, o tym, że w październiku bierze ślub i że jej narzeczony, (chyba) rok wcześniej oświadczył jej się pod wodą, w trakcie nurkowania! Opowiedziała mi też, że była drugim dzieckiem swoich rodziców, w związku z czym musieli za nią zapłacić. Ale jak dodała śmiejąc się, była dość tania, kosztowała tylko sto pięćdziesiąt dolarów. Martwiła się tym, że ona jako młoda mama również albo będzie mogła mieć tylko jednego malucha, albo będą musieli płacić. Jej rodzice podobno nie od razu zgłosili ją rządowi, czekali na to... 20 late! Dziewczyna przez cały ten czas mieszkała z dziadkami i kiedy ją spytałam czy często widywała swoich rodziców, powiedziała, że często, jakoś tak raz na miesiąc... Radosne życie Chińczyków... Dziewczyna była bardzo sympatyczna i otwarta i muszę przyznać, że w ogóle Chińczycy, których spotykaliśmy na tych nurkowaniach (a było ich wielu, bo teraz było jakieś święto chińskie i wolne dni) byli praktycznie wszyscy niesamowicie mili. Zupełnie inny obraz niż ten, który zabraliśmy ze sobą z Chin dwa lata temu.... Może za granicą swojego kraju wyluzowują się i w końcu mogą być sobą, ale może prawię jakieś bzdury – może to tylko takie wrażenie, a dwa lata temu to może my byliśmy mało wyluzowani...


Poszliśmy spać w miarę wcześnie, trzy nury dziennie to jednak dużo i męcząco – woda bardzo kradnie energię :-), a rano, po przebudzeniu stwierdziliśmy, że … leje deszcz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz