Prosto z dżungli, po porannym
zwiedzaniu rzeki i śniadaniu, udaliśmy się do Semporny, gdzie
zamierzaliśmy skorzystać z uroków tego, co kryje morze... Czekało
nas około 5 godzin jazdy autokarem, ale ku naszemu zdziwieniu i
uciesze, kiedy bus wywożący nas z dżungli odstawił nas na
skrzyżowanie, z którego mieliśmy łapać autokar, okazało się,
że autokar już na nas czeka, wraz z dwoma miejscami w pierwszej
klasie! Nigdy nie jechaliśmy w takim luksusie - w busie ;-). Autokar
był dwupoziomowy i na dole, znajdowało się kilka miejsc „pierwszej
klasy”, gdzie siedzenia były wielkie i wygodne, a do tego miały
super podnóżek, który rozkładał się tak, że można było sobie
wygodnie na nim oprzeć nogi i iść spać, co oczywiście
uczyniliśmy.
Po przyjeździe do Semporny, miny nam
trochę skwaśniały, bo jest to chyba najbrzydsze miasto jakie do
tej pory spotkaliśmy na swej drodze w Malezji. I najbrudniejsze. Nie
ma w sobie nic z uroku nadmorskiej miejscowości. Nie przyjechaliśmy
tam jednak po to, żeby podziwiać miasteczka, architekturę czy
widoki. Przyjechaliśmy nurkować i zaraz po dotarciu na miejsce, z
plecakami, poszliśmy szukać firmy, z którą moglibyśmy to zrobić.
Zależało nam głównie na jednym miejscu – Sipadan. Słyszeliśmy,
że to najwyższej klasy miejsce nurkowe, że jest w czołówce
rankingów światowych, że można tam zobaczyć mnóstwo rekinów,
żółwi, mant, że życie rafy jest bogate jak nigdzie indziej, że
ach i och... Niestety, a może stety miejsce to jest tak popularne,
że prawdopodobnie aby chronić rafę, rząd malezyjski wydaje
dziennie tylko 120 pozwoleń dla nurków. Wiedzieliśmy, że
powinniśmy zarezerwować miejsca wcześniej (co z różnych względów
nie było łatwe) i liczyliśmy się z tym, że nie uda nam się
znaleźć wolnych miejsc. Nie wiedzieliśmy jednak, że nurkowanie na
Sipadanie (a raczej przy, bo Sipadan to wyspa) jest tak koszmarnie
drogie. Nie będę się wdawać w szczegóły, grunt, że suma
sumarum wyszło na to, że najrozsądniej będzie wykupić pakiet
łącznie z kursem AOWD (Advance Open Water Diver) i w ten sposób
połączymy miłe z pożytecznym. Tak też uczyniliśmy i zaraz na
drugi dzień po przyjeździe, mieliśmy już ruszyć w teren,
nurkować przy jakiejś innej wyspie, których tu jest pod dostatkiem
i szlifować nasze umiejętności. Naszym instruktorem był
sympatyczny Francuz o dziwnym imieniu Albon (ale we Francji są
jeszcze dziwniejsze imiona, on twierdził, że jego jest nawet w
miarę normalne, po nienormalne odsyłam do „Mikołajków” na
przykład :-) ).
Nie będę się wdawać w szczegóły
kursu, bo pewnie nie wszystkich one interesują, najważniejszy był
fakt, że tego pierwszego dnia (11.06) zrobiliśmy pierwsze w życiu
zejście na prawie 30 metrów. Miałam trochę obaw, że nie uda mi
się tego dokonać, jednak nie ze strachu przed nurkowaniem, nie nie
to już mi przeszło. Zaraz po tym jak złożyliśmy podpisy na
umowie i Bartek przelał grubą kabonę za kursy zaczęły mnie boleć
zatoki i dostałam giga kataru... Co za pech! Klimatyzacja z
luksusowego autobusu dała się we znaki... Jak powszechnie wiadomo
nie wolno nurkować z katarem, ani tym bardziej z chorymi zatokami,
grozi to bowiem tym, że nie da się wyrównać ciśnienia w uszach i
zatokach i tym samym doznać jakiegoś urazu. Oczywiście nie
chciałam doznać urazu, zaczęłam więc pić ciepłą herbatę,
wzięłam proszek na uczulenie (w centrum nurkowym na domiar złego
mieli kota!) i wyłączyliśmy buzującą na pełną parę
klimatyzację w pokoju. Rano było trochę lepiej i po konsultacji z
ekspertami doszliśmy do wniosku, że spróbuję zejść pod wodę,
bo tylko w ten sposób mogę się przekonać czy mogę „się
przedmuchać” czy nie. Zawsze mogłam zaprzestać schodzenia w dół
i po prostu się wynurzyć. Na szczęście dla moich zatok uszu i
naszych planów wszystko było w porządku , a z nurkowania wróciłam
nawet już prawie zupełnie bez kataru! Jednak słona woda i słońce
czynią cuda :-).
Samo nurkowanie tego pierwszego dnia
nie było jakieś rewelacyjne, nawet byłam mocno zawiedziona...
Słaba widoczność, mało życia podwodnego, generalnie bez szału.
Zaczęliśmy porządnie się martwić czy aby na pewno dobrze
zainwestowaliśmy nasze miliony ;-). Dowiedzieliśmy się, że
następnego dnia mamy płynąć na Sipadan i zobaczyć ten „creme
de la creme”... Opinie nurków na temat tego miejsca były
pozytywne, ale niektórzy mówili, że spodziewali się więcej, więc
byli trochę zawiedzeni. Nie nastrajało nas to radośnie, no ale
postanowiliśmy poczekać i przekonać się na własne oczy.
Wieczorem porozmawiałam sobie troszkę
z Chinką, która tego dnia była z nami na łodzi i również
nurkowała. Opowiedziała mi trochę o sobie, o tym, że w
październiku bierze ślub i że jej narzeczony, (chyba) rok
wcześniej oświadczył jej się pod wodą, w trakcie nurkowania!
Opowiedziała mi też, że była drugim dzieckiem swoich rodziców, w
związku z czym musieli za nią zapłacić. Ale jak dodała śmiejąc
się, była dość tania, kosztowała tylko sto pięćdziesiąt
dolarów. Martwiła się tym, że ona jako młoda mama również albo
będzie mogła mieć tylko jednego malucha, albo będą musieli
płacić. Jej rodzice podobno nie od razu zgłosili ją rządowi,
czekali na to... 20 late! Dziewczyna przez cały ten czas mieszkała z
dziadkami i kiedy ją spytałam czy często widywała swoich
rodziców, powiedziała, że często, jakoś tak raz na miesiąc...
Radosne życie Chińczyków... Dziewczyna była bardzo sympatyczna i
otwarta i muszę przyznać, że w ogóle Chińczycy, których
spotykaliśmy na tych nurkowaniach (a było ich wielu, bo teraz było
jakieś święto chińskie i wolne dni) byli praktycznie wszyscy
niesamowicie mili. Zupełnie inny obraz niż ten, który zabraliśmy
ze sobą z Chin dwa lata temu.... Może za granicą swojego kraju
wyluzowują się i w końcu mogą być sobą, ale może prawię
jakieś bzdury – może to tylko takie wrażenie, a dwa lata temu to
może my byliśmy mało wyluzowani...
Poszliśmy spać w miarę wcześnie,
trzy nury dziennie to jednak dużo i męcząco – woda bardzo
kradnie energię :-), a rano, po przebudzeniu stwierdziliśmy, że …
leje deszcz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz