W dzień nurkowania, od samego rana
czułam wielki stres. Nawet nie ze względu na wyczyny sportowe,
które nas czekały. Było duszno, bardzo duszno, pot spływał z nas
strugami i zanosiło się na wielką burzę. A tak! Burzy też się
boję, zwłaszcza na łódce na środku morza. Grzmieć zaczęło
zanim jeszcze wyruszyliśmy z portu, ale wydawałam się być jedyną
osobą na pokładzie, która się tym przejmowała... Dzięki burzy
przestałam się nawet stresować samym nurkowaniem, chciałam już
nawet szybciej wejść pod wodę, żeby przypadkiem nie walnął w
nas piorun... Nasz dive master, który miał z nami zrobić tzw.
review, czyli przypomnienie podstawowych zasad nurkowania, których
uczyliśmy się na kursie, był bardzo sympatyczny i cały czas się
śmiał. Robił sobie żarty i na moje obawy i przed burzą i
nurkowaniem, mówił, że powinnam się cieszyć ze wszystkiego co
natura stawia na mojej drodze. Jest burza, ciesz się burzą! W sumie
chyba ma rację, więc zamiast panikować zabrałam się za
przygotowania do wejścia pod wodę. Zeszliśmy najpierw na płyciznę,
jakieś 3 do 5 metrów i tam zrobiliśmy wszystkie ćwiczenia
przypominające. Zajęło nam to kilka minut, a potem od razu
zaczęliśmy pływać i podziwiać rafę koralową. Poszło to tak
szybko i sprawnie, że nawet nie miałam czasu się zastanowić i
autentycznie od pierwszego nurkowania, czułam się zrelaksowana i
mogłam w pełni cieszyć się tym co miałam przed oczami... A było
na co patrzeć! Bardzo bogata rafa koralowa, mnóstwo ryb, od
malutkich, mikro rybek, do całkiem dużych. Bardzo różnorodne
koralowce oraz cała masa innych stworzeń, których nazw niestety
nie znamy...Najwspanialszym jednak naszym „znaleziskiem” był
żółw morski, który pasł się na morskiej trawce, może 2 metry
od nas i kompletnie nie przejmował się naszą obecnością. Prawie
zaczęłam krzyczeć z radości, kiedy go zobaczyłam. Był
wspaniały. Miał może z 1,5 metra, chociaż ciężko stwierdzić na
pewno, bo pod wodą wszystko wygląda trochę inaczej. Potem
widzieliśmy jeszcze drugiego żółwia, ale już bardziej z oddali,
płynął na powierzchnię, aby zaczerpnąć powietrza.
Kolejne dwa nurkowania, były również
pełne przeżyć i odkryć, pływaliśmy na przykład w ławicy ryb,
widzieliśmy różne ślimaki morskie o bardzo jaskrawych kolorach...
Z wrażenia nie wiedzieliśmy w ogóle w którą stronę patrzeć (no
i znów, jakieś niemoty z nas ;-) ). Na szczęście nasz dive master
pokazywał nam co ciekawsze okazy, a co najważniejsze czuwał nad
nami i czasem nawet wyjmował z buzi aparat, żeby śmiać się do
nas pełną gębą. I jak tu się nie zrelaksować... Pływanie w
filipińskich wodach w niczym nie przypominało strasznego Zakrzówka,
w którym kończyliśmy kurs w Polsce. Było ciepło, jasno, kolorowo
i bajecznie pięknie.. Życie pod wodą, to zupełnie inna planeta,
może nawet piękniejsza niż ta na lądzie. A już na pewno dla nas
laików, o wiele bardziej niesamowita i dziwna....
W trakcie lunchu, kiedy nasza łódka
stacjonowała w miłej zatoczce, nagle, na pobliskiej plaży pojawiło
się kilka wielkich jaszczurów. Nie wiem jak wielkich, ale skoro
widzieliśmy je z ponad 100 metrów metrów, musiały być naprawdę
duże. Ludzie na statku powiedzieli, że nazywają się monitor
Lizards, po polsku to coś z rodziny waranowatych, proszę sobie
sprawdzić na wiki :-) Dwa nawet zaczęły ze sobą walczyć! I
pomyśleć, że była to plaża na której byliśmy dwa dni
wcześniej!
Po drugim nurkowaniu, deszcz, który
padał od rana, w końcu się zakończył, mogliśmy więc odpoczywać
i relaksować się prawie w słońcu!
Dzień był bardzo przyjemny, pełen
wrażeń i nowych doznań. Muszę powiedzieć, że teraz nurkowanie
nie wydaje mi się już ani trochę straszne, raczej ekscytujące.
Bartek też był zachwycony, chociaż po trzecim nurkowaniu czuł się
już troszkę źle, ponieważ trochę go wybujało, a niestety jest
na to dość wrażliwy. Musimy po prostu poprzestawać na dwóch
nurkach dziennie i mam nadzieję, że będzie wszystko dobrze.
Wieczór spędziliśmy najpierw
dyskutując trochę z naszym dive masterem, a potem w towarzystwie
dwóch Duńczyków, których poznaliśmy tego dnia na łódce.
Staliśmy się tacy towarzyscy! :D
Koło 21 jednak uciekliśmy do domu.
Podwodne przygody tak mocno nas wyczerpały, że od razu poszliśmy
spać. Na drugi dzień czekała nas długa droga do Puerto Princesa.
Nadeszła bowiem pora, aby pożegnać się z Palawanem.
myślałyśmy o Was w czasie tej ulewy - my właśnie opuszczałyśmy El Nido... Ale widzę, że aura zupełnie nie zepsuła Wam dnia - a może nawet poprawiła ;)
OdpowiedzUsuńEliza
burze mieliśmy potem chyba codziennie na Filipinach, aż w końcu się do nich przyzwyczaiłam :-) raz na Panglao siedzieliśmy chyba przez godzinę na plaży i obserwowaliśmy pioruny lecące z chmur, czasem nawet szły w górę! po prostu czad, czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałam. i o dziwo burza nigdy nie dochodziła do nas.. :-) uff
Usuń