Tak jak zapowiadałam, przez bite dwa
dni obijaliśmy się (tzn, nie wiem czy aktualizowanie bloga można
nazwać obijaniem) i nawet przez chwilę nie przyszło nam do głowy
zająć się zwiedzaniem. Siedzieliśmy głównie w naszym hoteliku,
który był chyba jednym z najprzyjemniejszych miejsc, w jakich dane
nam było się zatrzymać. Właścicielka, przemiła jasnowłosa
Szwedka o dziwnym imieniu Bindi, zadbała o najmniejsze szczegóły,
żeby jej goście czuli się prawie jak w domu. My czuliśmy się
świetnie. Same pokoje nie były może szałowe, był to jednak
hotelik w stylu chińskim, więc pokoje malutkie, przedzielone
ścianką działową z jakiejś dykty i bez okien, ale atmosfera,
czystość miejsca i salonik do relaksu sprawiły, że nawet nie
chciało mi się stamtąd wyjeżdżać. Nie oburzajcie się za to co
za chwilę powiem, ale widać w tym miejscu rękę i oko zachodniego
właściciela. Codziennie zmieniano ręczniczek przy umywalce, myto
podłogi i sprzątano łazienki!! Tak, też nie mogłam w to
uwierzyć. Naszym ulubionym miejscem był z całą pewnością
salonik, spędziliśmy tam mnóstwo godzin na relaksie, pisaniu
bloga, edytowaniu zdjęć, czytaniu i oglądaniu filmów. Bardzo nam
tego było trzeba. Nie wiem co by było, gdybyśmy nie mieli okazji
odpocząć w takich warunkach, bo ja np. zaczęłam bardzo serio
tęsknić za Europą (już mi trochę przeszło :P).
W ciągu tych naszych dwóch dni
odpoczynku spadł również deszcz, co także pozytywnie wpłynęło
na nasze nastroje – ciężkie powietrze, które dobijało nas przez
kilka poprzednich dni spłynęło razem z deszczem i w końcu znów
dało się oddychać.
Dziś rano leniuchowanie się
skończyło, musieliśmy wstać o czwartej, żeby na szóstą zdążyć
na samolot do Kuala Lumpur – jakaś absolutnie nieludzka pora, nie
pamiętam zbyt wiele z tego poranka, przysypiałam przy każdej
możliwej okazji.
W Kuala Lumpur dość sprawnie
znaleźliśmy hotel – znów mamy pokój bez okna, ale za to
jesteśmy w nim sami – w dormach na szczęście nie było już
wolnych miejsc – hihi.
Na zwiedzanie ruszyliśmy trochę
niechętnie i z opóźnieniem, ale było to związane tylko i
wyłącznie z porą o której wstaliśmy, nie z niechęcią do
zwiedzania w ogóle, to już nam przeszło.
Postanowiliśmy pójść dziś do parku
ptasiego, gdzie można podglądać i podziwiać bardzo wiele pięknych
okazów ptaków, nie tylko azjatyckich. Całość przykryta jest
wielką siatką, ale dzięki temu większość ptaków może sobie
żyć na pseudo-wolności, latając lub brodząc po całym obszarze.
To pozytywny aspekt parku. Mniej pozytywnym są te miejsca, gdzie
trzymane są ptaki drapieżne – niewystarczająco według nas duże
klatki, zero miejsca na latanie. Weźmy takiego dzioborożca lub
orła. Te wspaniałe ptaki w klatkach wyglądają po prostu żałośnie.
Ale chyba każde stworzenie, kiedy odbierze mu się wolność wygląda
żałośnie, człowiek również.
Zrobiliśmy trochę zdjęć (znów za
dużo), tak więc podzielimy się z Wami na pewno zwierzakami, które
widzieliśmy, kiedy tylko Bartek zdecyduje, które umieścić na
blogu – a nie jest to naprawdę ani łatwe ani szybkie zadanie.
Najmniej w całym parku podobał mi się
zdecydowanie show ptasi. Jakieś biedne papugi jeżdżące w autkach,
układające klocki, mówiące cześć – po prostu cyrk, a cyrków
nie lubię. Chociaż nie, zmieniam zdanie, jednak jeszcze bardziej
nie podobały mi się te klatki. Gdyby nie one park były naprawdę
super, a tak jest tylko „ok”. Ale ptaki były super :-).
Po wizycie w parku postanowiliśmy
jechać do centrum handlowego, w którym handluje się elektroniką,
ponieważ zdecydowałam w końcu, że muszę kupić osłonę
przeciwsłoneczną do mojego obiektywu. Jej brak doprowadza mnie do
szaleństwa i muszę korzystać czasem z własnej ręki. Z boku
wygląda to zapewne komicznie, kiedy robiąc zdjęcie wystawiam do
góry dłoń i macham nią póki nie zasłonię wszystkich
niesfornych promieni słonecznych, a co gorsza nie zawsze mi się to
udaje. Bartek miał za to już zapewne dosyć mojego jęczenia jak
bardzo mnie to wkurza, więc podjęliśmy męską decyzję, że
jedziemy! Jak się okazało nie było to takie proste, ponieważ
Kuala Lumpur, chociaż ma kilka stacji metra, nie jest najłatwiejsze
do przemieszczania się po nim. Każda linia metra została
wybudowana przez inną firmę, nie dogadały się one ze sobą i
linie nie mają żadnych wspólnych stacji!! Jest to totalnie
kretyńskie, ale naprawdę tak jest... Żeby dostać się z jednej
linii na drugą trzeba urządzić sobie spacerek (czasem dość
długi), albo łapać jakieś inne środki transportu. My wybraliśmy
spacerek więc kiedy doszliśmy już do tego metra miałam ochotę
się w nim położyć na ziemi i już nie wstać (przypominam, że
wstaliśmy o 4 rano!). Na szczęście wszystko dobrze się skończyło,
dotarliśmy do centrum handlowego, osłonę nabyliśmy, wróciliśmy
w nasze okolice, zjedliśmy bardzo dobrą obiadokolację po czym
wróciliśmy do hostelu i chyba zaraz pójdziemy spać, tzn. mój
Najmilszy już dawno temu poszedł :-).
Samo KL jak na razie nas trochę
zadziwiło. Spodziewaliśmy się chyba metropolii z prawdziwego
zdarzenia, a tu na jednym rogu drapacz chmur, na drugim rudera, na
trzecim klimatyczna niska zabudowa china town, jeszcze dalej jakiś
drewniany domek. Totalny miszmasz i pomieszanie z poplątaniem. Nie
wiemy jeszcze czy nam się tu super podoba, czy nie, bo za mało
widzieliśmy, ale na pewno jest bardzo ciekawie i malowniczo!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz