czwartek, 27 czerwca 2013

Back to work! - Malezja - 27.06.2013

Tak jak zapowiadałam, przez bite dwa dni obijaliśmy się (tzn, nie wiem czy aktualizowanie bloga można nazwać obijaniem) i nawet przez chwilę nie przyszło nam do głowy zająć się zwiedzaniem. Siedzieliśmy głównie w naszym hoteliku, który był chyba jednym z najprzyjemniejszych miejsc, w jakich dane nam było się zatrzymać. Właścicielka, przemiła jasnowłosa Szwedka o dziwnym imieniu Bindi, zadbała o najmniejsze szczegóły, żeby jej goście czuli się prawie jak w domu. My czuliśmy się świetnie. Same pokoje nie były może szałowe, był to jednak hotelik w stylu chińskim, więc pokoje malutkie, przedzielone ścianką działową z jakiejś dykty i bez okien, ale atmosfera, czystość miejsca i salonik do relaksu sprawiły, że nawet nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać. Nie oburzajcie się za to co za chwilę powiem, ale widać w tym miejscu rękę i oko zachodniego właściciela. Codziennie zmieniano ręczniczek przy umywalce, myto podłogi i sprzątano łazienki!! Tak, też nie mogłam w to uwierzyć. Naszym ulubionym miejscem był z całą pewnością salonik, spędziliśmy tam mnóstwo godzin na relaksie, pisaniu bloga, edytowaniu zdjęć, czytaniu i oglądaniu filmów. Bardzo nam tego było trzeba. Nie wiem co by było, gdybyśmy nie mieli okazji odpocząć w takich warunkach, bo ja np. zaczęłam bardzo serio tęsknić za Europą (już mi trochę przeszło :P).
W ciągu tych naszych dwóch dni odpoczynku spadł również deszcz, co także pozytywnie wpłynęło na nasze nastroje – ciężkie powietrze, które dobijało nas przez kilka poprzednich dni spłynęło razem z deszczem i w końcu znów dało się oddychać.

Dziś rano leniuchowanie się skończyło, musieliśmy wstać o czwartej, żeby na szóstą zdążyć na samolot do Kuala Lumpur – jakaś absolutnie nieludzka pora, nie pamiętam zbyt wiele z tego poranka, przysypiałam przy każdej możliwej okazji.

W Kuala Lumpur dość sprawnie znaleźliśmy hotel – znów mamy pokój bez okna, ale za to jesteśmy w nim sami – w dormach na szczęście nie było już wolnych miejsc – hihi.

Na zwiedzanie ruszyliśmy trochę niechętnie i z opóźnieniem, ale było to związane tylko i wyłącznie z porą o której wstaliśmy, nie z niechęcią do zwiedzania w ogóle, to już nam przeszło.
Postanowiliśmy pójść dziś do parku ptasiego, gdzie można podglądać i podziwiać bardzo wiele pięknych okazów ptaków, nie tylko azjatyckich. Całość przykryta jest wielką siatką, ale dzięki temu większość ptaków może sobie żyć na pseudo-wolności, latając lub brodząc po całym obszarze. To pozytywny aspekt parku. Mniej pozytywnym są te miejsca, gdzie trzymane są ptaki drapieżne – niewystarczająco według nas duże klatki, zero miejsca na latanie. Weźmy takiego dzioborożca lub orła. Te wspaniałe ptaki w klatkach wyglądają po prostu żałośnie. Ale chyba każde stworzenie, kiedy odbierze mu się wolność wygląda żałośnie, człowiek również.

Zrobiliśmy trochę zdjęć (znów za dużo), tak więc podzielimy się z Wami na pewno zwierzakami, które widzieliśmy, kiedy tylko Bartek zdecyduje, które umieścić na blogu – a nie jest to naprawdę ani łatwe ani szybkie zadanie.

Najmniej w całym parku podobał mi się zdecydowanie show ptasi. Jakieś biedne papugi jeżdżące w autkach, układające klocki, mówiące cześć – po prostu cyrk, a cyrków nie lubię. Chociaż nie, zmieniam zdanie, jednak jeszcze bardziej nie podobały mi się te klatki. Gdyby nie one park były naprawdę super, a tak jest tylko „ok”. Ale ptaki były super :-).

Po wizycie w parku postanowiliśmy jechać do centrum handlowego, w którym handluje się elektroniką, ponieważ zdecydowałam w końcu, że muszę kupić osłonę przeciwsłoneczną do mojego obiektywu. Jej brak doprowadza mnie do szaleństwa i muszę korzystać czasem z własnej ręki. Z boku wygląda to zapewne komicznie, kiedy robiąc zdjęcie wystawiam do góry dłoń i macham nią póki nie zasłonię wszystkich niesfornych promieni słonecznych, a co gorsza nie zawsze mi się to udaje. Bartek miał za to już zapewne dosyć mojego jęczenia jak bardzo mnie to wkurza, więc podjęliśmy męską decyzję, że jedziemy! Jak się okazało nie było to takie proste, ponieważ Kuala Lumpur, chociaż ma kilka stacji metra, nie jest najłatwiejsze do przemieszczania się po nim. Każda linia metra została wybudowana przez inną firmę, nie dogadały się one ze sobą i linie nie mają żadnych wspólnych stacji!! Jest to totalnie kretyńskie, ale naprawdę tak jest... Żeby dostać się z jednej linii na drugą trzeba urządzić sobie spacerek (czasem dość długi), albo łapać jakieś inne środki transportu. My wybraliśmy spacerek więc kiedy doszliśmy już do tego metra miałam ochotę się w nim położyć na ziemi i już nie wstać (przypominam, że wstaliśmy o 4 rano!). Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, dotarliśmy do centrum handlowego, osłonę nabyliśmy, wróciliśmy w nasze okolice, zjedliśmy bardzo dobrą obiadokolację po czym wróciliśmy do hostelu i chyba zaraz pójdziemy spać, tzn. mój Najmilszy już dawno temu poszedł :-).


Samo KL jak na razie nas trochę zadziwiło. Spodziewaliśmy się chyba metropolii z prawdziwego zdarzenia, a tu na jednym rogu drapacz chmur, na drugim rudera, na trzecim klimatyczna niska zabudowa china town, jeszcze dalej jakiś drewniany domek. Totalny miszmasz i pomieszanie z poplątaniem. Nie wiemy jeszcze czy nam się tu super podoba, czy nie, bo za mało widzieliśmy, ale na pewno jest bardzo ciekawie i malowniczo!  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz