poniedziałek, 17 czerwca 2013

W głębinach - Malezja - 12/13.06.2013

Skończyliśmy chyba na tym, że kiedy rano otworzyliśmy oczy, padało... Na szczęście deszcz szybko ustał i gdy wyszliśmy z domu, aby zjeść śniadanie na dworze było już całkiem znośnie. Było co prawda mocne zachmurzenie, ale powiedziano nam, że zazwyczaj koło 10 rano się „przeciera” i potem jest już tylko ładnie i ładnie.

Na wyspę Sipadan płynie się koło godziny, podróż nie jest zbyt fajna, ponieważ kiedy wypływa się na otwarte morze, łodzią zaczyna nieźle rzucać, a wraz z łodzią pasażerami. Towarzyszył nam miły pan – młody policjant dzierżący w dłoniach… karabin maszynowy. Nie wiem do końca czy to przez względy bezpieczeństwa (Malezja ciągle kłóci się o jakieś wyspy z Filipinami, albo na odwrót) czy po prostu go podrzucaliśmy na wyspę, gdzie wojsko ma swoją kwaterę i pilnuje wyspy i turystów. Pan z nami już nie wracał, ale w drodze na Sipadan, razem z łodzią i pasażerami rzucało również jego karabinem maszynowym... Bartek pocieszał mnie, że pewnie nie jest nawet naładowany, ale nigdy nic nie wiadomo!

Nurkowanie nas nie zawiodło. Popełnilibyśmy grzech, gdybyśmy stwierdzili, że było średnio, że spodziewaliśmy się czegoś więcej, że było za mało tego czy owego. Były to z całą pewnością trzy najlepsze nurkowania w całej naszej bujnej karierze podwodnej (czyli aż 18 nurkowań ;-) ). Nie będę opisywała każdego kolejno, bo nawet sama już nie jestem pewna, co kiedy widzieliśmy, ale na pewno widzieliśmy kilkadziesiąt żółwi, rekinów, całą masę ostroboków, a dokładniej ogromną ławicę liczącą pewnie ponad 1000 sztuk! Widzieliśmy barakudy, przebogate pod względem kształtów i kolorów korale i jeszcze wiele, wiele innych. Wyjątkowość tego miejsca polega właśnie na tym, że bujna rafa i wody nasycone planktonem przyciągają całą masę ryb, które naprawdę nie muszą się zbyt wysilać, aby tutaj przetrwać.

Nurkowanie było dla nas dość niesamowite nie tylko ze względu na bogactwo rafy i życie wokół niej się toczące. Nurkuje się tu przy tak zwanej ścianie, co oznacza, że pod nami jest wielometrowa przepaść – ściana schodzi aż do dna morskiego. Na Sipadanie ściana spada na dno morza całe 600 metrów, czego oczywiście nie widać, aż tak dobrej widoczności tam nie ma ;-), ale czuć – tzn może nawet nie czuć, ale świadomość tak wielkiej głębiny potrafi podziałać na wyobraźnię. Na szczęście nie jest zupełnie tak jak kiedyś mi się wydawało, że nurkując można sobie całkiem łatwo spaść w „przepaść” - trzeba się jednak trochę postarać, żeby w ogóle zejść pod wodę. Nasz instruktor twierdził jednak, że Chińczykom spadanie w głębiny idzie całkiem dobrze i dla nich wcale nie byłoby trudne spaść te 600 metrów. Chińczycy w ogóle nie potrafią pływać, a nurkując walą płetwami w rafę i rozwalają korale (co słyszeliśmy już z kilku źródeł) przyprawiając instruktorów o chorobę nerwową, ponieważ większość nurków bardzo jednak o tę rafę dba i się nią przejmuje.

Jeśli chodzi o rekiny, to już zupełnie inna historia. Na początku kiedy słyszałam, że ktoś chce zobaczyć rekina pod wodą, pukałam się w czoło i myślałam, że na pewno jest samobójcą... Potem jednak słyszałam o nurkowaniu z rekinami od coraz większej liczby osób i zaczynałam przyjmować do świadomości, że może i my byśmy mogli kiedyś spróbować. Decydując się na Sipadan, decydowaliśmy się na nurkowanie w towarzystwie rekinów – jak to powiedział właściciel naszego centrum nurkowego, musielibyśmy z jakichś powodów oślepnąć, żeby ich nie zobaczyć w tym miejscu... Na ślepotę się nie zapowiadało, musiałam się więc z tym pogodzić. Zrobiłam wywiad środowiskowy jak często zdarza się, że rekin atakuje nurka (tzn. spytałam o to każdą napotkaną kompetentną osobę ;-) ) i okazało się, że nie słyszeli o czymś takim i jak na razie na Sipadanie obyło się bez ofiar :-). Rekiny pływające w tym miejscu to nie żadne żarłacze czy ludojady, to takie małe „kiełbaski”. Mają może z 1,5 metra długości i są dość szczupłe – ta informacja uspokoiła mnie najbardziej. A jednak kiedy nurkując pierwszy raz na Sipadanie, gdzieś nad naszymi głowami zamajaczyła sylwetka rekina – tzw. cień rekina, zrobiło nam się niewyraźnie, Bartek powiedział mi potem, że w uszach zabrzmiała mu muzyczka z filmu „Szczęki”, hehe. Kiedy jednak rekin sobie popłynął, a wokół nas zaczęły pojawiać się następne i następne, bardzo szybko przyzwyczailiśmy się do ich obecności (zupełnie nas olewały) i dołączyliśmy do zbiorowego szaleństwa pod tytułem „wszyscy pokazują sobie kolejne rekiny”. Podczas drugiego nurkowania widzieliśmy nawet ławicę koło 10 sztuk naraz, co było niemałym przeżyciem i spowodowało wybuch podwodnej radości wśród nurków.
Żółwi jak już wspomniałam widzieliśmy kilkadziesiąt, ale nadal nam się nie znudziły. Są piękne i poruszają się pod wodą z taką gracją, że nie można oderwać od nich wzroku i każdy kolejny również wywołuje podwodną euforię.
Dzień zakończyłby się pełnym sukcesem, gdyby Bartek nie poczuł się źle podczas ostatniego, najfajniejszego nurkowania... :-( Trochę mu to zepsuło przyjemność, ale i tak byliśmy suma sumarum oboje zachwyceni i zgodnie stwierdziliśmy, że chyba dłuuuugo nic nie przebije tego miejsca!

Wieczorem poszliśmy na kolację razem z naszymi znajomymi Chińczykami (dziewczyną, z którą rozmawiałam dnia poprzedniego, jej narzeczonym i ich znajomym), ale nie była to zwykła kolacja. Najpierw poszliśmy na targ rybny, gdzie nabyliśmy kraby, tuńczyka, kałamarnice i jakieś ryby, których nazwy nie zapamiętałam, a potem zanieśliśmy to wszystko do restauracji, gdzie przyrządzono je nam wedle naszego gustu. Było pysznie, najedliśmy się bardziej niż do syta, a całość kosztowała nas koło 20 złotych na głowę. Na targu rybnym oczywiście próbowano nas naciągnąć, ale nie da się tak łatwo oszukać mieszkańców kraju środka :-). Targowali się zaciekle o każdego ringita i za całość zapłaciliśmy chyba 23 złote – za cztery pełne siaty ryb i owoców morza!
W trakcie kolacji podpytywaliśmy naszych nowych znajomych trochę o życie w Chinach, oni nas o życie w Polsce. Oni wszyscy pracowali dla rządu. Znajomy narzeczonych mówił, że słabo się tam zarabia pracując, ale potem okazało się, że ma już spłacone jedno mieszkanie, teraz kupuje kolejny dom, itd. itd. Ciężko stwierdzić co w takim razie znaczy dla niego zarabiać dużo :-).

Trzeci dzień również był bardzo fajny, nurkowaliśmy koło wyspy Mataking, gdzie nie było już ścian, ale inne świetne atrakcje. Np. pierwszy raz w życiu nurkowaliśmy na wraku! Na głębokości około 26 metrów zatopiono kuter rybacki, który leży sobie teraz na dnie ku uciesze nurków i niektórych rybek. Na przykład wspaniałe skrzydlice upodobały sobie to miejsce i mieliśmy okazję zobaczyć kilkanaście sztuk! Pozostałe nurkowania były również bardzo fajne, pływaliśmy sobie spokojnie nad rafą, która nie była może aż tak bogata jak ta dnia poprzedniego, ale dzięki temu mogliśmy się skupić na szczegółach, ponieważ na Sipadanie można dostać zawrotów głowy i oczopląsu od tych wszystkich ryb, kolorów, korali i innych wspaniałości.

Po powrocie do Semporny, kiedy odebraliśmy nasze karty AOWD, mogliśmy zacząć świętować! Niestety byliśmy tak bardzo zmęczeni, a autobus do Kota Kinabalu mieliśmy następnego dnia rano na 7:30, że zamiast świętować runęliśmy na łoże i poszliśmy spać...


A tak na marginesie, od wyjazdu z Boracay jesteśmy kompletnymi abstynentami. Nie dlatego, że przesadziliśmy i mamy wstręt, nie nie do tego jeszcze nie doszło. Po prostu ceny alkoholu w Malezji są tak absurdalnie wysokie, że siłą rzeczy jesteśmy teraz wyznawcami zdrowego trybu życia i zdrowej diety. Happy hour z rumem z colą zastąpiłam happy hour z mlekiem sojowym, które jednak po paru dniach mi się znudziło, bo w gruncie rzeczy to mleko jest dość ohydne i niepyszne (jak to mawia moja siostrzenica Lila).

5 komentarzy:

  1. Chociaż komentarze piszemy nieśmiało, czytamy Wasze wspaniałe relacje i ciągle nam mało. Zazdrościmy i czekamy na dalsze!
    Fanklub Czarniawskich ściska!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a my się bardzo cieszymy, że mamy takich wspaniałych i wiernych fanów! :-)
      buziaki

      Usuń
  2. Przez Was pójdę na kurs nurkowania! :)
    A żyłam do tej pory w błogiej świadomości, że w takich warunkach to pływanie z rurką przynosi podobne doświadczenia - powiedzcie, że tak jest proooooszę!!!! :)
    E.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. koniecznie idź! snorkeling się nie umywa do prawdziwego nurkowania! a pomimo moich wcześniejszych obaw, teraz jestem superszczęśliwa, że nurkowaliśmy z rekinkami :-))

      Usuń
  3. No i zazdroszczę rekinów! Ze mną w Donsol nie chciały pływać ;(
    E.

    OdpowiedzUsuń