Jak już pisałam, w Kota Kinabalu, nie
spotkało nas nic niesamowitego, ale też niczego niesamowitego się
nie spodziewaliśmy. Ruszyliśmy w miasto tylko po to, żeby zrobić
zakupy. Trafiliśmy do jakiegoś centrum handlowego, gdzie
praktycznie wszystkie butiki były chamskimi podróbami znanych
marek, np. Quiksilver, Bata, itd... Trochę nas to zdziwiło, że
wszystko jest podrabiane, w końcu Malezja to nie jakiś tam pierwszy
lepszy biedny kraj. No ale Azja to Azja więc nie dziwiliśmy się
długo. Kilka godzin później trafiliśmy do następnego CH i tu
niespodzianka. Same luksusowe butiki, zero podróbek. Widocznie w
Malezji mają nawet całe specjalne centra handlowe na podróbki dla
tych mniej zasobnych i luksusowe butiki dla tych z kasą, a takich tu
pewnie nie brakuje... W drodze powrotnej do domu (urządziliśmy
sobie spacer godzinny, bo pożałowaliśmy na taksówkę, ceny
kilkakrotnie wyższe niż na Filipinach, musimy się przyzwyczaić)
trafiliśmy na jakiś pokaz fontann w parku, niedaleko naszego guest
housu... Nawet całkiem sensownie zrobiony. Przypomniało mi to też,
że nigdy nie zdołaliśmy się przejść na pokaz fontann w
Warszawie nad Wisłę - jakoś nie było okazji... Jak to tam
leciało? Cudze chwalicie, coś tam coś tam... ;-)
Udało nam się kupić przewodniki po
Malezji i Indonezji, których nie udało nam się zdobyć na
Filipinach (nowe wydania pojawiły się dopiero ze trzy tygodnie
temu), mogliśmy więc zacząć planować dalszą podróż... No i od
razu okazało się, że nie wszystko jest tak piękne jak byśmy
chcieli i raczej nie zobaczymy wszystkiego tego, co sobie
zaplanowaliśmy jeszcze w Polsce... Chcieliśmy np. wejść na
najwyższy szczyt Azji Południowo-Wschodniej – Mt Kinabalu (4095 m
npm). Niestety, kiedy Bartek zaczął wczytywać się w szczegóły
dotyczące „zdobycia” tego szczytu mina bardzo szybko mu zrzedła
– okazało się, że dwudniowy trekking (z czego większość
odbywa się w dżungli, bez niesamowitych widoków i doznań)
kosztowałby nas ponad 800 zł od osoby! Na cenę składają się
wszystkie pozwolenia, przewodnik i ... miejsce noclegowe w jakimś
podłym schronisku, w pokoju wieloosobowym, stanowiące połowę tej
kwoty. Dlaczego? Oczywiście tylko dlatego, że dranie nie mają
konkurencji i sufitowe ceny, które dyktują i tak nie zniechęcają
rzeszy tych bardziej bogatych turystów. To nie fair! Stwierdziliśmy,
że nie będziemy napełniać kieszeni zachłannym złodziejom i z
żalem postanowiliśmy odpuścić tę atrakcję...
Podjęliśmy decyzję, że jedziemy do
miejscowości o wdzięcznej nazwie Sepilok, popodglądać orangutany.
Na temat tych wspaniałych małp słyszeliśmy same peany, bardzo
więc byliśmy ciekawi jak prezentują się one w rzeczywistości. W
Sepiloku znajduje się sanktuarium orangutanów – miejsce w którym
ratuje się pokiereszowane przez los lub ludzi zwierzęta i
przystosowuje się je do powrotu na łono natury. Ale o tym później.
Po nocy spędzonej w naszym zapyziałym
guest housie (łazienka była po prostu straaaaszna), ledwo
zwlekliśmy się z łóżek. Wieczorem, kiedy Bartek próbował
zawiesić moskitierę (w krajach tropikalnych, gdzie potencjalnie
grozi malaria i denga, w praktycznie żadnym hotelu nie ma
moskitiery, ani nawet haczyka na nią! - musimy więc zawsze budować
jakieś konstrukcje), urwała nam się lampa, do której miał być
przymocowany sznurek... Dramat :-) Musieliśmy przesunąć łóżko,
ponieważ bałam się, że owa lampa, jakoś z powrotem przymocowana
przez Bartka do ściany, spadnie nam w nocy na głowę. W zamian
niechcący porysowaliśmy im podłogę, chociaż temu miejscu i tak
już chyba wiele nie zaszkodzi... Musieliśmy stamtąd uciekać...
;-) Zanim się jednak wygrzebaliśmy, była już 11, zanim
dojechaliśmy na jedną pętle, przesiedliśmy się na drugi autobus
i dojechaliśmy na dworzec minęło kolejne 1,5 h i oczywiście
okazało się, że następny autobus do Sepiloku, w którym są wolne
miejsca, odjeżdża dopiero o 15. Mieliśmy przed sobą 2,5 h
upalnego oczekiwania. Zasiedliśmy w jakiejś jadłodajni i
zapadliśmy w letarg. Ileż my czasu spędzamy w tej podróży
czekając na coś!! No ale to tylko jeden minus, poza tym same plusy
:-)
Autobus odjechał pół godziny
spóźniony – rozkład jazdy to tutaj pojęcie mocno względne, był
dość rozklekotany, silnik odpalali za pomocą jakiegoś
zewnętrznego akumulatora i oczywiście zepsuł nam się raz w drodze
(ale na szczęście panowie szybko uporali się z naprawą).
Jechaliśmy przez dżunglę, serpentynami po górach, towarzyszyła
nam burza, a potem niekończące się plantacje palmowe. Oczywiście
suma sumarum przyjechaliśmy o wiele za późno na to, by dostać się
do Sepiloku (autobus mógł nas wysadzić na skrzyżowaniu, gdzie nie
było już żadnych taksówek ani innych możliwości transportu),
pojechaliśmy więc do Sandakan – oddalonego o 27 km od naszego
celu podróży. Musieliśmy tam zanocować, co troszkę nam się nie
uśmiechało, bo generalnie unikamy większych miast jak możemy. Nie
było jednak tak źle. Okazało się, że z naszego hotelowego okna
widać morze, a pan na recepcji (nie wiem w sumie czy pan, oni tu
wszyscy wyglądają jakby mieli 15 lat) powiedział nam, że jak
wstaniemy odpowiednio wcześnie, będziemy mogli za całkiem
przyzwoitą kwotę dostać się do Sepiloku autobusem miejskim, który
jedzie niecałą godzinę... - przypominam 27 km. Chcieliśmy
koniecznie zdążyć na karmienie orangutanów na 10, ale autobus
chyba specjalnie został tak zorganizowany, żeby turyści mieli
szansę wyrobić się na tę atrakcję.
Byliśmy jedynymi osobami, które tego
ranka postanowiły odwiedzić orangutany komunikacją miejską... Nas
dwoje i trzech członków załogi, z czego jeden z nich pełnił
obowiązkową funkcję didżeja... Tutaj każdy jest domorosłym
didżejem i nie pominie żadnej okazji, żeby uraczyć innych
odpowiednio dobranym przez siebie repertuarem kiczu... Na Filipinach
kochają karaoke – śpiewają wszędzie, nawet w pracy korzystając
z odpowiednich aplikacji na komórkę... Tutaj po prostu puszczają
muzykę, ale puszczają ją tak głośno, że w głowie zaczyna
pracować wielki młot pneumatyczny i ma się, że zaraz wybuchną
uszy.
A teraz o samym sanktuarium. Powstało
niestety i oczywiście przez niechlubną działalność człowieka.
Wycinanie dżungli, która musi ustąpić miejsca kolejnym plantacjom
przeznaczonym na produkcję oleju palmowego, powoduje drastyczne
zmniejszenie się obszaru mieszkalnego wielu dzikich i wyjątkowych
na skalę światową zwierząt. Efekt jest taki, że zwierzęta, w
tym orangutany spychane na coraz to mniejsze obszary, a wiele z nich
nie przeżywa trudów nowego, stresującego życia. Często, kiedy
ginie matka oranguciego malucha, osierocony malec trafia w ręce
ludzi, którzy przetrzymują go potem w klatce, jako zwierzątko
domowe. Ludzie, którzy przetrzymują orangutany w domu nie wiedzą,
że łamią prawo, tak niski jest stopień edukacji społeczeństwa,
w temacie ochrony zwierząt. Kiedy tylko ludzie w sanktuarium
dowiadują się, że gdzieś trzymany jest w niewoli maluch, jadą
tam i odbierają go zdumionym „przestępcom”. Takie małpki
bardzo często są w złym stanie, odwodnione, wygłodzone, chore i
potrzeba dużo czasu i trudu, żeby przywrócić je do zdrowia. Potem
przez wiele miesięcy mały orangutan jest niańczony przez opiekuna,
bardzo często wygląda to jak opieka nad malutkim dzieckiem (podobno
w świecie zwierząt matka orangutana opiekuje się swoim dzieckiem
najdłużej, aż do 7 lat), są pieluszki, kąpiele, karmienie
butelką i bardzo ważny element terapii – przytulanie. Kiedy tylko
malec osiąga odpowiedni stan zdrowia oraz wiek, zaczyna się
przygotowywanie go do powrotu na łono natury. Opiekunowie uczą go
wszystkiego tego, co jest niezbędne do przetrwania w dżungli i
czego w normalnych warunkach nauczyłaby mama – jak budować
gniazdo (orangutan codziennie buduje sobie gniazdo z liści na
drzewie, aby móc się spokojnie i wygodnie wyspać), zdobyć
jedzenie, skakać z gałęzi na gałąź (!), itd., itd. Następnie
zwierzęta, kiedy są już w odpowiednim wieku, są stopniowo
przyzwyczajane do wychodzenia w dżunglę, zdobywania jedzenia i
powolutku opuszczenia sanktuarium. Przez jakiś czas są jeszcze
dokarmiane na specjalnych platformach (właśnie jedną z nich mogą
podglądać ciekawscy turyści), gdzie dostają mleko i banany (dieta
celowo jest dość monotonna, żeby zachęcić małpy do
samodzielnego szukania lepszych produktów). Bardzo często
pracownicy sanktuarium odnoszą sukces. Czasem małpy co jakiś czas
wracają i pojawiają się na platformach, czasem oczywiście już
całe życie krążą w okolicy sanktuarium i są od niego w pewnym
sensie zależne, jednak czasem są na tyle samodzielne i dzielne, że
ruszają w las i już nie wracają. I chociaż opiekunom na pewno
pęka serce, kiedy widzą znikających, wczesniej karmionych butelką i
tulonych podopiecznych, twierdzą, że całkowite usamodzielnienie
się małpki jest dla nich największym szczęściem i nagrodą.
Oglądanie orangutanów, które są notabene przepięknymi i
zgrabnymi rudzielcami, to prawdziwa uczta dla oczu. Małpy te mają
niesamowicie ludzkie zachowania. Przybierają pozy godne
nonszalanckiego dandysa, skaczą lub chodzą z wielką gracją,
całują się w rękę (widzieliśmy na własne oczy!), przytulają...
Mają również mnóstwo przezabawnych zachowań małpich :-)
Potrafią wisieć na gałęzi w takich pozach, że nie sposób nie
pękać ze śmiechu. Zrobiliśmy kilkaset zdjęć przeklinając nasze
zbyt krótkie zoomy. Nie mogliśmy się jednak powstrzymać. W tych zwierzakach
można się naprawdę zakochać od pierwszego wejrzenia. Są cudowne.
A najlepsze jest to, że za bardzo nie zwracały na nas uwagi, pewnie
przez to, że takich ciekawskich widują codziennie. Zwracają za to
bardzo uwagę na strażnika, który przynosi im owoce i mleko. Np.
wieszają mu się na nodze, kiedy chcą wymusić więcej jakiegoś
ulubionego przysmaku, zaczepiając inne orangutany chronią się
potem w jego ramionach, łapią go za ręce. Uznałam, że taki
strażnik ma wymarzoną pracę i bardzo mu zazdrościłam :-). Po
porannym karmieniu można się jeszcze pojawić na karmieniu
popołudniowym o 15. Oczywiście ochoczo skorzystaliśmy z tej okazji
i mieliśmy wielkie szczęście, ponieważ na karmieniu pojawiła się
samica z maluchem uczepionym jej futra. Ten maluch był tak podobny
do ludzkiego dziecka, że nie mogłam wyjść ze zdumienia. Polecam,
polecam, polecam każdemu zobaczenie i obserwację tych zwierzaków
jeśli tylko ma się ku temu okazję. Można się wiele dowiedzieć o
tym jacy sami kiedyś byliśmy ;-) i jak to napisali w przewodniku –
zastanowić nad tym po co w ogóle zadaliśmy sobie trud ewoluowania
i zejścia z drzewa...
Tego dnia odwiedziliśmy też pobliskie centrum poświęcone lasom
deszczowym. Na specjalnie zbudowanych wysoko w koronach drzew
kładkach, można obserwować dżunglę z góry. Niestety o tej
porze, w której my tam byliśmy (między południem a 14) cała
dżungla jest nieruchoma i chroni się przed upałem, więc jedyne
zwierzę jakie udało nam się wypatrzeć to niezmordowana czarna
wiewiórka szukająca na drzewach jakiegoś jedzenia. Nawet żadnego
ptaka! Ale nie szkodzi, sam spacer też był bardzo przyjemny, a do
dżungli i tak mieliśmy jeszcze zamiar wrócić, o czym później...
Dajcie znać jak będziecie się wybierać na warszawskie fontanny, chętnie się przyłączę - też nie byłam ;)
OdpowiedzUsuńEliza
ok, damy na pewno :-) jeśli jeszcze będą, hehe
Usuń