czwartek, 13 czerwca 2013

Podglądamy małpy! - Malezja - 5/6/7.06.2013

Jak już pisałam, w Kota Kinabalu, nie spotkało nas nic niesamowitego, ale też niczego niesamowitego się nie spodziewaliśmy. Ruszyliśmy w miasto tylko po to, żeby zrobić zakupy. Trafiliśmy do jakiegoś centrum handlowego, gdzie praktycznie wszystkie butiki były chamskimi podróbami znanych marek, np. Quiksilver, Bata, itd... Trochę nas to zdziwiło, że wszystko jest podrabiane, w końcu Malezja to nie jakiś tam pierwszy lepszy biedny kraj. No ale Azja to Azja więc nie dziwiliśmy się długo. Kilka godzin później trafiliśmy do następnego CH i tu niespodzianka. Same luksusowe butiki, zero podróbek. Widocznie w Malezji mają nawet całe specjalne centra handlowe na podróbki dla tych mniej zasobnych i luksusowe butiki dla tych z kasą, a takich tu pewnie nie brakuje... W drodze powrotnej do domu (urządziliśmy sobie spacer godzinny, bo pożałowaliśmy na taksówkę, ceny kilkakrotnie wyższe niż na Filipinach, musimy się przyzwyczaić) trafiliśmy na jakiś pokaz fontann w parku, niedaleko naszego guest housu... Nawet całkiem sensownie zrobiony. Przypomniało mi to też, że nigdy nie zdołaliśmy się przejść na pokaz fontann w Warszawie nad Wisłę - jakoś nie było okazji... Jak to tam leciało? Cudze chwalicie, coś tam coś tam... ;-)

Udało nam się kupić przewodniki po Malezji i Indonezji, których nie udało nam się zdobyć na Filipinach (nowe wydania pojawiły się dopiero ze trzy tygodnie temu), mogliśmy więc zacząć planować dalszą podróż... No i od razu okazało się, że nie wszystko jest tak piękne jak byśmy chcieli i raczej nie zobaczymy wszystkiego tego, co sobie zaplanowaliśmy jeszcze w Polsce... Chcieliśmy np. wejść na najwyższy szczyt Azji Południowo-Wschodniej – Mt Kinabalu (4095 m npm). Niestety, kiedy Bartek zaczął wczytywać się w szczegóły dotyczące „zdobycia” tego szczytu mina bardzo szybko mu zrzedła – okazało się, że dwudniowy trekking (z czego większość odbywa się w dżungli, bez niesamowitych widoków i doznań) kosztowałby nas ponad 800 zł od osoby! Na cenę składają się wszystkie pozwolenia, przewodnik i ... miejsce noclegowe w jakimś podłym schronisku, w pokoju wieloosobowym, stanowiące połowę tej kwoty. Dlaczego? Oczywiście tylko dlatego, że dranie nie mają konkurencji i sufitowe ceny, które dyktują i tak nie zniechęcają rzeszy tych bardziej bogatych turystów. To nie fair! Stwierdziliśmy, że nie będziemy napełniać kieszeni zachłannym złodziejom i z żalem postanowiliśmy odpuścić tę atrakcję...

Podjęliśmy decyzję, że jedziemy do miejscowości o wdzięcznej nazwie Sepilok, popodglądać orangutany. Na temat tych wspaniałych małp słyszeliśmy same peany, bardzo więc byliśmy ciekawi jak prezentują się one w rzeczywistości. W Sepiloku znajduje się sanktuarium orangutanów – miejsce w którym ratuje się pokiereszowane przez los lub ludzi zwierzęta i przystosowuje się je do powrotu na łono natury. Ale o tym później.

Po nocy spędzonej w naszym zapyziałym guest housie (łazienka była po prostu straaaaszna), ledwo zwlekliśmy się z łóżek. Wieczorem, kiedy Bartek próbował zawiesić moskitierę (w krajach tropikalnych, gdzie potencjalnie grozi malaria i denga, w praktycznie żadnym hotelu nie ma moskitiery, ani nawet haczyka na nią! - musimy więc zawsze budować jakieś konstrukcje), urwała nam się lampa, do której miał być przymocowany sznurek... Dramat :-) Musieliśmy przesunąć łóżko, ponieważ bałam się, że owa lampa, jakoś z powrotem przymocowana przez Bartka do ściany, spadnie nam w nocy na głowę. W zamian niechcący porysowaliśmy im podłogę, chociaż temu miejscu i tak już chyba wiele nie zaszkodzi... Musieliśmy stamtąd uciekać... ;-) Zanim się jednak wygrzebaliśmy, była już 11, zanim dojechaliśmy na jedną pętle, przesiedliśmy się na drugi autobus i dojechaliśmy na dworzec minęło kolejne 1,5 h i oczywiście okazało się, że następny autobus do Sepiloku, w którym są wolne miejsca, odjeżdża dopiero o 15. Mieliśmy przed sobą 2,5 h upalnego oczekiwania. Zasiedliśmy w jakiejś jadłodajni i zapadliśmy w letarg. Ileż my czasu spędzamy w tej podróży czekając na coś!! No ale to tylko jeden minus, poza tym same plusy :-)

Autobus odjechał pół godziny spóźniony – rozkład jazdy to tutaj pojęcie mocno względne, był dość rozklekotany, silnik odpalali za pomocą jakiegoś zewnętrznego akumulatora i oczywiście zepsuł nam się raz w drodze (ale na szczęście panowie szybko uporali się z naprawą). Jechaliśmy przez dżunglę, serpentynami po górach, towarzyszyła nam burza, a potem niekończące się plantacje palmowe. Oczywiście suma sumarum przyjechaliśmy o wiele za późno na to, by dostać się do Sepiloku (autobus mógł nas wysadzić na skrzyżowaniu, gdzie nie było już żadnych taksówek ani innych możliwości transportu), pojechaliśmy więc do Sandakan – oddalonego o 27 km od naszego celu podróży. Musieliśmy tam zanocować, co troszkę nam się nie uśmiechało, bo generalnie unikamy większych miast jak możemy. Nie było jednak tak źle. Okazało się, że z naszego hotelowego okna widać morze, a pan na recepcji (nie wiem w sumie czy pan, oni tu wszyscy wyglądają jakby mieli 15 lat) powiedział nam, że jak wstaniemy odpowiednio wcześnie, będziemy mogli za całkiem przyzwoitą kwotę dostać się do Sepiloku autobusem miejskim, który jedzie niecałą godzinę... - przypominam 27 km. Chcieliśmy koniecznie zdążyć na karmienie orangutanów na 10, ale autobus chyba specjalnie został tak zorganizowany, żeby turyści mieli szansę wyrobić się na tę atrakcję.

Byliśmy jedynymi osobami, które tego ranka postanowiły odwiedzić orangutany komunikacją miejską... Nas dwoje i trzech członków załogi, z czego jeden z nich pełnił obowiązkową funkcję didżeja... Tutaj każdy jest domorosłym didżejem i nie pominie żadnej okazji, żeby uraczyć innych odpowiednio dobranym przez siebie repertuarem kiczu... Na Filipinach kochają karaoke – śpiewają wszędzie, nawet w pracy korzystając z odpowiednich aplikacji na komórkę... Tutaj po prostu puszczają muzykę, ale puszczają ją tak głośno, że w głowie zaczyna pracować wielki młot pneumatyczny i ma się, że zaraz wybuchną uszy.

A teraz o samym sanktuarium. Powstało niestety i oczywiście przez niechlubną działalność człowieka. Wycinanie dżungli, która musi ustąpić miejsca kolejnym plantacjom przeznaczonym na produkcję oleju palmowego, powoduje drastyczne zmniejszenie się obszaru mieszkalnego wielu dzikich i wyjątkowych na skalę światową zwierząt. Efekt jest taki, że zwierzęta, w tym orangutany spychane na coraz to mniejsze obszary, a wiele z nich nie przeżywa trudów nowego, stresującego życia. Często, kiedy ginie matka oranguciego malucha, osierocony malec trafia w ręce ludzi, którzy przetrzymują go potem w klatce, jako zwierzątko domowe. Ludzie, którzy przetrzymują orangutany w domu nie wiedzą, że łamią prawo, tak niski jest stopień edukacji społeczeństwa, w temacie ochrony zwierząt. Kiedy tylko ludzie w sanktuarium dowiadują się, że gdzieś trzymany jest w niewoli maluch, jadą tam i odbierają go zdumionym „przestępcom”. Takie małpki bardzo często są w złym stanie, odwodnione, wygłodzone, chore i potrzeba dużo czasu i trudu, żeby przywrócić je do zdrowia. Potem przez wiele miesięcy mały orangutan jest niańczony przez opiekuna, bardzo często wygląda to jak opieka nad malutkim dzieckiem (podobno w świecie zwierząt matka orangutana opiekuje się swoim dzieckiem najdłużej, aż do 7 lat), są pieluszki, kąpiele, karmienie butelką i bardzo ważny element terapii – przytulanie. Kiedy tylko malec osiąga odpowiedni stan zdrowia oraz wiek, zaczyna się przygotowywanie go do powrotu na łono natury. Opiekunowie uczą go wszystkiego tego, co jest niezbędne do przetrwania w dżungli i czego w normalnych warunkach nauczyłaby mama – jak budować gniazdo (orangutan codziennie buduje sobie gniazdo z liści na drzewie, aby móc się spokojnie i wygodnie wyspać), zdobyć jedzenie, skakać z gałęzi na gałąź (!), itd., itd. Następnie zwierzęta, kiedy są już w odpowiednim wieku, są stopniowo przyzwyczajane do wychodzenia w dżunglę, zdobywania jedzenia i powolutku opuszczenia sanktuarium. Przez jakiś czas są jeszcze dokarmiane na specjalnych platformach (właśnie jedną z nich mogą podglądać ciekawscy turyści), gdzie dostają mleko i banany (dieta celowo jest dość monotonna, żeby zachęcić małpy do samodzielnego szukania lepszych produktów). Bardzo często pracownicy sanktuarium odnoszą sukces. Czasem małpy co jakiś czas wracają i pojawiają się na platformach, czasem oczywiście już całe życie krążą w okolicy sanktuarium i są od niego w pewnym sensie zależne, jednak czasem są na tyle samodzielne i dzielne, że ruszają w las i już nie wracają. I chociaż opiekunom na pewno pęka serce, kiedy widzą znikających, wczesniej karmionych butelką i tulonych podopiecznych, twierdzą, że całkowite usamodzielnienie się małpki jest dla nich największym szczęściem i nagrodą.

Oglądanie orangutanów, które są notabene przepięknymi i zgrabnymi rudzielcami, to prawdziwa uczta dla oczu. Małpy te mają niesamowicie ludzkie zachowania. Przybierają pozy godne nonszalanckiego dandysa, skaczą lub chodzą z wielką gracją, całują się w rękę (widzieliśmy na własne oczy!), przytulają... Mają również mnóstwo przezabawnych zachowań małpich :-) Potrafią wisieć na gałęzi w takich pozach, że nie sposób nie pękać ze śmiechu. Zrobiliśmy kilkaset zdjęć przeklinając nasze zbyt krótkie zoomy. Nie mogliśmy się jednak powstrzymać. W tych zwierzakach można się naprawdę zakochać od pierwszego wejrzenia. Są cudowne. A najlepsze jest to, że za bardzo nie zwracały na nas uwagi, pewnie przez to, że takich ciekawskich widują codziennie. Zwracają za to bardzo uwagę na strażnika, który przynosi im owoce i mleko. Np. wieszają mu się na nodze, kiedy chcą wymusić więcej jakiegoś ulubionego przysmaku, zaczepiając inne orangutany chronią się potem w jego ramionach, łapią go za ręce. Uznałam, że taki strażnik ma wymarzoną pracę i bardzo mu zazdrościłam :-). Po porannym karmieniu można się jeszcze pojawić na karmieniu popołudniowym o 15. Oczywiście ochoczo skorzystaliśmy z tej okazji i mieliśmy wielkie szczęście, ponieważ na karmieniu pojawiła się samica z maluchem uczepionym jej futra. Ten maluch był tak podobny do ludzkiego dziecka, że nie mogłam wyjść ze zdumienia. Polecam, polecam, polecam każdemu zobaczenie i obserwację tych zwierzaków jeśli tylko ma się ku temu okazję. Można się wiele dowiedzieć o tym jacy sami kiedyś byliśmy ;-) i jak to napisali w przewodniku – zastanowić nad tym po co w ogóle zadaliśmy sobie trud ewoluowania i zejścia z drzewa...
Tego dnia odwiedziliśmy też pobliskie centrum poświęcone lasom deszczowym. Na specjalnie zbudowanych wysoko w koronach drzew kładkach, można obserwować dżunglę z góry. Niestety o tej porze, w której my tam byliśmy (między południem a 14) cała dżungla jest nieruchoma i chroni się przed upałem, więc jedyne zwierzę jakie udało nam się wypatrzeć to niezmordowana czarna wiewiórka szukająca na drzewach jakiegoś jedzenia. Nawet żadnego ptaka! Ale nie szkodzi, sam spacer też był bardzo przyjemny, a do dżungli i tak mieliśmy jeszcze zamiar wrócić, o czym później...

2 komentarze:

  1. Dajcie znać jak będziecie się wybierać na warszawskie fontanny, chętnie się przyłączę - też nie byłam ;)
    Eliza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ok, damy na pewno :-) jeśli jeszcze będą, hehe

      Usuń