niedziela, 2 czerwca 2013

Na Filipinach - wyprawa na Boracay - 31.05.2013

31.05.2013
Ostatni dzień maja, nasz 55 dzień podróży był naszym dniem tranzytowym. Postanowiliśmy odwiedzić Boracay – filipińską riwierę i miejsce masowym najazdów turystów – czekała nas więc dłuuuga jazda. Może to trochę dziwne (dla nas trochę tak), że zdecydowaliśmy się odwiedzić tak komercyjne miejsce, a jednak z kilku względów się na to skusiliśmy. Po pierwsze jeszcze nigdy w życiu nie widzieliśmy takiego prawdziwego, pocztówkowego raju. A tutaj, na Boracay jest tak zwana White Beach, czterokilometrowa plaża z bialutkim piaseczkiem o konsystencji niemalże cukru pudru. Pocieszyło nas również to, że na Boracay można jeszcze znaleźć miejsca mniej komercyjne, spokojniejsze, takie w których da się wytrzymać dłużej niż kilka godzin. Pomyśleliśmy też, że to może ostatni moment, żeby tu przyjechać i nie zwariować, ponieważ wyczytaliśmy gdzieś, że są plany wybudowania ośrodka giganta i dwukrotne zwiększenie liczby turystów na przestrzeni 5 lat!! Tego już na pewno byśmy nie zdzierżyli, skusiliśmy się więc na luksusową plażę teraz.

Sam tranzyt na wyspę był nieskończenie długi i bardzo skomplikowany. Najpierw musieliśmy wstać o 6, złapać jeepney'a do Tagbilaran, tam złapać tricykla, dostać się na prom. Po zejściu z promu trzeba było złapać taksówkę, pojechać na lotnisko, wskoczyć w samolot, polecieć do Kalibo na wyspę Negros, potem złapać vana do Caticlan, a w Caticlan złapać prom na Boracay. W Boracay pozostało nam tylko złapać taksówkę, która by nas dowiozła do dzielnicy bakpakerskiej, czyli tej powiedzmy mniej luksusowej okolicy białej plaży :-). Wszystko szło nadzwyczaj dobrze aż do Caticlan, gdzie dojechaliśmy już trochę półżywi, ale zadowoleni, że już prawie jesteśmy u celu. Najpierw trochę wkurzyli nas w porcie, gdzie co pięć sekund ktoś sprawdzał nam jakieś papiery, kazał kupować jakieś bilety, bileciki, opłaty klimatyczne, opłaty portowe, itd... Dosłownie z 10 osób kolejno coś od nas chciało. Aż nie mogliśmy w to uwierzyć jak koszmarnie są zorganizowani ludzie, którzy przecież przyjmują tysiące turystów rocznie... Może chodzi o to, żeby dać pracę jak największej liczbie osób, ale z naszej perspektywy wyglądało to jak upierdliwe zawracanie głowy, co naprawdę nie jest przyjemne po 10 godzinach podróży i z 20 kilogramami rzeczy na garbie...


Kiedy już dostaliśmy się na prom, gdzie też ze 3 osoby sprawdziły nam bilety, okazało się, że nie ruszymy tak od razu (niestety wykupiliśmy combo ticket na vana plus prom) i musimy jeszcze poczekać na resztę pasażerów. Ja popadłam w stan katatonii, zobojętniałam na wszystko i półleżąc słuchałam muzyki. Po pół godzinie Bartek zaczął się wkurzać (a naprawdę trzeba się bardzo postarać, żeby w nim taki stan wywołać), po godzinie już prawie gryzł ;-). Na szczęście w końcu odpłynęliśmy, a co w tym wszystkim najżałośniejsze, płynęliśmy zaledwie 15 minut. Mieliśmy wielkie poczucie straty czasu (który mogliśmy poświęcić na szukanie lokum jeszcze przed zmrokiem). Na nieszczęście mnie lokalesi zdołali wkurzyć (o co znacznie łatwiej :-) ) jak tylko postawiłam nogę na lądzie. Okazało się, że taksówki są jakoś absurdalnie drogie, a rozpuszczeni kierowcy nawet nie mają zamiaru negocjować ceny. Po tym jak jeden z nich z lekką kpiną zaczął śmiać mi się prosto w twarz, powiedziałam, że w takim razie nie zarobią na mnie nawet złamanego grosza i postanowiliśmy (a raczej ja, a biedny Bartek nie oponował) iść pieszo. W połowie drogi trochę zaczęłam tego żałować, tym bardziej, że nie do końca byliśmy pewni jak daleko jesteśmy od celu, ale zacisnęłam zęby i nic nie mówiłam. Na szczęście nie było to bardzo daleko, po 20 minutach byliśmy już na miejscu i nawet dość szybko znaleźliśmy pokoik, w bambusowej chatce, który spełniał nasze oczekiwania. Wieczorem poszliśmy tylko na kolację na plaży i pod palmę :-), a potem miałam już tylko siłę paść bez sił na łóżko i zapaść w głęboki sen. Niestety był on tylko głęboki do pierwszego piania kogutów, czyli gdzieś do środka nocy... Piania powtarzały się regularnie aż do samego rana... Rano zaś okazało się, ze za płotem mamy hodowlę kur. Niech żyją wakacje!

1 komentarz: