niedziela, 2 czerwca 2013

Na Filipinach - 25/26.05.2013

25.05.2013
Droga z El Nido do P. Princesa była dłuuuga. Trwała chyba z pięć godzin, jednak udało nam się załatwić miejsca w trochę obszerniejszym vanie niż poprzednio. Zazwyczaj wszystkie vany są przystosowane do standardów i rozmiarów azjatyckich, co oznacza, że Bartek musi jechać skurczony, z kolanami prawie pod brodą... Trochę to uciążliwe. Jednak tym razem miejsca mieliśmy sporo, podróż nie była więc aż tak bolesna.
W Puerto znaleźliśmy fajny hostel, Banwa Art House, który udekorowany był kolorową sztuką lokalną, a całość dawała miły dla oka efekt. Pierwszy raz spaliśmy w miejscu, w którym właściciel wykazywał się tak dużą dbałością o szczegóły. Najważniejsze jednak było to, że był czysty! Nasz mikroskopijny pokój był na tyle przytulny, że nie zastanawialiśmy się długo nad jego wyborem, chociaż pewnie zostanie w nim dłużej niż jedną noc mogło nam grozić atakiem klaustrofobii. Niestety bardzo często pokoje tutaj są malutkie i nie posiadają podstawowych udogodnień, takich jak półka na ubrania, wieszak, czy umywalka w łazience. Są to drobne rzeczy, ale nawet nie wiecie jak bardzo czasem potrzebuję się rozpakować i poukładać mój mały dobytek w jakiejś szafce... Dosłowne życie na plecaku jest na dłuższą metę trochę dołujące. Nawet w takim raju jak tutaj :-)

Wieczorem poszliśmy na spacer. Trafiliśmy na katedrę Niepokalanego Poczęcia (z 1872 r.), w której właśnie skończył się ślub. Weszliśmy na chwilę do środka. Przez ostatnie dwa miesiące odwiedziliśmy świątynie wszystkich możliwych wyznań, poza naszym... Wnętrze było bardzo skromne i dawno nie odnawiane, ale przynajmniej czuliśmy się jak u siebie i wiedzieliśmy jak mamy się zachowywać...
Państwo młodzi wraz z gośćmi szaleli przed.... ołtarzem. Nigdy jeszcze nie widzieliśmy sesji zdjęciowych w tym miejscu, ale widocznie tutaj jest tak tradycja. Sesja trwała dobre kilkanaście minut. Wszyscy goście podchodzili po kolei i robili sobie z młodymi zdjęcia i wcale nie byli przy tym jakoś nadmiernie poważni.

Po wizycie w katedrze poszliśmy na deptak nadmorski i tam mogliśmy podziwiać zarówno morze jak i spacerowiczów, których było tam bardzo wielu. Oczywiście sami lokalesi, nie uświadczyliśmy obecności żadnych innych turystów. Było za to mnóstwo stoisk z jedzeniem, głównie grilli, na których smażyły się wszelkie możliwe do wyobrażenia mięsa... Było też dużo rowerów do wynajęcia, z czego korzystały głównie dzieciaki szalejąc na deptaku i ścigając się ze sobą. Wszystko razem wzięte wyglądało trochę topornie i trochę kojarzyło mi się z Laosem i jego deptakiem w Wientianie, chociaż tam było jednak trochę mniej komercyjnie.

Samo Puerto nie zachwyca, widać w nim niestety dużo biedy i bałaganu.

My wieczorem skusiliśmy się jeszcze w naszym hostelu na pysznego mangowego szejka, odkryliśmy, że zupełnie już padł nasz kabel zasilający do komputera i poszliśmy spać. Na drugi dzień czekała nas przeprawa samolotem do Cebu, a z Cebu promem do Tagbilaran. Strasznie dużo czasu na tych Filipinach traci się na przemieszczanie i dojazdy. I to by był chyba jak na razie jedyny minus tego kraju :-)

26.05.2013
W Dzień Matki, poza myśleniem o naszych Mamach, zajmowaliśmy się przemieszczaniem na wyspę Bohol, do Tagbilaran. Przelot do Cebu był względnie spokojny, a co ważniejsze, wystartowaliśmy o czasie! Potem musieliśmy się przesiąść na prom, który niestety miał już godzinne opóźnienie. Na dodatek czekaliśmy w dusznej, brudnej i przepełnionej poczekalni, ale za to udało nam się kupić pączki! Ha, takie małe przyjemności, a tak wielką robią różnicę! Sam prom był trochę obleśny - nieposprzątany i niechlujny, z karaluszkami biegającymi po ścianach. Niestety dostaliśmy miejsca na samym początku promu, bez widoku na morze, więc z obawy przed ewentualnymi chorobami morskimi, które mogły dopaść Bartka, postanowiliśmy pójść na powietrze, na górny pokład. I była to bardzo dobra decyzja, było przyjemnie chłodno, nie było karaluchów i Bartek mógł do woli uspokajać swój błędnik :-) Ja właściwie przespałam całą drogę i obudziłam się tuż przed dobiciem statku na wyspę, a Bartek całą drogę czytał. Wyobraźcie sobie, że mój ukochany niezmordowanie kontynuuje himalajską odyseję, tym razem czytając biografię sir Hilarego :-) Ten to ma zacięcie!

Na Bohol, w Tagbilaran, postanowiliśmy udać się do hotelu polecanego przez Lonely Planet, ponieważ nie mieliśmy namiarów na żadną inną miejscówkę. Byliśmy już trochę zmęczeni drogą i zupełnie nie chciało nam się latać po mieście i szukać czegoś sensownego. Nie mieli co prawda pokojów, w zadowalającym nas przedziale cenowym. Postanowiliśmy jednak zaznać trochę luksusu i wzięliśmy duży pokój z klimą, szafkami i ciepłą wodą (pierwszy raz od dwóch tygodni)! Nawet była toaletka z lustrem! Od razu wszystko rozpakowałam. Przede wszystkim musieliśmy dosuszyć wszystkie nasze ubrania, które w El Nido, w naszym super wilgotnym pokoju, zaczęły już prawie żyć własnym życiem...

Wieczorem postanowiliśmy pojechać na podglądanie świetlików, co jest lokalną atrakcją. Wybraliśmy opcję pływania kajakiem (z przewodnikiem oczywiście), co dało nam trochę w kość, ponieważ nasze ramiona trochę odzwyczaiły się od takiego wysiłku. Staraliśmy się jednak dzielnie nadążać za chłopakiem w kajaczku wyścigowym i chyba nawet dopłynęliśmy na miejsce zbyt wcześnie, ponieważ nie było jeszcze żadnych świetlików. Kiedy się jednak pojawiły (co ciekawe tylko na jednym drzewie, chyba takim, na którym się odżywiają) zaczął się bajeczny spektakl. Najpierw było ich tylko kilka, potem coraz więcej, coraz więcej. Ciężko było nawet przez chwilę rozpoznać, co jest świetlikiem, a co gwiazdą na niebie... W końcu pojawiło się ich tak dużo, że całe drzewo aż pulsowało światłem. Było naprawdę pięknie, chociaż Bartek był troszeńkę zawiedziony, ponieważ myślał, że świetlików będzie cały las, a nie tylko pojedyncze drzewa...

1 komentarz:

  1. Bo w Olsztynie to my tych świetlików mieliśmy kiedyś każdego letniego wieczoru bez liku ;)
    E.

    OdpowiedzUsuń