25.05.2013
Droga z El Nido do P. Princesa była
dłuuuga. Trwała chyba z pięć godzin, jednak udało nam się
załatwić miejsca w trochę obszerniejszym vanie niż poprzednio.
Zazwyczaj wszystkie vany są przystosowane do standardów i rozmiarów
azjatyckich, co oznacza, że Bartek musi jechać skurczony, z
kolanami prawie pod brodą... Trochę to uciążliwe. Jednak tym
razem miejsca mieliśmy sporo, podróż nie była więc aż tak
bolesna.
W Puerto znaleźliśmy fajny hostel,
Banwa Art House, który udekorowany był kolorową sztuką lokalną,
a całość dawała miły dla oka efekt. Pierwszy raz spaliśmy w
miejscu, w którym właściciel wykazywał się tak dużą dbałością
o szczegóły. Najważniejsze jednak było to, że był czysty! Nasz
mikroskopijny pokój był na tyle przytulny, że nie zastanawialiśmy
się długo nad jego wyborem, chociaż pewnie zostanie w nim dłużej
niż jedną noc mogło nam grozić atakiem klaustrofobii. Niestety
bardzo często pokoje tutaj są malutkie i nie posiadają
podstawowych udogodnień, takich jak półka na ubrania, wieszak, czy
umywalka w łazience. Są to drobne rzeczy, ale nawet nie wiecie jak
bardzo czasem potrzebuję się rozpakować i poukładać mój mały
dobytek w jakiejś szafce... Dosłowne życie na plecaku jest na
dłuższą metę trochę dołujące. Nawet w takim raju jak tutaj :-)
Wieczorem poszliśmy na spacer.
Trafiliśmy na katedrę Niepokalanego Poczęcia (z 1872 r.), w której
właśnie skończył się ślub. Weszliśmy na chwilę do środka.
Przez ostatnie dwa miesiące odwiedziliśmy świątynie wszystkich
możliwych wyznań, poza naszym... Wnętrze było bardzo skromne i
dawno nie odnawiane, ale przynajmniej czuliśmy się jak u siebie i
wiedzieliśmy jak mamy się zachowywać...
Państwo młodzi wraz z gośćmi
szaleli przed.... ołtarzem. Nigdy jeszcze nie widzieliśmy sesji
zdjęciowych w tym miejscu, ale widocznie tutaj jest tak tradycja.
Sesja trwała dobre kilkanaście minut. Wszyscy goście podchodzili
po kolei i robili sobie z młodymi zdjęcia i wcale nie byli przy tym
jakoś nadmiernie poważni.
Po wizycie w katedrze poszliśmy na
deptak nadmorski i tam mogliśmy podziwiać zarówno morze jak i
spacerowiczów, których było tam bardzo wielu. Oczywiście sami
lokalesi, nie uświadczyliśmy obecności żadnych innych turystów.
Było za to mnóstwo stoisk z jedzeniem, głównie grilli, na których
smażyły się wszelkie możliwe do wyobrażenia mięsa... Było też
dużo rowerów do wynajęcia, z czego korzystały głównie dzieciaki
szalejąc na deptaku i ścigając się ze sobą. Wszystko razem
wzięte wyglądało trochę topornie i trochę kojarzyło mi się z
Laosem i jego deptakiem w Wientianie, chociaż tam było jednak
trochę mniej komercyjnie.
Samo Puerto nie zachwyca, widać w nim
niestety dużo biedy i bałaganu.
My wieczorem skusiliśmy się jeszcze w
naszym hostelu na pysznego mangowego szejka, odkryliśmy, że
zupełnie już padł nasz kabel zasilający do komputera i poszliśmy
spać. Na drugi dzień czekała nas przeprawa samolotem do Cebu, a z
Cebu promem do Tagbilaran. Strasznie dużo czasu na tych Filipinach
traci się na przemieszczanie i dojazdy. I to by był chyba jak na
razie jedyny minus tego kraju :-)
26.05.2013
W Dzień Matki, poza myśleniem o
naszych Mamach, zajmowaliśmy się przemieszczaniem na wyspę Bohol,
do Tagbilaran. Przelot do Cebu był względnie spokojny, a co
ważniejsze, wystartowaliśmy o czasie! Potem musieliśmy się
przesiąść na prom, który niestety miał już godzinne opóźnienie.
Na dodatek czekaliśmy w dusznej, brudnej i przepełnionej
poczekalni, ale za to udało nam się kupić pączki! Ha, takie małe
przyjemności, a tak wielką robią różnicę! Sam prom był trochę
obleśny - nieposprzątany i niechlujny, z karaluszkami biegającymi
po ścianach. Niestety dostaliśmy miejsca na samym początku promu,
bez widoku na morze, więc z obawy przed ewentualnymi chorobami
morskimi, które mogły dopaść Bartka, postanowiliśmy pójść na
powietrze, na górny pokład. I była to bardzo dobra decyzja, było
przyjemnie chłodno, nie było karaluchów i Bartek mógł do woli
uspokajać swój błędnik :-) Ja właściwie przespałam całą
drogę i obudziłam się tuż przed dobiciem statku na wyspę, a
Bartek całą drogę czytał. Wyobraźcie sobie, że mój ukochany
niezmordowanie kontynuuje himalajską odyseję, tym razem czytając
biografię sir Hilarego :-) Ten to ma zacięcie!
Na Bohol, w Tagbilaran, postanowiliśmy
udać się do hotelu polecanego przez Lonely Planet, ponieważ nie
mieliśmy namiarów na żadną inną miejscówkę. Byliśmy już
trochę zmęczeni drogą i zupełnie nie chciało nam się latać po
mieście i szukać czegoś sensownego. Nie mieli co prawda pokojów,
w zadowalającym nas przedziale cenowym. Postanowiliśmy jednak
zaznać trochę luksusu i wzięliśmy duży pokój z klimą,
szafkami i ciepłą wodą (pierwszy raz od dwóch tygodni)! Nawet
była toaletka z lustrem! Od razu wszystko rozpakowałam. Przede
wszystkim musieliśmy dosuszyć wszystkie nasze ubrania, które w El
Nido, w naszym super wilgotnym pokoju, zaczęły już prawie żyć
własnym życiem...
Wieczorem postanowiliśmy pojechać na
podglądanie świetlików, co jest lokalną atrakcją. Wybraliśmy
opcję pływania kajakiem (z przewodnikiem oczywiście), co dało nam
trochę w kość, ponieważ nasze ramiona trochę odzwyczaiły się
od takiego wysiłku. Staraliśmy się jednak dzielnie nadążać za
chłopakiem w kajaczku wyścigowym i chyba nawet dopłynęliśmy na
miejsce zbyt wcześnie, ponieważ nie było jeszcze żadnych
świetlików. Kiedy się jednak pojawiły (co ciekawe tylko na jednym
drzewie, chyba takim, na którym się odżywiają) zaczął się
bajeczny spektakl. Najpierw było ich tylko kilka, potem coraz
więcej, coraz więcej. Ciężko było nawet przez chwilę rozpoznać,
co jest świetlikiem, a co gwiazdą na niebie... W końcu pojawiło
się ich tak dużo, że całe drzewo aż pulsowało światłem. Było
naprawdę pięknie, chociaż Bartek był troszeńkę zawiedziony,
ponieważ myślał, że świetlików będzie cały las, a nie tylko
pojedyncze drzewa...
Bo w Olsztynie to my tych świetlików mieliśmy kiedyś każdego letniego wieczoru bez liku ;)
OdpowiedzUsuńE.