sobota, 1 czerwca 2013

Na Filipinach - 24.05.2013 - w końcu nurkowanie!

W dzień nurkowania, od samego rana czułam wielki stres. Nawet nie ze względu na wyczyny sportowe, które nas czekały. Było duszno, bardzo duszno, pot spływał z nas strugami i zanosiło się na wielką burzę. A tak! Burzy też się boję, zwłaszcza na łódce na środku morza. Grzmieć zaczęło zanim jeszcze wyruszyliśmy z portu, ale wydawałam się być jedyną osobą na pokładzie, która się tym przejmowała... Dzięki burzy przestałam się nawet stresować samym nurkowaniem, chciałam już nawet szybciej wejść pod wodę, żeby przypadkiem nie walnął w nas piorun... Nasz dive master, który miał z nami zrobić tzw. review, czyli przypomnienie podstawowych zasad nurkowania, których uczyliśmy się na kursie, był bardzo sympatyczny i cały czas się śmiał. Robił sobie żarty i na moje obawy i przed burzą i nurkowaniem, mówił, że powinnam się cieszyć ze wszystkiego co natura stawia na mojej drodze. Jest burza, ciesz się burzą! W sumie chyba ma rację, więc zamiast panikować zabrałam się za przygotowania do wejścia pod wodę. Zeszliśmy najpierw na płyciznę, jakieś 3 do 5 metrów i tam zrobiliśmy wszystkie ćwiczenia przypominające. Zajęło nam to kilka minut, a potem od razu zaczęliśmy pływać i podziwiać rafę koralową. Poszło to tak szybko i sprawnie, że nawet nie miałam czasu się zastanowić i autentycznie od pierwszego nurkowania, czułam się zrelaksowana i mogłam w pełni cieszyć się tym co miałam przed oczami... A było na co patrzeć! Bardzo bogata rafa koralowa, mnóstwo ryb, od malutkich, mikro rybek, do całkiem dużych. Bardzo różnorodne koralowce oraz cała masa innych stworzeń, których nazw niestety nie znamy...Najwspanialszym jednak naszym „znaleziskiem” był żółw morski, który pasł się na morskiej trawce, może 2 metry od nas i kompletnie nie przejmował się naszą obecnością. Prawie zaczęłam krzyczeć z radości, kiedy go zobaczyłam. Był wspaniały. Miał może z 1,5 metra, chociaż ciężko stwierdzić na pewno, bo pod wodą wszystko wygląda trochę inaczej. Potem widzieliśmy jeszcze drugiego żółwia, ale już bardziej z oddali, płynął na powierzchnię, aby zaczerpnąć powietrza.

Kolejne dwa nurkowania, były również pełne przeżyć i odkryć, pływaliśmy na przykład w ławicy ryb, widzieliśmy różne ślimaki morskie o bardzo jaskrawych kolorach... Z wrażenia nie wiedzieliśmy w ogóle w którą stronę patrzeć (no i znów, jakieś niemoty z nas ;-) ). Na szczęście nasz dive master pokazywał nam co ciekawsze okazy, a co najważniejsze czuwał nad nami i czasem nawet wyjmował z buzi aparat, żeby śmiać się do nas pełną gębą. I jak tu się nie zrelaksować... Pływanie w filipińskich wodach w niczym nie przypominało strasznego Zakrzówka, w którym kończyliśmy kurs w Polsce. Było ciepło, jasno, kolorowo i bajecznie pięknie.. Życie pod wodą, to zupełnie inna planeta, może nawet piękniejsza niż ta na lądzie. A już na pewno dla nas laików, o wiele bardziej niesamowita i dziwna....

W trakcie lunchu, kiedy nasza łódka stacjonowała w miłej zatoczce, nagle, na pobliskiej plaży pojawiło się kilka wielkich jaszczurów. Nie wiem jak wielkich, ale skoro widzieliśmy je z ponad 100 metrów metrów, musiały być naprawdę duże. Ludzie na statku powiedzieli, że nazywają się monitor Lizards, po polsku to coś z rodziny waranowatych, proszę sobie sprawdzić na wiki :-) Dwa nawet zaczęły ze sobą walczyć! I pomyśleć, że była to plaża na której byliśmy dwa dni wcześniej!

Po drugim nurkowaniu, deszcz, który padał od rana, w końcu się zakończył, mogliśmy więc odpoczywać i relaksować się prawie w słońcu!
Dzień był bardzo przyjemny, pełen wrażeń i nowych doznań. Muszę powiedzieć, że teraz nurkowanie nie wydaje mi się już ani trochę straszne, raczej ekscytujące. Bartek też był zachwycony, chociaż po trzecim nurkowaniu czuł się już troszkę źle, ponieważ trochę go wybujało, a niestety jest na to dość wrażliwy. Musimy po prostu poprzestawać na dwóch nurkach dziennie i mam nadzieję, że będzie wszystko dobrze.
Wieczór spędziliśmy najpierw dyskutując trochę z naszym dive masterem, a potem w towarzystwie dwóch Duńczyków, których poznaliśmy tego dnia na łódce. Staliśmy się tacy towarzyscy! :D

Koło 21 jednak uciekliśmy do domu. Podwodne przygody tak mocno nas wyczerpały, że od razu poszliśmy spać. Na drugi dzień czekała nas długa droga do Puerto Princesa. Nadeszła bowiem pora, aby pożegnać się z Palawanem.

2 komentarze:

  1. myślałyśmy o Was w czasie tej ulewy - my właśnie opuszczałyśmy El Nido... Ale widzę, że aura zupełnie nie zepsuła Wam dnia - a może nawet poprawiła ;)
    Eliza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. burze mieliśmy potem chyba codziennie na Filipinach, aż w końcu się do nich przyzwyczaiłam :-) raz na Panglao siedzieliśmy chyba przez godzinę na plaży i obserwowaliśmy pioruny lecące z chmur, czasem nawet szły w górę! po prostu czad, czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałam. i o dziwo burza nigdy nie dochodziła do nas.. :-) uff

      Usuń