środa, 26 czerwca 2013

Le petit chat... - Brunei

Opowiem Wam teraz historię o kocie, a raczej o kociej miniaturze, którą mieliśmy okazję poznać w Brunei. Ostatniego wieczoru w BSB siedzieliśmy sobie w pokoju i odpoczywaliśmy. W pewnym momencie zaczęłam słyszeć kocie miauczenie, a dokładniej koci płacz. Najpierw myślałam, że to spod drzwi, jednak potem zorientowałam się, że dochodzą zza okna, a mieszkaliśmy na trzecim piętrze. Kiedy wyjrzałam za okno z początku nie mogłam zorientować się, gdzie jest autor płaczu, jednak chwilę potem zauważyłam, że na gzymsie, pod naszymi oknami siedzi mała kocia kupka nieszczęścia i płacze. Kocię musiało wyskoczyć przez otwarte okno w korytarzu, a ponieważ gzyms znajdował się dla niego o wiele za daleko od okna, nie potrafił się wdrapać z powrotem, a oczywiście innej drogi ucieczki stamtąd nie było. Płacz był tak intensywny i rozpaczliwy, że zaczęliśmy się zastanawiać co by tu zrobić, żeby pomóc maleństwu. Najwyraźniej było dzikie, ponieważ nie reagowało na wołanie i bardzo przestraszone, siedziało skulone w kłębek i prawie się nie ruszało się. Poszłam na recepcję, żeby powiedzieć, że na gzymsie pod oknami uwięziony jest kotek, ale kiedy pan recepcjonista przyszedł sprawdzić, kotek akurat schował się pod rurami przebiegającymi tuż nad gzymsem, a że zapadł już zmrok, prawie go nie było widać. Pan recepcjonista coś tam powiedział i sobie poszedł. Wzięłam więc bułeczkę (niestety żadnego mięsa ani ryby nie posiadaliśmy), zaczęłam rzucać kotu okruszki i dopiero wtedy zaczął się do nas przybliżać (pod nasze okna). Był naprawdę malutki, spokojnie zmieściłby się na dłoni, brudny i wychudzony. Oczywiście na bułkę rzucił się od razu. Zaczęliśmy akcję ratunkową. Spuściliśmy mu koc, mając nadzieję, że się po nim wdrapie, ale kotek nie miał pojęcia o co nam chodzi, a poza tym chyba się trochę nas bał. Przyczepiliśmy więc do kosza na śmieci sznurek, spuściliśmy kosz na gzyms, próbowaliśmy zagonić kotka miotłą do kosza, ale był zbyt przestraszony i nie udało nam się go złapać. Próbowaliśmy go uratować przez 2 godziny, niestety nieskutecznie. Na tuńczyka, którego przynieśliśmy z kolacji też nie udało się go zwabić.

Bardzo mnie to smuciło ponieważ jasne było, że nikt z obsługi hotelu nie zamierza mu pomóc, a na nasze prośby o to, żeby coś zrobili tylko głupio się uśmiechali...

W trakcie kolacji podzieliłam się z moim Bratem (przez internet) naszym problemem i trochę zaczęłam biadolić. Mój Brat podszedł do tego praktycznie i znalazł stronę organizacji w Brunei, w BSB, która zajmuje się ratowaniem zwierząt. Powiedziałam, że spróbujemy jeszcze kotka zwabić do kosza, a jak się nie uda, to się do tej organizacji odezwę.

Jak już wiecie zwabić go się nie udało, a że wyjeżdżaliśmy autobusem o 7 rano nie miałam skąd wysłać do organizacji maila. Siedząc już na lotnisku w Miri wysłałam więc do Jędrzeja smsa (w Polsce była chyba przed 7 rano) z prośbą, żeby napisał do tych ludzi i poprosił ich o zrobienie czegoś. Fajnie mieć Brata na którego pomoc można liczyć nawet będąc na drugim końcu świata :-). Rozkręciła się akcja ratunkowa na skalę międzynarodową. Z Malezji, przez Polskę, do Brunei poszła wieść, że w pewnym hotelu jest kotek do uratowania. Ludzie z organizacji odpisali mojemu Bratu, prosząc o zdjęcie lub opis kota. Jędrzej smsem poprosił mnie o opis i przesłał go mailem do Brunei.... Chłopaki z organizacji obiecali, że zrobią co w ich mocy, żeby temu kotu pomóc...

Chciałabym Wam napisać, że wszystko skończyło się dobrze, ale nie wiem... Po paru dniach, kiedy miałam już dostęp do internetu, napisałam do Brunei z pytaniem czy udało im się uratować to biedne maleństwo. Napisali mi, że zaangażowali w akcję nawet straż pożarną, ale kiedy pojechali do hotelu, kotka już nie było... Nie wiem co się z nim stało, nie wiem czy może jacyś turyści zdołali go jednak uratować, czy nie daj Boże spadł... Obsługa hotelu twierdziła podobno, że nie wie nic o żadnym kocie... Wolontariusze szukali wokół hotelu, ale wszelki ślad po kocie zaginął.

Niektórzy może pomyślą, że to błaha historia, nie warta opisywania na blogu, ale... Po pierwsze, gdybyście widzieli tego kota, serce pękałoby Wam zapewne tak jak nam. Po drugie, historia ta pokazuje siłę komunikacji w dzisiejszych czasach - wyobraźcie sobie, z Polski uruchomić ekipę brunejskich strażaków, wow, to jest coś! A po trzecie, chyba jednak trochę pociesza mnie fakt, że nawet w krajach, gdzie życie zwierząt generalnie nie jest zbyt wiele warte, jednak są ludzie, którzy się ich losem przejmują – nawet takim małym kocim, brudnym mikrusem...

Zdjęcie poniżej nie jest dobrej jakości, ale zostało zrobione przez Bartka już w kompletnych ciemnościach bez użycia flesza, żeby jeszcze dodatkowo nie przerażać tego stworzenia.

A tu strona ludzi, którzy się przejmują: https://www.facebook.com/careandactionsforstrays  :-)


Akcja ratunkowa trwa

Sprawca calego zamieszania



4 komentarze:

  1. W ramach doprecyzowywania całej historii to w Polsce nie było tylko "przed 7 rano" ale była dokładnie 5:52 i tym samym Danusi udało się pobić jej ostatni rekord budzenia brata porannymi smsami o jakieś +/- 40 min ;)

    /JTP

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak to? jak to? przecież nigdy dotąd nie budziłam Cię masakrycznie rano!! chyba... :P

      Usuń
  2. Mam na to dowody w swoim telefonie ;) Dla przykładu od czasu wyjazdu: 6:56, 6:54, 6:36, 6:31 i uwaga 3:49 (chociaż nie przypominam sobie by ten akurat mnie obudził ;))

    /JTP

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hmmm, ale po pierwsze u mnie wtedy jest już popołudnie, a po drugie robię to, aby zniwelować Wasze lęki :P

      Usuń