Opowiem Wam teraz historię o kocie, a
raczej o kociej miniaturze, którą mieliśmy okazję poznać w
Brunei. Ostatniego wieczoru w BSB siedzieliśmy sobie w pokoju i
odpoczywaliśmy. W pewnym momencie zaczęłam słyszeć kocie
miauczenie, a dokładniej koci płacz. Najpierw myślałam, że to
spod drzwi, jednak potem zorientowałam się, że dochodzą zza okna,
a mieszkaliśmy na trzecim piętrze. Kiedy wyjrzałam za okno z
początku nie mogłam zorientować się, gdzie jest autor płaczu,
jednak chwilę potem zauważyłam, że na gzymsie, pod naszymi oknami
siedzi mała kocia kupka nieszczęścia i płacze. Kocię musiało
wyskoczyć przez otwarte okno w korytarzu, a ponieważ gzyms
znajdował się dla niego o wiele za daleko od okna, nie potrafił
się wdrapać z powrotem, a oczywiście innej drogi ucieczki stamtąd
nie było. Płacz był tak intensywny i rozpaczliwy, że zaczęliśmy
się zastanawiać co by tu zrobić, żeby pomóc maleństwu.
Najwyraźniej było dzikie, ponieważ nie reagowało na wołanie i
bardzo przestraszone, siedziało skulone w kłębek i prawie się nie
ruszało się. Poszłam na recepcję, żeby powiedzieć, że na
gzymsie pod oknami uwięziony jest kotek, ale kiedy pan recepcjonista
przyszedł sprawdzić, kotek akurat schował się pod rurami
przebiegającymi tuż nad gzymsem, a że zapadł już zmrok, prawie
go nie było widać. Pan recepcjonista coś tam powiedział i sobie
poszedł. Wzięłam więc bułeczkę (niestety żadnego mięsa ani
ryby nie posiadaliśmy), zaczęłam rzucać kotu okruszki i dopiero
wtedy zaczął się do nas przybliżać (pod nasze okna). Był
naprawdę malutki, spokojnie zmieściłby się na dłoni, brudny i
wychudzony. Oczywiście na bułkę rzucił się od razu. Zaczęliśmy
akcję ratunkową. Spuściliśmy mu koc, mając nadzieję, że się
po nim wdrapie, ale kotek nie miał pojęcia o co nam chodzi, a poza
tym chyba się trochę nas bał. Przyczepiliśmy więc do kosza na
śmieci sznurek, spuściliśmy kosz na gzyms, próbowaliśmy zagonić
kotka miotłą do kosza, ale był zbyt przestraszony i nie udało nam
się go złapać. Próbowaliśmy go uratować przez 2 godziny,
niestety nieskutecznie. Na tuńczyka, którego przynieśliśmy z
kolacji też nie udało się go zwabić.
Bardzo mnie to smuciło ponieważ jasne
było, że nikt z obsługi hotelu nie zamierza mu pomóc, a na nasze
prośby o to, żeby coś zrobili tylko głupio się uśmiechali...
W trakcie kolacji podzieliłam się z
moim Bratem (przez internet) naszym problemem i trochę zaczęłam
biadolić. Mój Brat podszedł do tego praktycznie i znalazł stronę
organizacji w Brunei, w BSB, która zajmuje się ratowaniem zwierząt.
Powiedziałam, że spróbujemy jeszcze kotka zwabić do kosza, a jak
się nie uda, to się do tej organizacji odezwę.
Jak już wiecie zwabić go się nie
udało, a że wyjeżdżaliśmy autobusem o 7 rano nie miałam skąd
wysłać do organizacji maila. Siedząc już na lotnisku w Miri
wysłałam więc do Jędrzeja smsa (w Polsce była chyba przed 7
rano) z prośbą, żeby napisał do tych ludzi i poprosił ich o
zrobienie czegoś. Fajnie mieć Brata na którego pomoc można liczyć
nawet będąc na drugim końcu świata :-). Rozkręciła się akcja
ratunkowa na skalę międzynarodową. Z Malezji, przez Polskę, do
Brunei poszła wieść, że w pewnym hotelu jest kotek do uratowania.
Ludzie z organizacji odpisali mojemu Bratu, prosząc o zdjęcie lub
opis kota. Jędrzej smsem poprosił mnie o opis i przesłał go
mailem do Brunei.... Chłopaki z organizacji obiecali, że zrobią co
w ich mocy, żeby temu kotu pomóc...
Chciałabym Wam napisać, że wszystko
skończyło się dobrze, ale nie wiem... Po paru dniach, kiedy miałam
już dostęp do internetu, napisałam do Brunei z pytaniem czy udało
im się uratować to biedne maleństwo. Napisali mi, że zaangażowali
w akcję nawet straż pożarną, ale kiedy pojechali do hotelu, kotka
już nie było... Nie wiem co się z nim stało, nie wiem czy może
jacyś turyści zdołali go jednak uratować, czy nie daj Boże
spadł... Obsługa hotelu twierdziła podobno, że nie wie nic o
żadnym kocie... Wolontariusze szukali wokół hotelu, ale wszelki
ślad po kocie zaginął.
Niektórzy może pomyślą, że to
błaha historia, nie warta opisywania na blogu, ale... Po pierwsze,
gdybyście widzieli tego kota, serce pękałoby Wam zapewne tak jak
nam. Po drugie, historia ta pokazuje siłę komunikacji w
dzisiejszych czasach - wyobraźcie sobie, z Polski uruchomić ekipę
brunejskich strażaków, wow, to jest coś! A po trzecie, chyba
jednak trochę pociesza mnie fakt, że nawet w krajach, gdzie życie
zwierząt generalnie nie jest zbyt wiele warte, jednak są ludzie,
którzy się ich losem przejmują – nawet takim małym kocim,
brudnym mikrusem...
Zdjęcie poniżej nie jest dobrej
jakości, ale zostało zrobione przez Bartka już w kompletnych
ciemnościach bez użycia flesza, żeby jeszcze dodatkowo nie
przerażać tego stworzenia.
A tu strona ludzi, którzy się przejmują: https://www.facebook.com/careandactionsforstrays :-)
W ramach doprecyzowywania całej historii to w Polsce nie było tylko "przed 7 rano" ale była dokładnie 5:52 i tym samym Danusi udało się pobić jej ostatni rekord budzenia brata porannymi smsami o jakieś +/- 40 min ;)
OdpowiedzUsuń/JTP
jak to? jak to? przecież nigdy dotąd nie budziłam Cię masakrycznie rano!! chyba... :P
UsuńMam na to dowody w swoim telefonie ;) Dla przykładu od czasu wyjazdu: 6:56, 6:54, 6:36, 6:31 i uwaga 3:49 (chociaż nie przypominam sobie by ten akurat mnie obudził ;))
OdpowiedzUsuń/JTP
hmmm, ale po pierwsze u mnie wtedy jest już popołudnie, a po drugie robię to, aby zniwelować Wasze lęki :P
Usuń