sobota, 17 sierpnia 2013

TO ma być Bali? - Indonezja - 22-24.07.2013

Po Seminyaku nie spodziewaliśmy się zbyt wiele... Jest to nadmorska miejscowość położona na wąskim przesmyku łączącym Bali z półwyspem Bukit. Razem z Legian i Kutą, dwoma innymi miejscowościami, które płynnie przechodzą jedna w drugą, stanowią miejsce, w którym odpoczywają tysiące spragnionych słońca i wyspiarskiego luksusu turystów. Wiedzieliśmy mniej więcej czego możemy się po tym miejscu spodziewać. Tysiące knajp, butików, ludzi i ogromnych korków... O tym przeczytaliśmy w przewodniku, nie byliśmy jednak chyba do końca przygotowani na stan rzeczywisty....

Z Balian Beach musieliśmy dostać się do Denpasar – głównego miasta na Bali i stamtąd złapać taksówkę do Seminyak. Sprawa była prosta, nie zajęło nam to zbyt wiele czasu, byliśmy więc dobrej myśli. Kiedy jednak dojechaliśmy na miejsce i wysiedliśmy z taksówki szczęki trochę nam opadły i zaczęliśmy się zastanawiać gdzie my do ciężkiej cholery trafiliśmy... Rzeczywistość była o wiele gorsza niż ta opisywana przez przewodnik.... Ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu i szybko zorientowaliśmy się, że nie będzie to zbyt łatwe. Od głównej, zakorkowanej ulicy odchodzi mnóstwo malutkich wijących się uliczek, w których co prawda znajdowały się jakieś guest housy i hostele, ale trzeba było wiedzieć jak do nich trafić. Po jakimś czasie udało nam się znaleźć pokój w cenie tego z Balian Beach, ale niestety już w znacznie niższym standardzie. No ale wiadomo, popularność danego miejsca robi swoje.

Szybko się wypakowaliśmy i poszliśmy zwiedzać te jakże pożądane przez turystów z całego świata (choć głównie z Australii) kurorty... I tu kolejny szok. To ma być plaża, to ma być TO Bali do którego wszyscy jeżdżą i którym się zachwycają? Czuliśmy się oszukani... Plaża mocno średnia, koloru nieokreślonego, beżowo-szara, morze skołtunione, wszędzie flagi zakazujące kąpieli, chodniki nierówne i podziurawione jak ser szwajcarski, wszędzie jakieś niedokończone i porzucone budowy straszące okropnym betonem i sterczącymi drutami... Dookoła festyn i naganiacze... I to ma być Bali? Nie nie nie, musi być coś jeszcze. Szliśmy na południe w stronę Kuty, głównie plażą i czekaliśmy na objawienie, chcieliśmy zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Niestety objawienie nie nadeszło. Nadeszli za to turyści, kilkadziesiąt osób, dzierżący w dłoniach plastikowe naczynia, w których znajdowały się malutkie żółwiki. Miała nastąpić akcja wypuszczania żółwi na wolność. Nie trudno się domyślić, że wyglądało to jak wielka wesołomiasteczkowa szopka – na kółkach. Facet z megafonem, wrzeszcząc coś co trudno było zrozumieć dał znak i na trzy cztery, stojący kilka metrów od morza ludzie wypuścili biedne zwierzaki i zaczęli im kibicować, aby jak najszybciej doszły do wody. Niestety czasem przypływała większa fala i wtedy większość zwierząt przemieszczana była między stopami stojących turystów... Wyglądało to naprawdę strasznie, a z zasady miał to być projekt ekologiczny, który pomaga w odnowieniu populacji zagrożonych żółwi...
Porzuciliśmy szybko grupę „szopkowiczów” i kontynuowaliśmy nasz spacer w stronę Kuty. Pod sam koniec, nad wodą pojawiły się luksusowe resorty, koło których można było przejść i pomarzyć, zaglądając ludziom niemalże w okno, a raczej do basenów, w których się pławili. Za płotem takiego resortu znajdowało się czasem jakieś wysypisko, a czasem jakaś ruina, ale z wewnątrz luksusowego hotelu nie było ich widać i o to chyba chodziło. No tak, jeśli mieszka się w takim miejscu, nie ma nawet potrzeby wychodzić na ulicę i nie ma tym samym ryzyka zwichnięcia sobie nogi na nierównym chodniku, a jak chce się pojechać gdzieś dalej, wynajmuje się klimatyzowany samochód z szoferem i nie martwi korkami i innymi brzydactwami. Ale co z tymi wszystkimi, którzy jednak wychodzą na ulicę, chodzą do knajp i po butikach? Tego nadal nie rozumieliśmy. No cóż, każdy ma swoje przyjemności.

Drugiego dnia ruszyliśmy przez miasto w poszukiwaniu jakiejś książki, którą mogłabym kupić, ale na darmo. Nie trafiliśmy na żaden sklep z książkami... Trafiliśmy za to na dużo butików z ciuchami, ale nie było to dla nas zbyt pomocne. Poszliśmy więc na plaże i tam Bartek skosztował surfingu. Mi kompletnie nie chciało się wchodzić z deską w to kipielisko, więc siedziałam na brzegu i czytałam książkę, którą miałam w komórce (na szczęście!), a Bartek dzielnie walczył przez półtorej godziny z falami. Powiedział potem, że nie jest to zbyt dobry spot dla początkujących, ponieważ fala załamuje się jednocześnie na całej swojej długości, co uniemożliwia surf po niej i w ogóle nie da się przewidzieć kiedy i gdzie się załamie. Nie jest to chyba również łatwy spot dla zaawansowanych, bo widzieliśmy naprawdę nielicznych surferów, którzy tym szalonym falom dawali radę.

Trzeciego i ostatniego dnia, pomimo wcześniejszej niechęci do przemieszczania się drogami Bali, wynajęliśmy skuter i pojechaliśmy poeksplorować półwysep Bukit. Chyba ze dwadzieścia razy powiedziałam, że jestem w szoku i nie rozumiem popularności tego miejsca. OK były fajne miejscówki, ale były to takie ziarenka piasku na pustyni syfu, brudu i prowizorki, że po prostu nie mogliśmy się nadziwić, czemu tu ludzie przyjeżdżają (powtarzam się, haha). Stwierdziliśmy, że gdybyśmy wykupili wycieczkę na Bali z Europy i zastali tu to co zobaczyliśmy, poczulibyśmy się oszukani i bardzo zawiedzeni. Oczywiście na Bali może ekscytować to, że jest to Azja, jest specyficzna kultura, itd. Ale my naprawdę widzieliśmy już Azję wielokrotnie w o wiele lepszym wydaniu, a to coś to jakiś kiepski żart. Mówi się, że Bali zjada swój własny ogon, że zniszczyła je zbyt wielka popularność i że przemysł turystyczny zepsuł oryginalność i zaprzepaścił rajskość tego miejsca.

Chcieliśmy bardzo zobaczyć duże fale i spot, w którym pływają naprawdę nieźli surferzy. Pojechaliśmy więc ( w korku i spalinach oczywiście) do miejscowości Ulu Watu, gdzie znajduje się klif, a pod klifem szaleją fale i ich ujeżdżacze. Morze wyglądało tam naprawdę ładnie. W końcu szmaragdowy kolor wody, gdzieniegdzie ładny żółty piasek, klify. A surferzy faktycznie wymiatali. No, ale dookoła syf i styl garażowy jak to Bartek powiedział. A jednak surferom to nie przeszkadzało :-).

Objechaliśmy dookoła cały półwysep i pojechaliśmy jeszcze na wschodnią stronę przesmyku, do miasteczka Sanur, które było już trochę przyjemniejsze niż nasz kurort leżącydokładnie po przeciwnej stronie. Trafiliśmy akurat na odpływ i zawieruchę, więc piasek wdzierał nam się w oczy i musieliśmy uciekać znad morza, ale i tak uznaliśmy, że jest tam przyjemniej niż u nas.
Dużo zastanawialiśmy się nad fenomenem Bali i jego ogromną popularnością. Nie mamy pojęcia skąd się bierze. Oczywiście w Balian Beach podobało nam się bardzo, ale tam było zupełnie inaczej. Tarasy też były wspaniałe, miasteczka w interiorze, te pozbawione turystów, również bardzo klimatyczne. Ale to coś Seminyak-Legian-Kuta, po prostu straszne – jak Krupówki w największym sezonie, czyli dramat.


25 lipca z lotniska w Kucie lecieliśmy do Timoru. Mieliśmy lekkie obawy, ale zarazem byliśmy bardzo ciekawi tego, co nas tam spotka... To miał być najmniej rozwinięty kraj na naszej trasie, najbiedniejszy i najmłodszy – niepodległość odzyskał dopiero 14 lat temu....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz