Po Seminyaku nie spodziewaliśmy się
zbyt wiele... Jest to nadmorska miejscowość położona na wąskim
przesmyku łączącym Bali z półwyspem Bukit. Razem z Legian i
Kutą, dwoma innymi miejscowościami, które płynnie przechodzą
jedna w drugą, stanowią miejsce, w którym odpoczywają tysiące
spragnionych słońca i wyspiarskiego luksusu turystów. Wiedzieliśmy
mniej więcej czego możemy się po tym miejscu spodziewać. Tysiące
knajp, butików, ludzi i ogromnych korków... O tym przeczytaliśmy w
przewodniku, nie byliśmy jednak chyba do końca przygotowani na stan
rzeczywisty....
Z Balian Beach musieliśmy dostać się
do Denpasar – głównego miasta na Bali i stamtąd złapać
taksówkę do Seminyak. Sprawa była prosta, nie zajęło nam to zbyt
wiele czasu, byliśmy więc dobrej myśli. Kiedy jednak dojechaliśmy
na miejsce i wysiedliśmy z taksówki szczęki trochę nam opadły i
zaczęliśmy się zastanawiać gdzie my do ciężkiej cholery
trafiliśmy... Rzeczywistość była o wiele gorsza niż ta opisywana
przez przewodnik.... Ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu i szybko
zorientowaliśmy się, że nie będzie to zbyt łatwe. Od głównej,
zakorkowanej ulicy odchodzi mnóstwo malutkich wijących się
uliczek, w których co prawda znajdowały się jakieś guest housy i
hostele, ale trzeba było wiedzieć jak do nich trafić. Po jakimś
czasie udało nam się znaleźć pokój w cenie tego z Balian Beach,
ale niestety już w znacznie niższym standardzie. No ale wiadomo,
popularność danego miejsca robi swoje.
Szybko się wypakowaliśmy i poszliśmy
zwiedzać te jakże pożądane przez turystów z całego świata
(choć głównie z Australii) kurorty... I tu kolejny szok. To ma być
plaża, to ma być TO Bali do którego wszyscy jeżdżą i którym
się zachwycają? Czuliśmy się oszukani... Plaża mocno średnia,
koloru nieokreślonego, beżowo-szara, morze skołtunione, wszędzie
flagi zakazujące kąpieli, chodniki nierówne i podziurawione jak
ser szwajcarski, wszędzie jakieś niedokończone i porzucone budowy
straszące okropnym betonem i sterczącymi drutami... Dookoła festyn
i naganiacze... I to ma być Bali? Nie nie nie, musi być coś
jeszcze. Szliśmy na południe w stronę Kuty, głównie plażą i
czekaliśmy na objawienie, chcieliśmy zrozumieć o co w tym
wszystkim chodzi. Niestety objawienie nie nadeszło. Nadeszli za to
turyści, kilkadziesiąt osób, dzierżący w dłoniach plastikowe
naczynia, w których znajdowały się malutkie żółwiki. Miała
nastąpić akcja wypuszczania żółwi na wolność. Nie trudno się
domyślić, że wyglądało to jak wielka wesołomiasteczkowa szopka
– na kółkach. Facet z megafonem, wrzeszcząc coś co trudno było
zrozumieć dał znak i na trzy cztery, stojący kilka metrów od
morza ludzie wypuścili biedne zwierzaki i zaczęli im kibicować,
aby jak najszybciej doszły do wody. Niestety czasem przypływała
większa fala i wtedy większość zwierząt przemieszczana była
między stopami stojących turystów... Wyglądało to naprawdę
strasznie, a z zasady miał to być projekt ekologiczny, który
pomaga w odnowieniu populacji zagrożonych żółwi...
Porzuciliśmy szybko grupę
„szopkowiczów” i kontynuowaliśmy nasz spacer w stronę Kuty.
Pod sam koniec, nad wodą pojawiły się luksusowe resorty, koło
których można było przejść i pomarzyć, zaglądając ludziom
niemalże w okno, a raczej do basenów, w których się pławili. Za
płotem takiego resortu znajdowało się czasem jakieś wysypisko, a
czasem jakaś ruina, ale z wewnątrz luksusowego hotelu nie było ich
widać i o to chyba chodziło. No tak, jeśli mieszka się w takim
miejscu, nie ma nawet potrzeby wychodzić na ulicę i nie ma tym
samym ryzyka zwichnięcia sobie nogi na nierównym chodniku, a jak
chce się pojechać gdzieś dalej, wynajmuje się klimatyzowany
samochód z szoferem i nie martwi korkami i innymi brzydactwami. Ale
co z tymi wszystkimi, którzy jednak wychodzą na ulicę, chodzą do
knajp i po butikach? Tego nadal nie rozumieliśmy. No cóż, każdy
ma swoje przyjemności.
Drugiego dnia ruszyliśmy przez miasto
w poszukiwaniu jakiejś książki, którą mogłabym kupić, ale na
darmo. Nie trafiliśmy na żaden sklep z książkami... Trafiliśmy
za to na dużo butików z ciuchami, ale nie było to dla nas zbyt
pomocne. Poszliśmy więc na plaże i tam Bartek skosztował
surfingu. Mi kompletnie nie chciało się wchodzić z deską w to
kipielisko, więc siedziałam na brzegu i czytałam książkę, którą
miałam w komórce (na szczęście!), a Bartek dzielnie walczył
przez półtorej godziny z falami. Powiedział potem, że nie jest to
zbyt dobry spot dla początkujących, ponieważ fala załamuje się
jednocześnie na całej swojej długości, co uniemożliwia surf po
niej i w ogóle nie da się przewidzieć kiedy i gdzie się załamie.
Nie jest to chyba również łatwy spot dla zaawansowanych, bo
widzieliśmy naprawdę nielicznych surferów, którzy tym szalonym
falom dawali radę.
Trzeciego i ostatniego dnia, pomimo
wcześniejszej niechęci do przemieszczania się drogami Bali,
wynajęliśmy skuter i pojechaliśmy poeksplorować półwysep Bukit.
Chyba ze dwadzieścia razy powiedziałam, że jestem w szoku i nie
rozumiem popularności tego miejsca. OK były fajne miejscówki, ale
były to takie ziarenka piasku na pustyni syfu, brudu i prowizorki,
że po prostu nie mogliśmy się nadziwić, czemu tu ludzie
przyjeżdżają (powtarzam się, haha). Stwierdziliśmy, że gdybyśmy
wykupili wycieczkę na Bali z Europy i zastali tu to co zobaczyliśmy,
poczulibyśmy się oszukani i bardzo zawiedzeni. Oczywiście na Bali
może ekscytować to, że jest to Azja, jest specyficzna kultura,
itd. Ale my naprawdę widzieliśmy już Azję wielokrotnie w o wiele
lepszym wydaniu, a to coś to jakiś kiepski żart. Mówi się, że
Bali zjada swój własny ogon, że zniszczyła je zbyt wielka
popularność i że przemysł turystyczny zepsuł oryginalność i
zaprzepaścił rajskość tego miejsca.
Chcieliśmy bardzo zobaczyć duże fale
i spot, w którym pływają naprawdę nieźli surferzy. Pojechaliśmy
więc ( w korku i spalinach oczywiście) do miejscowości Ulu Watu,
gdzie znajduje się klif, a pod klifem szaleją fale i ich
ujeżdżacze. Morze wyglądało tam naprawdę ładnie. W końcu
szmaragdowy kolor wody, gdzieniegdzie ładny żółty piasek, klify.
A surferzy faktycznie wymiatali. No, ale dookoła syf i styl garażowy
jak to Bartek powiedział. A jednak surferom to nie przeszkadzało
:-).
Objechaliśmy dookoła cały półwysep
i pojechaliśmy jeszcze na wschodnią stronę przesmyku, do
miasteczka Sanur, które było już trochę przyjemniejsze niż nasz
kurort leżącydokładnie po przeciwnej stronie. Trafiliśmy akurat
na odpływ i zawieruchę, więc piasek wdzierał nam się w oczy i
musieliśmy uciekać znad morza, ale i tak uznaliśmy, że jest tam
przyjemniej niż u nas.
Dużo zastanawialiśmy się nad
fenomenem Bali i jego ogromną popularnością. Nie mamy pojęcia
skąd się bierze. Oczywiście w Balian Beach podobało nam się
bardzo, ale tam było zupełnie inaczej. Tarasy też były wspaniałe,
miasteczka w interiorze, te pozbawione turystów, również bardzo
klimatyczne. Ale to coś Seminyak-Legian-Kuta, po prostu straszne –
jak Krupówki w największym sezonie, czyli dramat.
25 lipca z lotniska w Kucie lecieliśmy
do Timoru. Mieliśmy lekkie obawy, ale zarazem byliśmy bardzo
ciekawi tego, co nas tam spotka... To miał być najmniej rozwinięty
kraj na naszej trasie, najbiedniejszy i najmłodszy – niepodległość
odzyskał dopiero 14 lat temu....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz