Batu Karas miało być naszą oazą
spokoju, miejscem na które czekaliśmy od Kuching w Malezji, gdzie
poczuliśmy, że chyba pora odpocząć, że znów tempo, które sobie
narzuciliśmy było zbyt intensywne i powoli tracimy radość z
podróżowania. Musieliśmy odpocząć!
Z Yogyakarty do Batu Karas prowadziła
droga przez mękę i wcale nie jest to napompowana metafora... Aby
się tam dostać musieliśmy zaliczyć pociąg, dwa autobusy i jeden
motorek... Nie byłoby to tak straszne, wielokrotnie już przecież
doświadczyliśmy wielu przesiadek na przestrzeni jednego dnia, gdyby
nie fakt, że drogi w tym regionie Jawy są chyba najgorsze na
świecie. I znów nie przesadzam. To nie są nawet drogi, tylko
dziury z otaczającymi je skrawkami asfaltu... Komfort autobusów
również pozostawiał wiele do życzenia, nawet bardzo wiele,
pojazdy był tak zniszczone i przerdzewiały, że bardzo dziwiliśmy
się jakim cudem ściany jeszcze trzymają się podłogi i
oczekiwaliśmy, że na kolejnej większej dziurze autobus rozpadnie
się na milion rdzawych kawałków. Nic takiego nie nastąpiło, za
to znów doświadczyliśmy nieczystych sztuczek sprzedawców biletów
i kierowców autobusów, którzy albo chcieli nam policzyć podwójnie
za bilet, albo wysadzić w miejscu, które wcale nie było dworcem
autobusowym, żeby przekazać nas w ręce jakiegoś innego niezbyt
uczciwego kolegi. Na szczęście Bartek ma głowę na karku i takie
sztuczki nie robią już na nim wrażenia. Do Batu Karas dotarliśmy
jeszcze przed zmrokiem i zanim na dobre rozpadał się deszcz...
Nasze pierwsze wrażenie – było strasznie.
Batu Karas, to wioska rybacka, która
dzięki dość łagodnym falom i przyjaznym okolicznościom przyrody
zyskało pewną renomę wśród początkujących surferów. My
chcieliśmy tam odpocząć, pouczyć się surfingu i osiąść
chociaż na kilka dni w jednym miejscu, żeby nie szarpać się z
plecakami, które darzymy coraz mniejszą sympatią. Powitała nas
zaśmiecona plaża z zczarnym, a raczej brunatnym piaskiem (pochodzenia wulkanicznego), szare niebo, mokre ulice i ogólnie słaba w
naszym mniemaniu atmosfera. Stwierdziliśmy, że jak nic się nie
zmieni, pojutrze zmywamy się stamtąd i ruszamy w poszukiwaniu
przyjemniejszego miejsca, gdzie nie będziemy znów mieć uczucia
bycia otoczonymi przez syf. Na szczęście udało nam się znaleźć
dość czysty i przyjemny pokój z miłą werandą, więc chociaż z
tej strony nie spotkało nas żadne rozczarowanie.
Drugiego dnia obudziliśmy się i
usłyszeliśmy, że za oknami szaleje ulewa. Szczerze mówiąc byłam
tak bardzo już zmęczona upałem, że deszcz przywitałam niemalże
z radością. Trochę to pokrzyżowało nasze plany surfingowe, ale i
tak dzień mieliśmy zacząć od przeniesienia się w inne miejsce,
ponieważ nasz pokój był już wcześniej przez kogoś innego
zarezerwowany. Znaleźliśmy bardzo porządny i czysty pokój bardzo
niedaleko plaży, przenieśliśmy tam plecaki i kiedy już w miarę
się urządziliśmy, przestało padać. Bartek od razu ruszył
surfować, a dokładniej miły pan niemówiący praktycznie po
angielsku udzielił mu lekcji. Poszło mu dużo lepiej niż się
spodziewaliśmy – parę razy udało mu się ustać na desce i nawet
przepłynąć na niej spory kawałek. Ja tego dnia nie byłam jeszcze
psychicznie gotowa na ten wyczyn.
Najważniejsze było to, iż Batu
Karas, nie wydawało nam się już takie straszne. Co prawda pomimo
pory suchej każdego dnia, przez kilkanaście godzin lał deszcz,
niemniej jednak było ciepło, poznaliśmy sympatycznych ludzi i czas
upływał nam na relaksie.
Trzeciego dnia ja również
skosztowałam uroków surfingu (chociaż musiałam czekać na
instruktora ponad dwie godziny, ponieważ właśnie tego dnia zaczął
się ramadan i nikomu nic się nie chciało) i również nie poszło
mi najgorzej – zważając na to, że szłam na lekcję z
przekonaniem, że ani razu nie uda mi się wstać na desce, było
naprawdę świetnie. Bartek wypożyczył sobie deskę samodzielnie i
dalej próbował swoich sił na wodzie. Było naprawdę bardzo miło
i wszystko byłoby świetnie gdyby nie fakt, że czwartego dnia
Bartek dostał gorączki, ja z tego powodu depresji i dobre humory
prysły niczym bańka mydlana. Nie do końca wiedzieliśmy co się
dzieje, nie było zimno i pomimo deszczu, nie odczuwaliśmy złej
pogody bardzo dotkliwie. Jedynym mankamentem była wilgoć, która
opanowała nasz pokój, mokre plamy na ścianach, ciuchy które
absolutnie nie schły i wszechobecny zapach stęchlizny. Śmierdziało
tak, że nie dało się już w pokojach wytrzymać i byliśmy bardzo
zdeterminowani, żeby już z Batu Karas wyjechać. Bartek czuł się
słabo, leczyłam go tylko paracetamolem i modliłam się, żeby
gorączka nie podskoczyła do 39 stopni, bo wtedy musielibyśmy chyba
szukać jakiegoś szpitala i zacząć sprawdzać czy to aby nie jakaś
urocza choroba tropikalna...
Czekał nas cały dzień w podróży.
Musieliśmy wrócić do Yogyakarty (w drodze odbyła się jedna
awantura z lokalesem, który chciał nam policzyć za przejazd warty
7 tysięcy rupii kilka razy więcej i był strasznie bezczelny i na
koniec miło pożegnał nas słowami „bloody tourists”).
W Yogyakarcie mieliśmy dwie godziny
czasu między przesiadką z jednego pociągu na drugi, poszliśmy
więc do knajpy coś zjeść. W knajpie odpaliliśmy komputer chcąc
dowiedzieć się co słychać w świecie i odebraliśmy wiadomość,
że w naszym kochanym kraju, w kochanym mieście Warszawie włamano
się do naszego mieszkania...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz