wtorek, 6 sierpnia 2013

Batu Karas - Indonezja - 08/12.07.2013

Batu Karas miało być naszą oazą spokoju, miejscem na które czekaliśmy od Kuching w Malezji, gdzie poczuliśmy, że chyba pora odpocząć, że znów tempo, które sobie narzuciliśmy było zbyt intensywne i powoli tracimy radość z podróżowania. Musieliśmy odpocząć!
Z Yogyakarty do Batu Karas prowadziła droga przez mękę i wcale nie jest to napompowana metafora... Aby się tam dostać musieliśmy zaliczyć pociąg, dwa autobusy i jeden motorek... Nie byłoby to tak straszne, wielokrotnie już przecież doświadczyliśmy wielu przesiadek na przestrzeni jednego dnia, gdyby nie fakt, że drogi w tym regionie Jawy są chyba najgorsze na świecie. I znów nie przesadzam. To nie są nawet drogi, tylko dziury z otaczającymi je skrawkami asfaltu... Komfort autobusów również pozostawiał wiele do życzenia, nawet bardzo wiele, pojazdy był tak zniszczone i przerdzewiały, że bardzo dziwiliśmy się jakim cudem ściany jeszcze trzymają się podłogi i oczekiwaliśmy, że na kolejnej większej dziurze autobus rozpadnie się na milion rdzawych kawałków. Nic takiego nie nastąpiło, za to znów doświadczyliśmy nieczystych sztuczek sprzedawców biletów i kierowców autobusów, którzy albo chcieli nam policzyć podwójnie za bilet, albo wysadzić w miejscu, które wcale nie było dworcem autobusowym, żeby przekazać nas w ręce jakiegoś innego niezbyt uczciwego kolegi. Na szczęście Bartek ma głowę na karku i takie sztuczki nie robią już na nim wrażenia. Do Batu Karas dotarliśmy jeszcze przed zmrokiem i zanim na dobre rozpadał się deszcz... Nasze pierwsze wrażenie – było strasznie.

Batu Karas, to wioska rybacka, która dzięki dość łagodnym falom i przyjaznym okolicznościom przyrody zyskało pewną renomę wśród początkujących surferów. My chcieliśmy tam odpocząć, pouczyć się surfingu i osiąść chociaż na kilka dni w jednym miejscu, żeby nie szarpać się z plecakami, które darzymy coraz mniejszą sympatią. Powitała nas zaśmiecona plaża z zczarnym, a raczej brunatnym piaskiem (pochodzenia wulkanicznego), szare niebo, mokre ulice i ogólnie słaba w naszym mniemaniu atmosfera. Stwierdziliśmy, że jak nic się nie zmieni, pojutrze zmywamy się stamtąd i ruszamy w poszukiwaniu przyjemniejszego miejsca, gdzie nie będziemy znów mieć uczucia bycia otoczonymi przez syf. Na szczęście udało nam się znaleźć dość czysty i przyjemny pokój z miłą werandą, więc chociaż z tej strony nie spotkało nas żadne rozczarowanie.

Drugiego dnia obudziliśmy się i usłyszeliśmy, że za oknami szaleje ulewa. Szczerze mówiąc byłam tak bardzo już zmęczona upałem, że deszcz przywitałam niemalże z radością. Trochę to pokrzyżowało nasze plany surfingowe, ale i tak dzień mieliśmy zacząć od przeniesienia się w inne miejsce, ponieważ nasz pokój był już wcześniej przez kogoś innego zarezerwowany. Znaleźliśmy bardzo porządny i czysty pokój bardzo niedaleko plaży, przenieśliśmy tam plecaki i kiedy już w miarę się urządziliśmy, przestało padać. Bartek od razu ruszył surfować, a dokładniej miły pan niemówiący praktycznie po angielsku udzielił mu lekcji. Poszło mu dużo lepiej niż się spodziewaliśmy – parę razy udało mu się ustać na desce i nawet przepłynąć na niej spory kawałek. Ja tego dnia nie byłam jeszcze psychicznie gotowa na ten wyczyn.
Najważniejsze było to, iż Batu Karas, nie wydawało nam się już takie straszne. Co prawda pomimo pory suchej każdego dnia, przez kilkanaście godzin lał deszcz, niemniej jednak było ciepło, poznaliśmy sympatycznych ludzi i czas upływał nam na relaksie.
Trzeciego dnia ja również skosztowałam uroków surfingu (chociaż musiałam czekać na instruktora ponad dwie godziny, ponieważ właśnie tego dnia zaczął się ramadan i nikomu nic się nie chciało) i również nie poszło mi najgorzej – zważając na to, że szłam na lekcję z przekonaniem, że ani razu nie uda mi się wstać na desce, było naprawdę świetnie. Bartek wypożyczył sobie deskę samodzielnie i dalej próbował swoich sił na wodzie. Było naprawdę bardzo miło i wszystko byłoby świetnie gdyby nie fakt, że czwartego dnia Bartek dostał gorączki, ja z tego powodu depresji i dobre humory prysły niczym bańka mydlana. Nie do końca wiedzieliśmy co się dzieje, nie było zimno i pomimo deszczu, nie odczuwaliśmy złej pogody bardzo dotkliwie. Jedynym mankamentem była wilgoć, która opanowała nasz pokój, mokre plamy na ścianach, ciuchy które absolutnie nie schły i wszechobecny zapach stęchlizny. Śmierdziało tak, że nie dało się już w pokojach wytrzymać i byliśmy bardzo zdeterminowani, żeby już z Batu Karas wyjechać. Bartek czuł się słabo, leczyłam go tylko paracetamolem i modliłam się, żeby gorączka nie podskoczyła do 39 stopni, bo wtedy musielibyśmy chyba szukać jakiegoś szpitala i zacząć sprawdzać czy to aby nie jakaś urocza choroba tropikalna...

Czekał nas cały dzień w podróży. Musieliśmy wrócić do Yogyakarty (w drodze odbyła się jedna awantura z lokalesem, który chciał nam policzyć za przejazd warty 7 tysięcy rupii kilka razy więcej i był strasznie bezczelny i na koniec miło pożegnał nas słowami „bloody tourists”).

W Yogyakarcie mieliśmy dwie godziny czasu między przesiadką z jednego pociągu na drugi, poszliśmy więc do knajpy coś zjeść. W knajpie odpaliliśmy komputer chcąc dowiedzieć się co słychać w świecie i odebraliśmy wiadomość, że w naszym kochanym kraju, w kochanym mieście Warszawie włamano się do naszego mieszkania...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz