Prosto z Singapuru ruszyliśmy na
podbój Indonezji, a dokładnie Jawy, a jeszcze dokładniej Yogyakarty (czyt. Dżogdżakarty). Wiedzieliśmy, że znów wracamy
do tej prawdziwej Azji, tej zatłoczonej, brudnej, chaotycznej, tej
od której trochę już chcieliśmy odpocząć. Wiedzieliśmy też,
że jedziemy do kraju muzułmańskiego, w którym obowiązują bądź
co bądź bardziej konserwatywne zasady ubierania się –
przynajmniej dla kobiet... Stwierdziłam jednak, że mam dość
gotowania się we własnych ciuchach i niewiele sobie z tego robiąc
wybrałam się do Indonezji w szortach i bluzce z odsłoniętymi
ramionami. Bartek śmiał się ze mnie, że mnie ukamienują,
tymczasem wzbudzałam chyba raczej sympatię innych kobiet (również
tych „zakutanych”), bo na przystanku pod lotniskiem jedna zaczęła
ze mną miłą pogawędkę, a druga poczęstowała mnie jakimś
nieznanym nam owocem. Pierwsze wrażenie było więc raczej
pozytywne. Drugie wrażenie już trochę mniej, ponieważ z lotniska
do dzielnicy hotelowej jechaliśmy potwornie długo, stojąc w
gigantycznym korku. Czekanie na autobus i sama podróż zajęła nam
ponad 1,5 godziny, chociaż trasa, którą mieliśmy do pokonania to
zaledwie 10 km...
Kolejny zgrzyt nastąpił, kiedy
okazało się, że w Indonezji akurat są jakieś ferie i niestety we
wszystkich możliwych guest housach miejsca są zajęte. Znaleźliśmy
jakiś ostatni pokój w hotelu, ale był przytłaczająco niefajny,
szary, z oknem wychodzącym na korytarz i okropnie zasyfioną
łazienką... Naprawdę, nie przesadzam, łazienka wyglądała tak,
jakby nikt nigdy jej nie szorował, no po prostu dramat. Trochę się
zdołowaliśmy, ale postanowiliśmy, że na drugi dzień poszukamy
sobie lepszego miejsca i że to tylko na chwilę... Gdybyśmy tylko
wiedzieli...
Samo miasto wydało nam się średnio
przyjemne, może dlatego, że potwornie zatłoczone (Jawa podobno
jest najbardziej zaludnioną wyspą w Indonezji, zamieszują ją 124 miliony ludzi), a na chodnikach nie
było miejsca dla pieszych, wszędzie stały skutery... Z drugiej
strony spodziewaliśmy się tego, że po Singapurze ciężko będzie
nam się przestawić znów na prawdziwą Azję.
Drugiego dnia, nasze poszukiwania
lepszego lokum zakończyły się fiaskiem. Znaleźliśmy co prawda
inny pokój, ale wcale nie był ani przyjemniejszy, ani czystszy.
Okno znów wychodziło na korytarz, a w samym pokoju panowała
ogromna wilgotność, stanu czystości łazienki nie będę nawet
komentować. W trakcie poszukiwań zwiedziliśmy wiele pokoi i
wniosek wysuwał się jeden. Pojęcie czystości ludzi w tym mieście
znacznie różni się od naszego. Wiedzieliśmy, że nie będziemy w
tym pokoju spędzać ani chwili dłużej niż to konieczne, a i tak
za każdym razem jak do niego wchodziliśmy dostawaliśmy depresji.
Już poprzedni hotel był lepszy, ale niestety nie mogliśmy w nim
zostać, bo nasz pokój był już przez kogoś wcześniej
zarezerwowany.
Miejsca noclegowe nie są mocną stroną
tego miasta, postanowiliśmy sprawdzić jeszcze zabytki... W samej Yogyakarcie zabytków jest niewiele. Jest pałac sułtana i ruiny
pałacu na wodzie, ale te atrakcje zostawiliśmy sobie na koniec. Na
początku postanowiliśmy zwiedzić okolice miasta. Naszym pierwszym
celem było Prambanan, hinduistyczna świątynia leżąca bardzo
blisko miasta, w związku z czym mogliśmy się do niej dostać
autobusem (tak, również staliśmy w korkach). Tak naprawdę nie
jest to jedna świątynia, a cały kompleks rozmieszczony w promieniu
kilku kilometrów. Świątynie powstały w IX wieku i przypuszcza
się, że kiedyś były pokryte kolorową farbą, z której dziś
oczywiście nic już nie zostało. W trakcie trzęsienia ziemi w 2006
roku świątynie mocno ucierpiały, niestety nie wszystkie zabytki
udało się uratować, ale na szczęście większość z nich jakoś
jeszcze się trzyma i można je nawet zwiedzać. Do jednej ze świątyń
wchodziliśmy w kaskach na głowach, nie wpuszczano też naraz więcej
niż 50 osób, tłumacząc to tym, że w razie gdyby nagle coś się
zaczęło dziać, przy mniejszej liczbie osób możliwa jest
sprawniejsza ewakuacja. Nie wiem czy świątynia wytrzyma następne
duże trzęsienie ziemi, w niektórych miejscach jej ściany
wyglądają na mocno sfatygowane, szczeliny zapchane są jakimś
czarnym tworzywem, niektóre kamienie są luźne... I tak cud, że
przez tyle wieków, na tak sejsmicznym terenie budowla przetrwała we
w miarę dobrym stanie. Sama świątynia nie zachwyciła nas
nadmiernie, widzieliśmy już mnóstwo podobnych, a poza tym jak
wiecie nie ekscytujemy się przesadnie zabytkami, chyba, że są
naprawdę wyjątkowe. Było za to wielu zwiedzających i znów
zaczęło się polowanie na zdjęcie „białasa”, chociaż
denerwowało nas to znacznie mniej niż w Indiach – może to
kwestia mniejszego upału, a może tego, że ludzie tutaj są mniej
nachalni :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz