wtorek, 6 sierpnia 2013

Witajcie w Indonezji - Indonezja - 04/05.07.2013

Prosto z Singapuru ruszyliśmy na podbój Indonezji, a dokładnie Jawy, a jeszcze dokładniej Yogyakarty (czyt. Dżogdżakarty). Wiedzieliśmy, że znów wracamy do tej prawdziwej Azji, tej zatłoczonej, brudnej, chaotycznej, tej od której trochę już chcieliśmy odpocząć. Wiedzieliśmy też, że jedziemy do kraju muzułmańskiego, w którym obowiązują bądź co bądź bardziej konserwatywne zasady ubierania się – przynajmniej dla kobiet... Stwierdziłam jednak, że mam dość gotowania się we własnych ciuchach i niewiele sobie z tego robiąc wybrałam się do Indonezji w szortach i bluzce z odsłoniętymi ramionami. Bartek śmiał się ze mnie, że mnie ukamienują, tymczasem wzbudzałam chyba raczej sympatię innych kobiet (również tych „zakutanych”), bo na przystanku pod lotniskiem jedna zaczęła ze mną miłą pogawędkę, a druga poczęstowała mnie jakimś nieznanym nam owocem. Pierwsze wrażenie było więc raczej pozytywne. Drugie wrażenie już trochę mniej, ponieważ z lotniska do dzielnicy hotelowej jechaliśmy potwornie długo, stojąc w gigantycznym korku. Czekanie na autobus i sama podróż zajęła nam ponad 1,5 godziny, chociaż trasa, którą mieliśmy do pokonania to zaledwie 10 km...

Kolejny zgrzyt nastąpił, kiedy okazało się, że w Indonezji akurat są jakieś ferie i niestety we wszystkich możliwych guest housach miejsca są zajęte. Znaleźliśmy jakiś ostatni pokój w hotelu, ale był przytłaczająco niefajny, szary, z oknem wychodzącym na korytarz i okropnie zasyfioną łazienką... Naprawdę, nie przesadzam, łazienka wyglądała tak, jakby nikt nigdy jej nie szorował, no po prostu dramat. Trochę się zdołowaliśmy, ale postanowiliśmy, że na drugi dzień poszukamy sobie lepszego miejsca i że to tylko na chwilę... Gdybyśmy tylko wiedzieli...

Samo miasto wydało nam się średnio przyjemne, może dlatego, że potwornie zatłoczone (Jawa podobno jest najbardziej zaludnioną wyspą w Indonezji, zamieszują ją 124 miliony ludzi), a na chodnikach nie było miejsca dla pieszych, wszędzie stały skutery... Z drugiej strony spodziewaliśmy się tego, że po Singapurze ciężko będzie nam się przestawić znów na prawdziwą Azję.

Drugiego dnia, nasze poszukiwania lepszego lokum zakończyły się fiaskiem. Znaleźliśmy co prawda inny pokój, ale wcale nie był ani przyjemniejszy, ani czystszy. Okno znów wychodziło na korytarz, a w samym pokoju panowała ogromna wilgotność, stanu czystości łazienki nie będę nawet komentować. W trakcie poszukiwań zwiedziliśmy wiele pokoi i wniosek wysuwał się jeden. Pojęcie czystości ludzi w tym mieście znacznie różni się od naszego. Wiedzieliśmy, że nie będziemy w tym pokoju spędzać ani chwili dłużej niż to konieczne, a i tak za każdym razem jak do niego wchodziliśmy dostawaliśmy depresji. Już poprzedni hotel był lepszy, ale niestety nie mogliśmy w nim zostać, bo nasz pokój był już przez kogoś wcześniej zarezerwowany.


Miejsca noclegowe nie są mocną stroną tego miasta, postanowiliśmy sprawdzić jeszcze zabytki... W samej Yogyakarcie zabytków jest niewiele. Jest pałac sułtana i ruiny pałacu na wodzie, ale te atrakcje zostawiliśmy sobie na koniec. Na początku postanowiliśmy zwiedzić okolice miasta. Naszym pierwszym celem było Prambanan, hinduistyczna świątynia leżąca bardzo blisko miasta, w związku z czym mogliśmy się do niej dostać autobusem (tak, również staliśmy w korkach). Tak naprawdę nie jest to jedna świątynia, a cały kompleks rozmieszczony w promieniu kilku kilometrów. Świątynie powstały w IX wieku i przypuszcza się, że kiedyś były pokryte kolorową farbą, z której dziś oczywiście nic już nie zostało. W trakcie trzęsienia ziemi w 2006 roku świątynie mocno ucierpiały, niestety nie wszystkie zabytki udało się uratować, ale na szczęście większość z nich jakoś jeszcze się trzyma i można je nawet zwiedzać. Do jednej ze świątyń wchodziliśmy w kaskach na głowach, nie wpuszczano też naraz więcej niż 50 osób, tłumacząc to tym, że w razie gdyby nagle coś się zaczęło dziać, przy mniejszej liczbie osób możliwa jest sprawniejsza ewakuacja. Nie wiem czy świątynia wytrzyma następne duże trzęsienie ziemi, w niektórych miejscach jej ściany wyglądają na mocno sfatygowane, szczeliny zapchane są jakimś czarnym tworzywem, niektóre kamienie są luźne... I tak cud, że przez tyle wieków, na tak sejsmicznym terenie budowla przetrwała we w miarę dobrym stanie. Sama świątynia nie zachwyciła nas nadmiernie, widzieliśmy już mnóstwo podobnych, a poza tym jak wiecie nie ekscytujemy się przesadnie zabytkami, chyba, że są naprawdę wyjątkowe. Było za to wielu zwiedzających i znów zaczęło się polowanie na zdjęcie „białasa”, chociaż denerwowało nas to znacznie mniej niż w Indiach – może to kwestia mniejszego upału, a może tego, że ludzie tutaj są mniej nachalni :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz