Do Balian Beach postanowiliśmy jechać
w celu zregenerowania nadszarpniętych sił i dlatego, że
przeczytaliśmy w przewodniku, że jest to miejsce nielicznie
odwiedzane przez turystów. Potrzebowaliśmy relaksu i spokoju,
zdecydowanie! Co prawda plaża miała być czarna (pochodzenia
wulkanicznego), jednak nie była to dla nas aż tak istotna sprawa.
Z portu dostaliśmy się do Balian
Beach po ponad dwóch godzinach tłuczenia się lokalnym autobusem.
Od razu mieliśmy przedsmak tego przed czym wszyscy nas ostrzegali –
fatalne warunki na drogach na Bali, korki aż po sam horyzont,
kierowcy jeżdżący jak szaleńcy itd. itd. Na szczęście stan
drogi był względnie dobry, więc komfort podróży nie był aż tak
bardzo niski. Bali spodobało mi się od razu. W każdym miasteczku,
przy każdym domu świątynia. Na Bali panuje specyficzna forma
hinduizmu – jest to połączenie hinduizmu indyjskiego, z religią
animistyczną, która królowała na wyspie jeszcze przed przybyciem
imigrantów. Mieszkańcy Bali czczą więc różne hinduskie bóstwa,
ale pozostawiają również ofiary dla dobrych (na ołtarzyku) i
złych (na ziemi) duchów. I nie oszukuję ani nie przesadzam -
świątynię, ołtarzyk ma prawie każdy dom! Religia i czynności z
nią związane zajmują Balijczykom gro ich wolnego czasu. Jednak
Bali to zdecydowanie nie tylko świątynie, to również przepiękne,
zielone tarasy ryżowe, oraz błękitno niebieski ocean, dzikie
plaże, palmy... Pomyślałam od razu, że to musi być dobre miejsce
na odpoczynek, teraz już będzie tylko lepiej!
Autobus wysadził nas w niezbyt
dogodnym miejscu, ponieważ jak się później okazało najwięcej
hoteli i guest housów było po drugiej stronie rzeki, czyli dwa
kilometry wcześniej. Ruszyliśmy na poszukiwania nad morze, ale
znaleźliśmy tylko jeden guest house, w jakimś strasznie
zacienionym miejscu i plażę zagrzebaną pod kawałkami drewna,
wyrzuconego na brzeg przez morze lub naniesionego przez rzekę. Plaża
nie wyglądała zachęcająco – nawet nie było na niej miejsca,
żeby usiąść. Nie mieliśmy innego wyjścia jak cofnąć się dwa
kilometry i poszukać noclegu w odpowiednim miejscu.
Na szczęście tym razem poszło nam
bardzo szybko i znaleźliśmy miejsce naszych marzeń! Było co
prawda oddalone od plaży o 10 minut, ale zupełnie nam to nie
przeszkadzało, ponieważ było tak przyjemnie i czysto, że nie
chcieliśmy się ruszać już nigdzie indziej. W niskim budyneczku, w
szeregu, znajdowało się kilka pokoi, a drzwi każdego z nich
wychodziły na piękny ogród pełen kwiatów i palm! Nasz pokój
znajdował się na samym końcu szeregu więc mieliśmy jeszcze
dodatkowo jedno okno boczne! Może się wydawać dziwne, że tak
bardzo się tym ekscytowaliśmy, ale po kilkunastu dniach spędzonych
w ciemnych norkach, wydało nam się to niezwykle istotne. Nasz guest
house posiadał również bardzo miłą restaurację bez ścian i
przemiłą obsługę składającą się z kilkunastu członków
jednej rodziny, między innymi z malutkiego chłopczyka o wdzięcznym
imieniu Krisna (nie Kriszna) :-) Jedynym mankamentem tego miejsca
była małpa na łańcuchu, która mieszkała na jednym z drzew...
Był to przykry widok, ale nasi gospodarze ewidentnie nie widzieli
nic złego w więzieniu dzikiego zwierzaka. No cóż, w Polsce na
łańcuchach trzyma się psy, to chyba nie lepiej...
Pierwszego dnia rano obudziliśmy się
z poczuciem, że jesteśmy w raju. Rozsunęliśmy zasłony i drzwi i
z łóżka mogliśmy podziwiać piękny ogród. Śniadanie
przyniesiono nam na naszą mini werandę i czuliśmy się po prostu
świetnie. Niczego więcej nie było nam trzeba, tym bardziej, że
mieliśmy jeszcze ze sobą gin zakupiony na strefie bezcłowej w
Singapurze ;-) Było nam tak dobrze w naszym pokoju i na naszej
werandzie, że w rezultacie plażę odwiedziliśmy dopiero po
południu. A plaża była tam naprawdę piękna. Piasek był czarny,
ale cóż to była za czerń! Pomiędzy czarnymi maleńkimi
ziarenkami przebłyskiwały skrzące się w słońcu ziarenka
srebrne, a sam piasek był delikatny jak puder. Na plaży
poniewierało się mnóstwo drewna i kamieni, ale nie sprawiało to
złego wrażenia, wręcz przeciwnie. Plaża wyglądała trochę jakby
była dzika. Ludzi nie było prawie wcale. Kilkunastu
Australijczyków, to tu to tam, ktoś serfował, ktoś siedział w
jakiejś knajpce, a na brzegu siedzieli rybacy, a raczej wędkarze
próbujący złowić coś na kolację... Idylla.
Kiedy przeszliśmy trochę dalej plaża
była już zupełnie wyludniona i byliśmy na niej sami. Nad plażą
górowały klify, a na klifach „wisiały” sobie dumnie różne
ekspensywne hotele. Postanowiliśmy sobie, że następnego dnia
spróbujemy surfingu, chociaż okolica nie wydawała się przyjazna
dla początkujących... Fale młóciły wszystko na swojej drodze i
nawet doświadczeni surferzy nie dawali sobie z nimi czasem rady.
Jeden pan z wypożyczalni sprzętu powiedział nam jednak, że być
może jeśli nie będzie prądu będziemy mogli popływać sobie w
miejscu trochę oddalonym od głównej miejscówki.
Następnego dnia okazało się jednak,
że prąd jest zbyt silny i nic nie wyszło z naszego surfowania...
Posiedzieliśmy więc trochę na plaży, a potem w naszym ogrodzie i
i tak bardzo nam się podobało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz