Następnego dnia postanowiliśmy
zwiedzić kolejną świątynię – Borobudur. Jest to świątynia
buddyjska, którą zbudowano koło VIII wieku i co ciekawe, zaraz po
ukończeniu porzucono. Ponownie odkryta została dopiero w XIX wieku
przez brytyjskich kolonizatorów, którzy to zajęli się jej
restauracją. Borobudur również wielokrotnie zagrażały i
katastrofy naturalne i terroryści, jednak jakimś cudem nigdy
znacznie nie ucierpiała i po dziś dzień cieszy oczy zwiedzających
– samych buddystów w okolicy jest dość niewielu. Świątynia ma
budowę piramidalną, a jej najwyższe tarasy wieńczą 72 dagoby
(takie kamienne dzwony), w których znajdują się posągi buddy
(poza jedną). Muszę przyznać, że ta świątynia zrobiła na mnie
wrażenie i zwiedzanie jej było prawdziwą przyjemnością. Być
może dlatego, że zwiedzanie zaczęliśmy o 6 rano (wstać na tę
wyprawę musieliśmy po 4!!) i nie było jeszcze ani dzikich tłumów,
ani upału. W takich warunkach naprawdę można było poczuć i
historię i duchowość tego miejsca.
Czas w Yoyakarcie, poza chwilami kiedy
zwiedzaliśmy, niemiłosiernie nam się dłużył.
Żałowaliśmy
trochę, że przeznaczyliśmy na zwiedzanie miasta i okolic aż trzy
dni, okazało się bowiem, że spokojnie można wszystko było zrobić
w jeden, gdybyśmy się dobrze spięli i zorganizowali. No, ale
niestety zakupiliśmy już bilet na pociąg na 8 lipca i przed tym
terminem byliśmy w Dżogdży
(pieszczotliwie nazywanej w ten sposób przez
miejscowych) uziemieni. Sam zakup biletu również był niezła
przygodą. Zanim nam się udało, chodziliśmy na dworzec trzy razy!
Mają system kolejek i numerków, ale kolejki były tak ogromne, że
nigdy nie mieliśmy cierpliwości, aby w nich stać. Kiedy po raz
kolejny wzięliśmy numerek i okazało się, że przed nami czeka
osiemdziesiąt parę osób, postanowiliśmy wrócić do pokoju i
spróbować kupić bilety przez internet. Kiedy po wielu próbach i
odszyfrowaniu strony po indonezyjsku w google translate, wydawało
nam się, że wszystko się już udało, wyskoczyła informacja, że
z systemu mogą korzystać jedynie posiadacze indonezyjskich kart
kredytowych... Pognaliśmy więc na dworzec, z nadzieją, że może
jeszcze załapiemy się na nasze miejsce w kolejce i okazało się,
że... dosłownie następny numerek w kolejności do kasy, należy do
nas!! Ha! W końcu coś nam się udało...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz