wtorek, 6 sierpnia 2013

Ijen -Indonezja - 16/17.07.2013

Dostanie się do Ijen też nie było prostą sprawą. Sieć komunikacyjna na Jawie jest bardzo marna i mieliśmy do wyboru kilka przesiadek i dotarcie tam bóg wie kiedy, albo wykupienie wycieczki, w cenie, która wydawała nam się rozsądna. Było to również rozsądne pod tym względem, że wycieczka zapewniała nam kierowcę, który miał na dowieźć praktycznie pod sam wulkan oraz przewodnika, który miał się z nami na ten wulkan wspinać. Zebraliśmy się w kilka osób wracających z Bromo i po długich pertraktacjach z szefem biura podróży ruszyliśmy. Szefunio, który zapewniał nas, że wszystko jest dograne na tip top i że będzie bosko, przed samym wyjazdem oświadczył nam, że przez godzinkę pojedziemy minibusem, w którym będzie nam trochę ciasno, ale potem na trasie złapiemy innego busa, trochę większego i już w niemalże luksusie dojedziemy do celu. Naszym celem było miasteczko Sempol, które jest miejscem, w którym to znajdują się plantacje kawy!

Bardzo chcieliśmy zobaczyć owe plantacje, jednak kiedy dojechaliśmy na miejsce było już ciemno i niemal natychmiast dowiedzieliśmy się, że zwiedzanie plantacji następnego dnia również nie jest możliwe, ponieważ na wycieczkę w celu wspięcia się na wulkan ruszamy o... 12:30 – i żeby sprawa była jasna – rano, tak pół godziny po północy. Myśleliśmy, że to jakiś żart, ale nie. Okazało się, że jeśli chcemy zobaczyć „blue fires” (niebieskie ognie) musimy ruszyć wcześnie i najlepiej zanim ruszą inni. Właśnie o tym marzyliśmy, po zerwaniu się o 3 w nocy dnia poprzedniego, zerwać się o północy. Nie mieliśmy jednak wyboru, ponieważ oczywiście chcieliśmy zobaczyć tajemnicze niebieskie ogniki. Stwierdziliśmy jednak, że pospać musimy i o godzinie 20 już słodko chrapaliśmy.

Pobudka była bolesna, ale twardo wstaliśmy, napiliśmy się kawy, zgarnęliśmy przygotowane dla nas śniadanie (marne dwie mikro bułeczki) i ruszyliśmy. Kierowca wysadził nas w punkcie startu, przejął nas przewodnik i zaczęliśmy mozolny marsz w górę. Dawno się tak nie zmachaliśmy. Owszem, łaziliśmy po Himalajach, ale to było 3 miesiące wcześniej! W totalnych ciemnościach przez półtorej godziny pięliśmy się do góry, póki naszym oczom nie ukazały się niebieskie płomienie, które wyglądały zupełnie tak, jakby ktoś poniżej zapalił ogromną kuchenkę gazową.

Kolejną ciekawostką, którą można obserwować przy wulkanie Ijen są mężczyźni wydobywający siarkę. W miejscu, w którym na powierzchnię ziemi wydobywa się gaz, dzięki któremu powstaje zjawisko niebieskich ogni, znajdują się również złoża siarki. Panujący tam zapach można sobie dość łatwo wyobrazić – bardzo zgniłe jaja.
Wydobywcy siarki mają ekstremalnie ciężką pracę. Z miejsca, w którym pozyskują bloki siarki, wnoszą ją na górę w prowizorycznie wyglądających koszach (trzeba wspiąć się na tę samą górę na którą my wspinaliśmy się z drugiej strony), potem znoszą na dół do miejsca, z którego ruszaliśmy. Każdy ładunek waży około 70 kilogramów, a mężczyźni noszący siarkę w żadne sposób nie wyglądają na siłaczy. Próbowaliśmy zrozumieć jak sobie radzą z tą ciężką pracą. Okazało się, że mężczyźni noszą swój ładunek przez jakiś odcinek drogi, potem pozostawiają go na poboczu i przekazują kolejnemu „nosicielowi” - taka siarkowa sztafeta. Oczywiście jak można to przewidzieć za swą katorżniczą pracę nie są zbyt dobrze wynagradzani. Za kilogram siarki dostają ok 700 rupii, co w przeliczeniu na złotówki wynosi około 25 groszy, a wykonują tylko dwa transporty dziennie. Mimo wszystko wydaje nam się jednak, że w porównaniu z innymi mieszkającymi na prowincji indonezyjskiej ludźmi, jest to całkiem niezły zarobek i może dlatego tak wiele osób trudni się pracą wydobywcy i tragarza siarki.

Po wizycie w „kopalni” musieliśmy wspiąć się z powrotem na zbocze (tak samo jak tragarze) i ruszyliśmy dalej w stronę punktu, z którego mieliśmy obserwować wschód słońca nad wulkanem Ijen. Było bardzo zimno, a ponieważ, że dość szybko uwinęliśmy się z marszem, pozostało nam jeszcze około godziny do wschodu. Nasi przewodnicy nazbierali więc chrustu i ku naszej radości rozpalili wielkie ognisko, przy którym mogliśmy się wszyscy ogrzać.

Sam wschód słońca był oczywiście bardzo piękny, a dodatkowego powabu temu miejscu dodawał brak tłumów. Było nas tam raptem kilkanaście osób. Każdy tak naprawdę mógł sobie znaleźć odosobnione miejsce i kontemplować ten cud natury we względnej samotności. A było co kontemplować. Sam wulkan nie był może wyjątkowy, za to zupełnie wyjątkowe było jezioro, które mieściło się w jego kraterze. Jezioro ma przepiękny mleczno-błękitny kolor i jest całkiem spore. Zdecydowanie warto było się wspinać 1,5 godziny w całkowitych ciemnościach. Jedynym malutkim minusikiem był może ziąb, ale powiedzmy, że było to wpisane w zwiedzanie górzystych terenów o poranku.

W drodze powrotnej byłam tak zmęczona, że zaczęłam zasypiać idąc... Zdarzyło mi się to chyba pierwszy raz w życiu! Porozmawialiśmy też trochę z naszym przewodnikiem i chociaż komunikacja była mocno utrudniona, ponieważ my w ogóle nie znamy indonezyjskiego, a on zna angielski bardzo, bardzo słabo i tak było przyjemnie i zdołaliśmy się co nieco dowiedzieć o życiu w cieniu wulkanu Ije

W pakiecie naszej wycieczki mieliśmy również podwózkę do promu, który miał nas zawieźć na Bali. Cieszyliśmy się bardzo, że wydostajemy się w końcu z Jawy. Jawa jest piękna, ma bardzo różnorodne krajobrazy, zarówno wulkany, plaże, góry, plantacje kawy, przecudne soczyście zielone tarasy ryżowe i piękne palmy i naprawdę mi się podobała. A jednak jest to również wyspa o niesamowitym zaludnieniu, co niestety daje się odczuć na każdym kroku, o bardzo złych drogach i ogromnej liczbie naciągaczy i kłamców, którzy chyba najbardziej nam przeszkadzali.

Na Jawie odczuliśmy lekki kryzys związany z podróżowaniem po Azji – odbyliśmy jednak kilka poważnych rozmów i doszliśmy do wniosku, że to MY musimy się jakoś ogarnąć i uspokoić, przyjąć, że tak tu po prostu jest i jeśli nam się nie podoba, możemy ewentualnie wrócić wcześniej do domu... Oczywiście nie braliśmy takiej opcji w ogóle pod uwagę, musieliśmy więc wziąć się w garść i mocno postanowić, że przestajemy się wszystkim stresować (zwłaszcza ja). Naprawdę uśmiech na twarzy potrafi dokonać cudów w Azji, a kwaśna mina nie pomoże nam na pewno pozbyć się z naszej drogi naciągaczy i innych nie do końca uczciwych ludzi.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz