Dostanie się do Ijen też nie było
prostą sprawą. Sieć komunikacyjna na Jawie jest bardzo marna i
mieliśmy do wyboru kilka przesiadek i dotarcie tam bóg wie kiedy,
albo wykupienie wycieczki, w cenie, która wydawała nam się
rozsądna. Było to również rozsądne pod tym względem, że
wycieczka zapewniała nam kierowcę, który miał na dowieźć
praktycznie pod sam wulkan oraz przewodnika, który miał się z nami
na ten wulkan wspinać. Zebraliśmy się w kilka osób wracających z
Bromo i po długich pertraktacjach z szefem biura podróży
ruszyliśmy. Szefunio, który zapewniał nas, że wszystko jest
dograne na tip top i że będzie bosko, przed samym wyjazdem
oświadczył nam, że przez godzinkę pojedziemy minibusem, w którym
będzie nam trochę ciasno, ale potem na trasie złapiemy innego
busa, trochę większego i już w niemalże luksusie dojedziemy do
celu. Naszym celem było miasteczko Sempol, które jest miejscem, w
którym to znajdują się plantacje kawy!
Bardzo chcieliśmy zobaczyć owe
plantacje, jednak kiedy dojechaliśmy na miejsce było już ciemno i
niemal natychmiast dowiedzieliśmy się, że zwiedzanie plantacji
następnego dnia również nie jest możliwe, ponieważ na wycieczkę
w celu wspięcia się na wulkan ruszamy o... 12:30 – i żeby sprawa
była jasna – rano, tak pół godziny po północy. Myśleliśmy,
że to jakiś żart, ale nie. Okazało się, że jeśli chcemy
zobaczyć „blue fires” (niebieskie ognie) musimy ruszyć wcześnie
i najlepiej zanim ruszą inni. Właśnie o tym marzyliśmy, po
zerwaniu się o 3 w nocy dnia poprzedniego, zerwać się o północy.
Nie mieliśmy jednak wyboru, ponieważ oczywiście chcieliśmy
zobaczyć tajemnicze niebieskie ogniki. Stwierdziliśmy jednak, że
pospać musimy i o godzinie 20 już słodko chrapaliśmy.
Pobudka była bolesna, ale twardo
wstaliśmy, napiliśmy się kawy, zgarnęliśmy przygotowane dla nas
śniadanie (marne dwie mikro bułeczki) i ruszyliśmy. Kierowca
wysadził nas w punkcie startu, przejął nas przewodnik i zaczęliśmy
mozolny marsz w górę. Dawno się tak nie zmachaliśmy. Owszem,
łaziliśmy po Himalajach, ale to było 3 miesiące wcześniej! W
totalnych ciemnościach przez półtorej godziny pięliśmy się do
góry, póki naszym oczom nie ukazały się niebieskie płomienie,
które wyglądały zupełnie tak, jakby ktoś poniżej zapalił
ogromną kuchenkę gazową.
Kolejną ciekawostką, którą można
obserwować przy wulkanie Ijen są mężczyźni wydobywający siarkę.
W miejscu, w którym na powierzchnię ziemi wydobywa się gaz, dzięki
któremu powstaje zjawisko niebieskich ogni, znajdują się również
złoża siarki. Panujący tam zapach można sobie dość łatwo
wyobrazić – bardzo zgniłe jaja.
Wydobywcy siarki mają ekstremalnie
ciężką pracę. Z miejsca, w którym pozyskują bloki siarki,
wnoszą ją na górę w prowizorycznie wyglądających koszach
(trzeba wspiąć się na tę samą górę na którą my wspinaliśmy
się z drugiej strony), potem znoszą na dół do miejsca, z którego
ruszaliśmy. Każdy ładunek waży około 70 kilogramów, a mężczyźni
noszący siarkę w żadne sposób nie wyglądają na siłaczy.
Próbowaliśmy zrozumieć jak sobie radzą z tą ciężką pracą.
Okazało się, że mężczyźni noszą swój ładunek przez jakiś
odcinek drogi, potem pozostawiają go na poboczu i przekazują
kolejnemu „nosicielowi” - taka siarkowa sztafeta. Oczywiście jak
można to przewidzieć za swą katorżniczą pracę nie są zbyt
dobrze wynagradzani. Za kilogram siarki dostają ok 700 rupii, co w
przeliczeniu na złotówki wynosi około 25 groszy, a wykonują tylko
dwa transporty dziennie. Mimo wszystko wydaje nam się jednak, że w
porównaniu z innymi mieszkającymi na prowincji indonezyjskiej
ludźmi, jest to całkiem niezły zarobek i może dlatego tak wiele
osób trudni się pracą wydobywcy i tragarza siarki.
Po wizycie w „kopalni” musieliśmy
wspiąć się z powrotem na zbocze (tak samo jak tragarze) i
ruszyliśmy dalej w stronę punktu, z którego mieliśmy obserwować
wschód słońca nad wulkanem Ijen. Było bardzo zimno, a ponieważ,
że dość szybko uwinęliśmy się z marszem, pozostało nam jeszcze
około godziny do wschodu. Nasi przewodnicy nazbierali więc chrustu
i ku naszej radości rozpalili wielkie ognisko, przy którym mogliśmy
się wszyscy ogrzać.
Sam wschód słońca był oczywiście
bardzo piękny, a dodatkowego powabu temu miejscu dodawał brak
tłumów. Było nas tam raptem kilkanaście osób. Każdy tak
naprawdę mógł sobie znaleźć odosobnione miejsce i kontemplować
ten cud natury we względnej samotności. A było co kontemplować.
Sam wulkan nie był może wyjątkowy, za to zupełnie wyjątkowe było
jezioro, które mieściło się w jego kraterze. Jezioro ma
przepiękny mleczno-błękitny kolor i jest całkiem spore.
Zdecydowanie warto było się wspinać 1,5 godziny w całkowitych
ciemnościach. Jedynym malutkim minusikiem był może ziąb, ale
powiedzmy, że było to wpisane w zwiedzanie górzystych terenów o
poranku.
W drodze powrotnej byłam tak zmęczona,
że zaczęłam zasypiać idąc... Zdarzyło mi się to chyba pierwszy
raz w życiu! Porozmawialiśmy też trochę z naszym przewodnikiem i
chociaż komunikacja była mocno utrudniona, ponieważ my w ogóle
nie znamy indonezyjskiego, a on zna angielski bardzo, bardzo słabo i
tak było przyjemnie i zdołaliśmy się co nieco dowiedzieć o życiu
w cieniu wulkanu Ije
W pakiecie naszej wycieczki mieliśmy
również podwózkę do promu, który miał nas zawieźć na Bali.
Cieszyliśmy się bardzo, że wydostajemy się w końcu z Jawy. Jawa
jest piękna, ma bardzo różnorodne krajobrazy, zarówno wulkany,
plaże, góry, plantacje kawy, przecudne soczyście zielone tarasy
ryżowe i piękne palmy i naprawdę mi się podobała. A jednak jest
to również wyspa o niesamowitym zaludnieniu, co niestety daje się
odczuć na każdym kroku, o bardzo złych drogach i ogromnej liczbie
naciągaczy i kłamców, którzy chyba najbardziej nam przeszkadzali.
Na Jawie odczuliśmy lekki kryzys
związany z podróżowaniem po Azji – odbyliśmy jednak kilka
poważnych rozmów i doszliśmy do wniosku, że to MY musimy się
jakoś ogarnąć i uspokoić, przyjąć, że tak tu po prostu jest i
jeśli nam się nie podoba, możemy ewentualnie wrócić wcześniej
do domu... Oczywiście nie braliśmy takiej opcji w ogóle pod uwagę,
musieliśmy więc wziąć się w garść i mocno postanowić, że
przestajemy się wszystkim stresować (zwłaszcza ja). Naprawdę
uśmiech na twarzy potrafi dokonać cudów w Azji, a kwaśna mina nie
pomoże nam na pewno pozbyć się z naszej drogi naciągaczy i innych
nie do końca uczciwych ludzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz