wtorek, 6 sierpnia 2013

Bromo - Indonezja - 15/16.07.2013

Naszą kolejną destynacją było Bromo, park narodowy, w którym można podziwiać jeden z wielu indonezyjskich wulkanów, który również nazywa się Bromo. Droga do niego nie była usłana różami. Najpierw musieliśmy wziąć dwa autobusy i dostać się do miejscowości, której nazwy nie pamiętam. Tam mieliśmy złapać minibusa, który miał nas dowieźć na miejsce. Mieliśmy nadzieję dojechać jeszcze przed zmrokiem więc ucieszyliśmy się, że pierwsza część podróży poszła w miarę sprawnie – chociaż w drodze jeszcze ze dwie osoby próbowały nas na coś naciągnąć, ale my już jesteśmy na to zbyt sprytni (i niestety nikomu już nie ufamy). Kiedy jednak dostaliśmy się na przystanek minibusów okazało się, że sprawa nie wygląda już tak różowo, ponieważ busik odjeżdża dopiero, kiedy jest pełny, chyba, że ma się ochotę zapłacić za wszystkie wolne miejsca, a oczywiście my takiej ochoty nie mieliśmy.

Kiedy w końcu po 1,5 godzinie zebrało się 10 osób, okazało się, że nadal nie jest to wystarczająca liczba aby ruszyć, wszyscy pasażerowie zdecydowali się więc zapłacić trochę więcej, aby już w tamtym miejscu dłużej nie sterczeć. Droga była dość długa, pięła się serpentyną w górę i niestety było już całkiem ciemno więc nie mogliśmy podziwiać widoków. Dojechaliśmy do bramy parku narodowego i tu „niespodzianka”, okazało się, że mamy ponieść opłatę w wysokości 75 tysięcy rupii od osoby. W przewodniku wydanym dwa miesiące wcześniej jak wół było napisane, że cena wynosi 25 tysięcy. Jak jeden mąż zaczęliśmy w dziesięć osób protestować i powiedzieliśmy sobie, że nie ma bata i że nie zapłacimy. Zaczęły się dziać dziwne rzeczy, strażnicy (którzy nie mieli nota bene żadnych uniformów ani nawet lichych plakietek) kłócili się, zaczęli schodzić z ceny, chcieli nam w końcu sprzedać jeden bilet na 10 osób. Wydało nam się to wszystko co najmniej dziwne, a nasz kierowca powiedział nam w sekrecie, że nie jest to prawdziwy punkt sprzedaży biletów, że kolejny jest w miasteczku, do którego zresztą zostało nam już dosłownie jakieś 300 metrów. Po godzinie dyskusji i narad (chyba byliśmy wszyscy zawzięci i ogólnie obrażeni na indonezyjskich naciągaczy) stwierdziliśmy więc zgodnie, że bierzemy nasze plecaki i po prostu idziemy dalej nie bacząc na nic. Oczywiście nic się nie wydarzyło (spokojnie, uprzednio się upewniliśmy czy nie mają żadnej broni, hehe ;-) ) i spokojnie, nie zaczepiani ani nie nawoływani przez nikogo doszliśmy do celu. Znaleźliśmy jakiś nocleg, wszyscy w jednym miejsc i poszliśmy coś zjeść oraz sprecyzować plany na dzień jutrzejszy.

Stanęło na tym, że kolejnego dnia skoro świt, czyli o cholernej 3:15, wstajemy i wynajętym jeepem jedziemy na punkt widokowy oglądać wschód słońca nad Bromo. Dołączyło do nas dwoje Holendrów i jeden Szwed, co pozwoliło nam zminimalizować koszty wynajęcia samochodu. Na punkt widokowy oraz na sam wulkan można się było również dostać pieszo, ale było to ponad nasze siły. Bartek był jeszcze nie do końca zdrów, a w Bromo było dość chłodno i nie widzieliśmy jakoś wspinaczki na punkt widokowy o 3 rano.
Niestety okazało się, że nie odpuszczą nam opłaty i wszystkie osoby z jeepa musiały jednak zapłacić te 75 tysięcy. Nie mieliśmy już siły się kłócić, pocieszaliśmy się tylko, że zapłaciliśmy jedynie raz, a nie dwa. Podobno ci, którzy szli pieszo nie zapłacili nic, więc bądź tu człowieku mądry. My za to dostaliśmy kwitek wypisany ręcznie, gdzie koleś mógł równie dobrze wpisać 5 tysięcy, 75 lub 150, do koloru do wyboru.

Kiedy ruszaliśmy panowały jeszcze egipskie ciemności i jedynie sznur świateł innych jeepów, który ciągnął się zarówno przed nami jak i za nami, podpowiadał nam, że... nie jesteśmy sami. Potwierdziło się to na górze, kiedy szofer wysadził nas i przeszliśmy na punkt widokowy. Nie wiem ile było tam osób, ale wystarczająco dużo, żebym chciała stamtąd od razu uciec... Był to naprawdę niezły tłumek, który na domiar złego opanował wszystkie, co lepsze miejsca obserwacyjne, tak więc nam pozostało tylko stanie na jakichś schodach, a mi na dodatek wspinanie się na palce i zadzieranie szyi. Kiedy spoza gór zaczęły się pokazywać pierwsze promienie słońca, które powoli zaczęły oświetlać krajobraz naszym oczom ukazał się nie jeden, ale kilka stożków wulkanicznych. Bromo był tak naprawdę tym najbliższym, ale zdecydowanie nie największym. Widok był piękny, trzeba przyznać, ale... nie powalił nas na kolana. Nie wiedzieliśmy czy była to kwestia okoliczności, w których dane nam było zobaczyć wulkany, czy po prostu nie było to naprawdę nic nieziemskiego. Oczywiście powtarzam było pięknie, ale jednak czułam jakiś lekki niedosyt. Nie tego się spodziewałam (jak zwykle, hihi).

W drodze powrotnej, zatrzymaliśmy się (tak jak wszyscy inni) przy kolejnym punkcie, z którego mogliśmy już o własnych siłach wspiąć się do krateru wulkanu Bromo i poobserwować bulgoczącą w dole lawę. No dobra trochę przesadzam, było to bulgoczące jeziorko koloru żółtawego. Bromo jest wulkanem aktywnym, więc cały czas wydobywały się z niego toksyczne dymy, na tyle jednak słabo, żeby zbyt wiele do nas nie docierało.

Po zwiedzaniu, wróciliśmy do wioski, było przed ósmą rano i zdecydowaliśmy, że postaramy się o 9 ewakuować stamtąd i ruszyć w drogę do naszego następnego celu – wulkanu Ijen.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz