Naszą kolejną destynacją było
Bromo, park narodowy, w którym można podziwiać jeden z wielu
indonezyjskich wulkanów, który również nazywa się Bromo. Droga
do niego nie była usłana różami. Najpierw musieliśmy wziąć dwa
autobusy i dostać się do miejscowości, której nazwy nie pamiętam.
Tam mieliśmy złapać minibusa, który miał nas dowieźć na
miejsce. Mieliśmy nadzieję dojechać jeszcze przed zmrokiem więc
ucieszyliśmy się, że pierwsza część podróży poszła w miarę
sprawnie – chociaż w drodze jeszcze ze dwie osoby próbowały nas
na coś naciągnąć, ale my już jesteśmy na to zbyt sprytni (i
niestety nikomu już nie ufamy). Kiedy jednak dostaliśmy się na
przystanek minibusów okazało się, że sprawa nie wygląda już tak
różowo, ponieważ busik odjeżdża dopiero, kiedy jest pełny,
chyba, że ma się ochotę zapłacić za wszystkie wolne miejsca, a
oczywiście my takiej ochoty nie mieliśmy.
Kiedy w końcu po 1,5 godzinie zebrało
się 10 osób, okazało się, że nadal nie jest to wystarczająca
liczba aby ruszyć, wszyscy pasażerowie zdecydowali się więc
zapłacić trochę więcej, aby już w tamtym miejscu dłużej nie
sterczeć. Droga była dość długa, pięła się serpentyną w górę
i niestety było już całkiem ciemno więc nie mogliśmy podziwiać
widoków. Dojechaliśmy do bramy parku narodowego i tu
„niespodzianka”, okazało się, że mamy ponieść opłatę w
wysokości 75 tysięcy rupii od osoby. W przewodniku wydanym dwa
miesiące wcześniej jak wół było napisane, że cena wynosi 25
tysięcy. Jak jeden mąż zaczęliśmy w dziesięć osób protestować
i powiedzieliśmy sobie, że nie ma bata i że nie zapłacimy.
Zaczęły się dziać dziwne rzeczy, strażnicy (którzy nie mieli
nota bene żadnych uniformów ani nawet lichych plakietek) kłócili
się, zaczęli schodzić z ceny, chcieli nam w końcu sprzedać jeden
bilet na 10 osób. Wydało nam się to wszystko co najmniej dziwne, a
nasz kierowca powiedział nam w sekrecie, że nie jest to prawdziwy
punkt sprzedaży biletów, że kolejny jest w miasteczku, do którego
zresztą zostało nam już dosłownie jakieś 300 metrów. Po
godzinie dyskusji i narad (chyba byliśmy wszyscy zawzięci i ogólnie
obrażeni na indonezyjskich naciągaczy) stwierdziliśmy więc
zgodnie, że bierzemy nasze plecaki i po prostu idziemy dalej nie
bacząc na nic. Oczywiście nic się nie wydarzyło (spokojnie,
uprzednio się upewniliśmy czy nie mają żadnej broni, hehe ;-) ) i
spokojnie, nie zaczepiani ani nie nawoływani przez nikogo doszliśmy
do celu. Znaleźliśmy jakiś nocleg, wszyscy w jednym miejsc i
poszliśmy coś zjeść oraz sprecyzować plany na dzień jutrzejszy.
Stanęło na tym, że kolejnego dnia
skoro świt, czyli o cholernej 3:15, wstajemy i wynajętym jeepem
jedziemy na punkt widokowy oglądać wschód słońca nad Bromo.
Dołączyło do nas dwoje Holendrów i jeden Szwed, co pozwoliło nam
zminimalizować koszty wynajęcia samochodu. Na punkt widokowy oraz
na sam wulkan można się było również dostać pieszo, ale było
to ponad nasze siły. Bartek był jeszcze nie do końca zdrów, a w
Bromo było dość chłodno i nie widzieliśmy jakoś wspinaczki na
punkt widokowy o 3 rano.
Niestety okazało się, że nie
odpuszczą nam opłaty i wszystkie osoby z jeepa musiały jednak
zapłacić te 75 tysięcy. Nie mieliśmy już siły się kłócić,
pocieszaliśmy się tylko, że zapłaciliśmy jedynie raz, a nie dwa.
Podobno ci, którzy szli pieszo nie zapłacili nic, więc bądź tu
człowieku mądry. My za to dostaliśmy kwitek wypisany ręcznie,
gdzie koleś mógł równie dobrze wpisać 5 tysięcy, 75 lub 150, do
koloru do wyboru.
Kiedy ruszaliśmy panowały jeszcze
egipskie ciemności i jedynie sznur świateł innych jeepów, który
ciągnął się zarówno przed nami jak i za nami, podpowiadał nam,
że... nie jesteśmy sami. Potwierdziło się to na górze, kiedy
szofer wysadził nas i przeszliśmy na punkt widokowy. Nie wiem ile
było tam osób, ale wystarczająco dużo, żebym chciała stamtąd
od razu uciec... Był to naprawdę niezły tłumek, który na domiar
złego opanował wszystkie, co lepsze miejsca obserwacyjne, tak więc
nam pozostało tylko stanie na jakichś schodach, a mi na dodatek
wspinanie się na palce i zadzieranie szyi. Kiedy spoza gór zaczęły
się pokazywać pierwsze promienie słońca, które powoli zaczęły
oświetlać krajobraz naszym oczom ukazał się nie jeden, ale kilka
stożków wulkanicznych. Bromo był tak naprawdę tym najbliższym,
ale zdecydowanie nie największym. Widok był piękny, trzeba
przyznać, ale... nie powalił nas na kolana. Nie wiedzieliśmy czy
była to kwestia okoliczności, w których dane nam było zobaczyć
wulkany, czy po prostu nie było to naprawdę nic nieziemskiego.
Oczywiście powtarzam było pięknie, ale jednak czułam jakiś lekki
niedosyt. Nie tego się spodziewałam (jak zwykle, hihi).
W drodze powrotnej, zatrzymaliśmy się
(tak jak wszyscy inni) przy kolejnym punkcie, z którego mogliśmy
już o własnych siłach wspiąć się do krateru wulkanu Bromo i
poobserwować bulgoczącą w dole lawę. No dobra trochę przesadzam,
było to bulgoczące jeziorko koloru żółtawego. Bromo jest
wulkanem aktywnym, więc cały czas wydobywały się z niego
toksyczne dymy, na tyle jednak słabo, żeby zbyt wiele do nas nie
docierało.
Po zwiedzaniu, wróciliśmy do wioski,
było przed ósmą rano i zdecydowaliśmy, że postaramy się o 9
ewakuować stamtąd i ruszyć w drogę do naszego następnego celu –
wulkanu Ijen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz