A więc okradziono nas i do tego Bartek
był chory... Jednym słowem dramat, przez który jednak musieliśmy
przejść, nie mogąc tak naprawdę nic zrobić, przynajmniej jeśli
chodzi o pierwszy z problemów. Okazało się, że między innymi
skradziono Bartka laptopa, oczywiście wraz ze wszystkimi
informacjami na nim zapisanymi... W pociągu z Yogyakarty do Surabayi
siedzieliśmy więc z półtorej godziny na telefonie z moim Bratem
wysyłając mu hasła i loginy do naszych kont, aby na wszelki
wypadek oczyścił je On, a nie pieprzone rabusie. Oczywiście mało
to było prawdopodobne, ponieważ na komputerze nie mieliśmy żadnych
informacji dotyczących naszych haseł, ale licho nie śpi, a my nie
chcieliśmy obudzić się następnego dnia z pięknymi zerami na
kontach. Oczywiście czuliśmy złość, żal, bezsilność...
Pogwałcono naszą ostoję, nasze bezpieczne miejsce, o którym
myśleliśmy w chwilach zwątpienia i zmęczenia podróżą...
Najgorsze było chyba jednak to co przeżywali nasi obecni lokatorzy,
moja Siostra i jej Narzeczony. To oni doświadczyli na własnej
skórze i bezpośrednio skutki włamania i oni musieli użerać się
ze wszystkimi związanymi z tym konsekwencjami. Nie mówiąc już o
tym, że ich również okradli z kilku cennych rzeczy... Humory
mieliśmy mocno, mocno słabe.
Na domiar złego w trakcie drogi do
Surabai popsuła się lokomotywa, co przedłużyło naszą podróż o
ponad dwie godziny i na miejsce dojechaliśmy koło północy. Nie
mieliśmy zarezerwowanego żadnego hotelu, Bartek miał gorączkę, a
plecaki ciążyły niemiłosiernie. Naszym priorytetem było znaleźć
miejsce z gorącą wodą pod prysznicem, żeby Bartek mógł się
trochę wygrzać przed snem (w pociągu klima tak buzowała, że
wyciągnęłam śpiwór, żeby się nim okryć). Znaleźliśmy w
końcu jakiś hotel w miarę blisko dworca, który był mocno nędzny,
ale nie był takim dramatem jak ten w Yogyakarcie i miał wymarzoną
gorącą wodę.
Na drugi dzień podjęliśmy męską
decyzję, że zostajemy w Surabai, która miała być dla nas tylko
miejscem przesiadkowym, póki Bartek się nie wykuruje. Drugą męską
decyzją było opuszczenie naszego nędznego hotelu na rzecz innego - Hotel 88,
znajdującego się po drugiej stronie ulicy, gdzie cena była jak dla
nas mocno za wysoka, ale gdzie: a) mieliśmy okno (!) i to takie nie
wychodzące na ścianę budynku obok, b) śniadanie, które serwowali
było szwedzkim stołem, a nie tostem przełożonym serem, jak w
„hotelu nędzy”, c) było czysto, jasno i miło dla oka, d)
czuliśmy, że w końcu się relaksujemy. To był z całą pewnością
nasz najlepszy hotel w trakcie naszej podróży i chyba nic już go
nie przebije (tym razem). Zresztą prawie z niego nie wychodziliśmy
i prawdę mówiąc nie robiliśmy w ogóle nic konstruktywnego i było
nam z tym świetnie!
Sama Surabaya nie jest miastem
szczególnie interesującym turystycznie, a nam się nawet nie
chciało wyjść na ulicę i poszukać autobusu, który by nas
zawiózł do jakichś zabytków. Zwiedziliśmy za to radziecką łódź
podwodną, która w latach sześćdziesiątych zasilała indonezyjską
flotę wojenną. Mieliśmy również okazję obejrzeć filmik
propagandowy na temat indonezyjskiej marynarki wojennej, ale nie
dałam rady długo na nim wytrzymać i wyszłam. Bartek został
trochę dłużej i powiedział, że z filmu wynikało między innymi,
że dzięki marynarce wojennej rozwijają się sporty wodne w
Indonezji, np. windsurfing....
Po dwóch dniach totalnego lenistwa
Bartek poczuł się w końcu lepiej i z wielkim żalem opuściliśmy
nasz super hotelik i nasze szóste piętro (wg windy), które w
zasadzie było czwartym, bo parter był pierwszym, a czwartego nie
mają, bo chyba przynosi pecha tak jak u nas trzynaste...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz