wtorek, 6 sierpnia 2013

Kuracja w Surabai - Indonezja - 12/14.07.2013

A więc okradziono nas i do tego Bartek był chory... Jednym słowem dramat, przez który jednak musieliśmy przejść, nie mogąc tak naprawdę nic zrobić, przynajmniej jeśli chodzi o pierwszy z problemów. Okazało się, że między innymi skradziono Bartka laptopa, oczywiście wraz ze wszystkimi informacjami na nim zapisanymi... W pociągu z Yogyakarty do Surabayi siedzieliśmy więc z półtorej godziny na telefonie z moim Bratem wysyłając mu hasła i loginy do naszych kont, aby na wszelki wypadek oczyścił je On, a nie pieprzone rabusie. Oczywiście mało to było prawdopodobne, ponieważ na komputerze nie mieliśmy żadnych informacji dotyczących naszych haseł, ale licho nie śpi, a my nie chcieliśmy obudzić się następnego dnia z pięknymi zerami na kontach. Oczywiście czuliśmy złość, żal, bezsilność... Pogwałcono naszą ostoję, nasze bezpieczne miejsce, o którym myśleliśmy w chwilach zwątpienia i zmęczenia podróżą... Najgorsze było chyba jednak to co przeżywali nasi obecni lokatorzy, moja Siostra i jej Narzeczony. To oni doświadczyli na własnej skórze i bezpośrednio skutki włamania i oni musieli użerać się ze wszystkimi związanymi z tym konsekwencjami. Nie mówiąc już o tym, że ich również okradli z kilku cennych rzeczy... Humory mieliśmy mocno, mocno słabe.

Na domiar złego w trakcie drogi do Surabai popsuła się lokomotywa, co przedłużyło naszą podróż o ponad dwie godziny i na miejsce dojechaliśmy koło północy. Nie mieliśmy zarezerwowanego żadnego hotelu, Bartek miał gorączkę, a plecaki ciążyły niemiłosiernie. Naszym priorytetem było znaleźć miejsce z gorącą wodą pod prysznicem, żeby Bartek mógł się trochę wygrzać przed snem (w pociągu klima tak buzowała, że wyciągnęłam śpiwór, żeby się nim okryć). Znaleźliśmy w końcu jakiś hotel w miarę blisko dworca, który był mocno nędzny, ale nie był takim dramatem jak ten w Yogyakarcie i miał wymarzoną gorącą wodę.

Na drugi dzień podjęliśmy męską decyzję, że zostajemy w Surabai, która miała być dla nas tylko miejscem przesiadkowym, póki Bartek się nie wykuruje. Drugą męską decyzją było opuszczenie naszego nędznego hotelu na rzecz innego - Hotel 88, znajdującego się po drugiej stronie ulicy, gdzie cena była jak dla nas mocno za wysoka, ale gdzie: a) mieliśmy okno (!) i to takie nie wychodzące na ścianę budynku obok, b) śniadanie, które serwowali było szwedzkim stołem, a nie tostem przełożonym serem, jak w „hotelu nędzy”, c) było czysto, jasno i miło dla oka, d) czuliśmy, że w końcu się relaksujemy. To był z całą pewnością nasz najlepszy hotel w trakcie naszej podróży i chyba nic już go nie przebije (tym razem). Zresztą prawie z niego nie wychodziliśmy i prawdę mówiąc nie robiliśmy w ogóle nic konstruktywnego i było nam z tym świetnie!

Sama Surabaya nie jest miastem szczególnie interesującym turystycznie, a nam się nawet nie chciało wyjść na ulicę i poszukać autobusu, który by nas zawiózł do jakichś zabytków. Zwiedziliśmy za to radziecką łódź podwodną, która w latach sześćdziesiątych zasilała indonezyjską flotę wojenną. Mieliśmy również okazję obejrzeć filmik propagandowy na temat indonezyjskiej marynarki wojennej, ale nie dałam rady długo na nim wytrzymać i wyszłam. Bartek został trochę dłużej i powiedział, że z filmu wynikało między innymi, że dzięki marynarce wojennej rozwijają się sporty wodne w Indonezji, np. windsurfing....

Po dwóch dniach totalnego lenistwa Bartek poczuł się w końcu lepiej i z wielkim żalem opuściliśmy nasz super hotelik i nasze szóste piętro (wg windy), które w zasadzie było czwartym, bo parter był pierwszym, a czwartego nie mają, bo chyba przynosi pecha tak jak u nas trzynaste...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz