Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Bardzo słodkie lenistwo.... - Indonezja - 5/6.08.2013

Po powrocie z Timoru, znaleźliśmy sobie bardzo przyjemny pokój w Kucie (aż nie wierzę, że to piszę) i postanowiliśmy spędzić tam półtora dnia i dojść trochę do siebie po trudach podróżowania. Hotel, w którym znaleźliśmy nasz pokój był zachwycająco czysty w porównaniu z innymi pokojami w tym przedziale cenowym. Dodatkowo był dość nowoczesny i wydać było, że chyba niedawno oddano go do użytku. Okazało się potem, że owszem, otworzono go trzy miesiące wcześniej i chyba bardzo się spieszono, aby go otworzyć, bo im dłużej w nim przebywaliśmy, tym więcej niedociągnięć i fuszerek udawało nam się dostrzec. Czy mam mówić o popękanej terakocie w łazience? ;-) No, ale nie narzekaliśmy. I tak było bosko i pierwszy raz od dwóch tygodni mieliśmy gorącą wodę pod prysznicem – w Timorze ten luksus był dla nas absolutnie niedostępny. Oczywiście spędziliśmy w naszym pokoju mnóstwo czasu. Co tam plaża! Mieliśmy czyste cztery ściany!! :-)




sobota, 17 sierpnia 2013

Seminyak byle jak

Padang Padang Ulu Watu

Ulu Watu break

Piękne okoliczności przyrody do wypoczynku na plażach Bali

Żółwi cyrk

Żółwie w drodze na wolność






Monument na cześć ofiar zamachów bombowych

Uliczki na Bali. Ogrodzone betonowymi murami wille.

Plażing



Nasz losmen, czyli kwatera

Padang Padang. It's on, when it's on.

Ulu Watu

UW w zbliżeniu

Klify UW

Sanur, czyli wschodnie wybrzeże

TO ma być Bali? - Indonezja - 22-24.07.2013

Po Seminyaku nie spodziewaliśmy się zbyt wiele... Jest to nadmorska miejscowość położona na wąskim przesmyku łączącym Bali z półwyspem Bukit. Razem z Legian i Kutą, dwoma innymi miejscowościami, które płynnie przechodzą jedna w drugą, stanowią miejsce, w którym odpoczywają tysiące spragnionych słońca i wyspiarskiego luksusu turystów. Wiedzieliśmy mniej więcej czego możemy się po tym miejscu spodziewać. Tysiące knajp, butików, ludzi i ogromnych korków... O tym przeczytaliśmy w przewodniku, nie byliśmy jednak chyba do końca przygotowani na stan rzeczywisty....

Z Balian Beach musieliśmy dostać się do Denpasar – głównego miasta na Bali i stamtąd złapać taksówkę do Seminyak. Sprawa była prosta, nie zajęło nam to zbyt wiele czasu, byliśmy więc dobrej myśli. Kiedy jednak dojechaliśmy na miejsce i wysiedliśmy z taksówki szczęki trochę nam opadły i zaczęliśmy się zastanawiać gdzie my do ciężkiej cholery trafiliśmy... Rzeczywistość była o wiele gorsza niż ta opisywana przez przewodnik.... Ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu i szybko zorientowaliśmy się, że nie będzie to zbyt łatwe. Od głównej, zakorkowanej ulicy odchodzi mnóstwo malutkich wijących się uliczek, w których co prawda znajdowały się jakieś guest housy i hostele, ale trzeba było wiedzieć jak do nich trafić. Po jakimś czasie udało nam się znaleźć pokój w cenie tego z Balian Beach, ale niestety już w znacznie niższym standardzie. No ale wiadomo, popularność danego miejsca robi swoje.

Szybko się wypakowaliśmy i poszliśmy zwiedzać te jakże pożądane przez turystów z całego świata (choć głównie z Australii) kurorty... I tu kolejny szok. To ma być plaża, to ma być TO Bali do którego wszyscy jeżdżą i którym się zachwycają? Czuliśmy się oszukani... Plaża mocno średnia, koloru nieokreślonego, beżowo-szara, morze skołtunione, wszędzie flagi zakazujące kąpieli, chodniki nierówne i podziurawione jak ser szwajcarski, wszędzie jakieś niedokończone i porzucone budowy straszące okropnym betonem i sterczącymi drutami... Dookoła festyn i naganiacze... I to ma być Bali? Nie nie nie, musi być coś jeszcze. Szliśmy na południe w stronę Kuty, głównie plażą i czekaliśmy na objawienie, chcieliśmy zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Niestety objawienie nie nadeszło. Nadeszli za to turyści, kilkadziesiąt osób, dzierżący w dłoniach plastikowe naczynia, w których znajdowały się malutkie żółwiki. Miała nastąpić akcja wypuszczania żółwi na wolność. Nie trudno się domyślić, że wyglądało to jak wielka wesołomiasteczkowa szopka – na kółkach. Facet z megafonem, wrzeszcząc coś co trudno było zrozumieć dał znak i na trzy cztery, stojący kilka metrów od morza ludzie wypuścili biedne zwierzaki i zaczęli im kibicować, aby jak najszybciej doszły do wody. Niestety czasem przypływała większa fala i wtedy większość zwierząt przemieszczana była między stopami stojących turystów... Wyglądało to naprawdę strasznie, a z zasady miał to być projekt ekologiczny, który pomaga w odnowieniu populacji zagrożonych żółwi...
Porzuciliśmy szybko grupę „szopkowiczów” i kontynuowaliśmy nasz spacer w stronę Kuty. Pod sam koniec, nad wodą pojawiły się luksusowe resorty, koło których można było przejść i pomarzyć, zaglądając ludziom niemalże w okno, a raczej do basenów, w których się pławili. Za płotem takiego resortu znajdowało się czasem jakieś wysypisko, a czasem jakaś ruina, ale z wewnątrz luksusowego hotelu nie było ich widać i o to chyba chodziło. No tak, jeśli mieszka się w takim miejscu, nie ma nawet potrzeby wychodzić na ulicę i nie ma tym samym ryzyka zwichnięcia sobie nogi na nierównym chodniku, a jak chce się pojechać gdzieś dalej, wynajmuje się klimatyzowany samochód z szoferem i nie martwi korkami i innymi brzydactwami. Ale co z tymi wszystkimi, którzy jednak wychodzą na ulicę, chodzą do knajp i po butikach? Tego nadal nie rozumieliśmy. No cóż, każdy ma swoje przyjemności.

Drugiego dnia ruszyliśmy przez miasto w poszukiwaniu jakiejś książki, którą mogłabym kupić, ale na darmo. Nie trafiliśmy na żaden sklep z książkami... Trafiliśmy za to na dużo butików z ciuchami, ale nie było to dla nas zbyt pomocne. Poszliśmy więc na plaże i tam Bartek skosztował surfingu. Mi kompletnie nie chciało się wchodzić z deską w to kipielisko, więc siedziałam na brzegu i czytałam książkę, którą miałam w komórce (na szczęście!), a Bartek dzielnie walczył przez półtorej godziny z falami. Powiedział potem, że nie jest to zbyt dobry spot dla początkujących, ponieważ fala załamuje się jednocześnie na całej swojej długości, co uniemożliwia surf po niej i w ogóle nie da się przewidzieć kiedy i gdzie się załamie. Nie jest to chyba również łatwy spot dla zaawansowanych, bo widzieliśmy naprawdę nielicznych surferów, którzy tym szalonym falom dawali radę.

Trzeciego i ostatniego dnia, pomimo wcześniejszej niechęci do przemieszczania się drogami Bali, wynajęliśmy skuter i pojechaliśmy poeksplorować półwysep Bukit. Chyba ze dwadzieścia razy powiedziałam, że jestem w szoku i nie rozumiem popularności tego miejsca. OK były fajne miejscówki, ale były to takie ziarenka piasku na pustyni syfu, brudu i prowizorki, że po prostu nie mogliśmy się nadziwić, czemu tu ludzie przyjeżdżają (powtarzam się, haha). Stwierdziliśmy, że gdybyśmy wykupili wycieczkę na Bali z Europy i zastali tu to co zobaczyliśmy, poczulibyśmy się oszukani i bardzo zawiedzeni. Oczywiście na Bali może ekscytować to, że jest to Azja, jest specyficzna kultura, itd. Ale my naprawdę widzieliśmy już Azję wielokrotnie w o wiele lepszym wydaniu, a to coś to jakiś kiepski żart. Mówi się, że Bali zjada swój własny ogon, że zniszczyła je zbyt wielka popularność i że przemysł turystyczny zepsuł oryginalność i zaprzepaścił rajskość tego miejsca.

Chcieliśmy bardzo zobaczyć duże fale i spot, w którym pływają naprawdę nieźli surferzy. Pojechaliśmy więc ( w korku i spalinach oczywiście) do miejscowości Ulu Watu, gdzie znajduje się klif, a pod klifem szaleją fale i ich ujeżdżacze. Morze wyglądało tam naprawdę ładnie. W końcu szmaragdowy kolor wody, gdzieniegdzie ładny żółty piasek, klify. A surferzy faktycznie wymiatali. No, ale dookoła syf i styl garażowy jak to Bartek powiedział. A jednak surferom to nie przeszkadzało :-).

Objechaliśmy dookoła cały półwysep i pojechaliśmy jeszcze na wschodnią stronę przesmyku, do miasteczka Sanur, które było już trochę przyjemniejsze niż nasz kurort leżącydokładnie po przeciwnej stronie. Trafiliśmy akurat na odpływ i zawieruchę, więc piasek wdzierał nam się w oczy i musieliśmy uciekać znad morza, ale i tak uznaliśmy, że jest tam przyjemniej niż u nas.
Dużo zastanawialiśmy się nad fenomenem Bali i jego ogromną popularnością. Nie mamy pojęcia skąd się bierze. Oczywiście w Balian Beach podobało nam się bardzo, ale tam było zupełnie inaczej. Tarasy też były wspaniałe, miasteczka w interiorze, te pozbawione turystów, również bardzo klimatyczne. Ale to coś Seminyak-Legian-Kuta, po prostu straszne – jak Krupówki w największym sezonie, czyli dramat.


25 lipca z lotniska w Kucie lecieliśmy do Timoru. Mieliśmy lekkie obawy, ale zarazem byliśmy bardzo ciekawi tego, co nas tam spotka... To miał być najmniej rozwinięty kraj na naszej trasie, najbiedniejszy i najmłodszy – niepodległość odzyskał dopiero 14 lat temu....