Ostatni dzień w Dżogdży mieliśmy
spędzić na zwiedzeniu zabytków miasta. O 10 w pałacu sułtana
miały być jakieś pokazy tańca tradycyjnego, nawet nastawiłam
budzik na 9, żebyśmy zdążyli. Niestety chyba tak naprawdę go nie
nastawiłam, bo kiedy otworzyłam oczy okazało się, że jest za
dziesięć dziesiąta i gdybyśmy nawet bardzo się postarali nie
mieliśmy szansy zdążyć... Kiedy jednak w końcu dotarliśmy na
miejsce jakieś tańce się odbywały więc chyba aż tak dużo nie
straciliśmy. Sam pałac nie zachwycił. To nawet mało powiedziane,
mnie trochę obrzydził. No już co jak co ale chyba największy
zabytek miasta powinni chociaż trochę posprzątać, chociaż
stworzyć jakieś pozory... A gdzie tam. Wszędzie zwały kurzu,
brudu i pajęczyn. Zaczęliśmy powoli rozumieć, że w tym miejscu
na mapie świata takie chyba właśnie jest podejście do czystości
- czystość nie ma żadnego znaczenia. Sam pałac pewnie byłby
ładny i ciekawy, gdyby włożono chociaż minimalny wysiłek w
zadbanie o niego... Tymczasem ja chciałam z niego jak najszybciej
uciec.
Po wizycie w pałacu chcieliśmy
odwiedzić Water Castle (zamek wodny), z którego zachowała się
niestety tylko część, ponieważ najpierw ucierpiał w trakcie
jakiejś wojny, a później w trakcie jednego z trzęsień ziemi,
które nawiedziło te strony. Nikt niestety nie zajął się jego
odbudową, a szkoda, bo budowla musiała być naprawdę ciekawa. Nie
wiem czy był to zamek, raczej przypominał pałac, pośród którego
wybudowano mnóstwo basenów, które miały na celu chłodzić
sułtana i jego harem.
Dla zwiedzających ostała się tylko
mała część, przepełniona turystami i próbującymi naciągnąć
na coś pseudo przewodnikami. Tak na marginesie w Yogyakarcie
najsłynniejszym produktem jest batik. Można tu spotkać setki
sklepów z naprawdę pięknymi okazami, w bardzo różnych cenach.
Wszelcy przewodnicy zabierają oczywiście swoich klientów do
takowych sklepów (czasem dumnie nazywanych galeriami sztuki, haha),
ponieważ jeśli klient skusi się na jakiś towar, przewodnik
zgarnie prowizję. Na szczęście nasz książkowy przewodnik opisuje
wszystkie możliwe sztuczki naciągaczy, wiemy więc przed czym się
chronić. Przysięgam jednak, że czasem pomimo tego, że człowiek
zdaje sobie sprawę z tego, że naciągacze są i jakie stosują
sztuczki, ciężko się zorientować, że miły pan, który gada
sobie z nami o niczym, nie myśli o niczym innym jak tylko o zabraniu
nas do takiego sklepu... Dramat.
Bartka Water Castle nie zadowolił,
ponieważ z mapy wynikało, że gdzieś jest jego dalsza część.
Wdrapaliśmy się na jakiś taras, ale niczego poza dachami
pobliskich domów nie udało nam się zlokalizować. Bartek się
jednak uparł, że coś jeszcze być musi, więc poszliśmy tego
czegoś szukać. Okazało się, że faktycznie nieopodal znajdują
się ruiny zamku i wyglądało to trochę surrealistycznie. Po
żadnych basenach nie było już śladu, jednak tu i ówdzie
sterczały resztki murów zamkowych, a pośród tych resztek
najzwyczajniej w świecie stały domy – miasto, które powstało
pośród ruin. Nikt nie zamierzał nic z nimi zrobić, więc ludzie
zagospodarowali ten teren praktycznie co do metra kwadratowego. W
dwadzieścia lat (bo mniej więcej tyle czasu temu miało miejsce
niszczycielskie trzęsienie ziemi) powstało gęste osiedle, o którym
naprawdę ciężko było powiedzieć, że jest tam przypadkiem...
Po zwiedzaniu ruin, zupełnie
odwodnieni i bardzo głodni dotarliśmy do pobliskiej kawiarni. Kiedy
pałaszowaliśmy jakieś lokalne dania do naszych uszu doszło
dziwaczne wykonanie piosenki „Hey Jude” Beatlesów, a później
inne, równie ciekawe piosenki. Poszliśmy zobaczyć co tam się
dzieje i okazało się, że dosłownie kilka metrów dalej jest
ogromna scena, na której poustawiane są dziwne , nieznane nam
instrumenty. Okazało się, że właśnie tego dnia w Dżogdży
odbywał się festiwal orkiestry gamelan, składająca się z różnego
rodzaju gongów. Instrumenty wyglądały trochę jak odwrócone
dzwony, nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieliśmy. Usiedliśmy
na widowni i zaczęliśmy przyglądać się jak do występu
przygotowuje się orkiestra z … Nowej Zelandii. To również było
trochę surrealistyczne. Gdzieś w środku indonezyjskiego miasta, na
tle ruin zamkowych orkiestra z NZ urządzała sobie próbę grania na
dziwacznych instrumentach. Postanowiliśmy, że wrócimy w to miejsce
wieczorem. Byłam bardzo podekscytowana, w końcu po trzech
miesiącach mieliśmy liznąć trochę kultury!
W drodze powrotnej do naszego
wspaniałego lokum natknęliśmy się na wielką uliczną paradę,
gdzie ludzie poprzebierani w niesamowicie barwne i równie dziwne
stroje (np. zrobione ze słomy, butelek, gazet, plastikowych toreb)
ciągnęli ulicami tańcząc i podskakując przy dźwiękach głośnej
muzyki. Nie do końca udało nam się dowiedzieć z jakiej okazji
jest ta parada, jednak być może miało to jakiś związek ze
zbliżającym się ramadanem. A może zupełnie nie...
Wieczorne koncerty zaczęły się
oczywiście z półgodzinnym opóźnieniem. Z nudów spałaszowaliśmy
więc lokalny przysmak - spiralne czipsy na patyku... Były chyba
hitem tego festiwalu, bo czekałam na nie w kolejce przez jakieś 15
minut. Koncerty były bardzo przyjemne, a muzyka ciekawa. Większość
zespołów stanowili młodzi ludzie, którzy grali naprawdę
świetnie, a przy tym bawili się muzyką i swoimi występami.
Żałowaliśmy tylko, że nic nie rozumieliśmy z konferansjerki,
ponieważ wszyscy dookoła co chwilę wybuchali śmiechem i tylko my
siedzieliśmy jak te wołki nie wiedząc zupełnie o co chodzi. Grupa
z Nowej Zelandii grała wspaniale, ale już na zupełnie innym
poziomie, byli superprofesjonalistami i chyba widownia troszeczkę
nudziła się na ich występie. Superambitna, eksperymentalna wręcz
muzyka nie była chyba najlepszym wyborem dla tamtejszej widowni. O
wiele lepiej sprawdzały się żywe, wesołe utwory, przy których
wszyscy świetnie się bawili. Niemniej jednak trzeba im to przyznać,
Nowozelandczycy byli naprawdę świetni. Za to Indonezyjki śpiewały
przecudnie i żaden Idol czy inny ktoś taki by się ich nie
powstydził. Koncerty skończyły się po 23, a my z Bartkiem
śmieliśmy się, że mieliśmy własnego, indonezyjskiego Opener'a.
Niestety potem musieliśmy wrócić do obleśnego pokoju, ale idąc
nocą przez miasto zobaczyliśmy jak niesamowicie kwitnie życie
uliczne. Wszędzie mini knajpki, jakieś maty, stoliczki, gdzie
serwowano jedzenie. Tam gdzie za dnia znajdowały się stoiska
handlarzy, nocą miała miejsce konsumpcja, ta dosłowna, fizyczna.
Cały czas żałujemy, że w Polsce nie ma takiego zjawiska jak
street food. Może klimat nie jest zbyt sprzyjający, ale przecież
też mamy jakieś lato. Tylko, że u nas potrzeba sto pozwoleń,
przychylności sanepidu i innych takich bzdur. Tutaj tego nie ma i
jakoś od jedzenia na ulicy jeszcze nie zdarzyło nam się mieć
problemów (dużych)...
Tego wieczoru spotkało nas jednak inna
niemiła przygoda ze strony ulicznego straganu z jedzeniem. Dwóch
panów miało swój wózek, przy którym mieli wok i serwowali różne
dania z noodli. Bartek skusił się na zupę z kurczakiem, a ja na
smażone noodle oczywiście bez mięsa (bez mięsa, to znaczy również
bez kurczaka). Pan zaczął wszystko przygotowywać w jednym woku, po
czym oddzielił część porcji do miseczki, a do reszty dodał
mięso. Niestety chyba pokręciło im się zamówienie, ponieważ w
rezultacie Bartek dostał zupę z samych warzyw, a przed moimi oczami
wylądowały noodle, w których wiedziałam, że jest kurczak.
Wiedziałam, bo pan przygotowujący stał metr od nas, ale nie
zareagowałam wtedy, bo nie wiedziałam jeszcze, która miska trafi
do kogo. Powiedziałam, że w tych noodlach chyba jednak jest mięso,
a ja prosiłam bez. I wszystko byłoby ok, gdyby po prostu
powiedzieli, o fakt, pomyliliśmy się. Ale nie, pan kucharz
powiedział: „no, no, only vegetables, egg and noodle”. Na to
pogrzebałam pałeczką w kluchach, wyjęłam kawał czegoś białego
i włóknistego, dałam Bartkowi do skonsumowania, a on wydał wyrok:
chicken. Takie głupie kłamstwo w żywe oczy! Koleś chyba raczej
musiał wiedzieć co przed minutą wrzucał do gara (to ten pan
„szaman” ze zdjęcia). Nie wiem czy zrobili to bezmyślnie, czy
wzięli nas za idiotów, którzy nie potrafią odróżnić kurczaka
od warzywa... Nie wiem, ale suma sumarum, byłam tak wkurzona ich
postawą, że kiedy zaczęli przygotowywać następną porcję dla
mnie, podziękowałam im, na co pan kucharz jeszcze się obraził. To
są drobnostki, może nawet myślicie, że fanaberie, ale naprawdę,
w sytuacji, kiedy musisz walczyć o swoje nawet kupując głupie
kluski, kiedy chcą Cię zrobić w balona na obskurnym straganie,
wszędzie na coś naciągnąć, wszędzie wcisnąć ściemę, można
stracić humor... Przeżywałam to potem jeszcze przez dobrych kilka
dni. Wiedzieliśmy już, że w Indonezji, a przynajmniej na Jawie,
łatwo nie będzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz