wtorek, 6 sierpnia 2013

Poznawania Indo ciąg dalszy... - Indonezja - 07.07.2013

Ostatni dzień w Dżogdży mieliśmy spędzić na zwiedzeniu zabytków miasta. O 10 w pałacu sułtana miały być jakieś pokazy tańca tradycyjnego, nawet nastawiłam budzik na 9, żebyśmy zdążyli. Niestety chyba tak naprawdę go nie nastawiłam, bo kiedy otworzyłam oczy okazało się, że jest za dziesięć dziesiąta i gdybyśmy nawet bardzo się postarali nie mieliśmy szansy zdążyć... Kiedy jednak w końcu dotarliśmy na miejsce jakieś tańce się odbywały więc chyba aż tak dużo nie straciliśmy. Sam pałac nie zachwycił. To nawet mało powiedziane, mnie trochę obrzydził. No już co jak co ale chyba największy zabytek miasta powinni chociaż trochę posprzątać, chociaż stworzyć jakieś pozory... A gdzie tam. Wszędzie zwały kurzu, brudu i pajęczyn. Zaczęliśmy powoli rozumieć, że w tym miejscu na mapie świata takie chyba właśnie jest podejście do czystości - czystość nie ma żadnego znaczenia. Sam pałac pewnie byłby ładny i ciekawy, gdyby włożono chociaż minimalny wysiłek w zadbanie o niego... Tymczasem ja chciałam z niego jak najszybciej uciec.

Po wizycie w pałacu chcieliśmy odwiedzić Water Castle (zamek wodny), z którego zachowała się niestety tylko część, ponieważ najpierw ucierpiał w trakcie jakiejś wojny, a później w trakcie jednego z trzęsień ziemi, które nawiedziło te strony. Nikt niestety nie zajął się jego odbudową, a szkoda, bo budowla musiała być naprawdę ciekawa. Nie wiem czy był to zamek, raczej przypominał pałac, pośród którego wybudowano mnóstwo basenów, które miały na celu chłodzić sułtana i jego harem.
Dla zwiedzających ostała się tylko mała część, przepełniona turystami i próbującymi naciągnąć na coś pseudo przewodnikami. Tak na marginesie w Yogyakarcie najsłynniejszym produktem jest batik. Można tu spotkać setki sklepów z naprawdę pięknymi okazami, w bardzo różnych cenach. Wszelcy przewodnicy zabierają oczywiście swoich klientów do takowych sklepów (czasem dumnie nazywanych galeriami sztuki, haha), ponieważ jeśli klient skusi się na jakiś towar, przewodnik zgarnie prowizję. Na szczęście nasz książkowy przewodnik opisuje wszystkie możliwe sztuczki naciągaczy, wiemy więc przed czym się chronić. Przysięgam jednak, że czasem pomimo tego, że człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że naciągacze są i jakie stosują sztuczki, ciężko się zorientować, że miły pan, który gada sobie z nami o niczym, nie myśli o niczym innym jak tylko o zabraniu nas do takiego sklepu... Dramat.

Bartka Water Castle nie zadowolił, ponieważ z mapy wynikało, że gdzieś jest jego dalsza część. Wdrapaliśmy się na jakiś taras, ale niczego poza dachami pobliskich domów nie udało nam się zlokalizować. Bartek się jednak uparł, że coś jeszcze być musi, więc poszliśmy tego czegoś szukać. Okazało się, że faktycznie nieopodal znajdują się ruiny zamku i wyglądało to trochę surrealistycznie. Po żadnych basenach nie było już śladu, jednak tu i ówdzie sterczały resztki murów zamkowych, a pośród tych resztek najzwyczajniej w świecie stały domy – miasto, które powstało pośród ruin. Nikt nie zamierzał nic z nimi zrobić, więc ludzie zagospodarowali ten teren praktycznie co do metra kwadratowego. W dwadzieścia lat (bo mniej więcej tyle czasu temu miało miejsce niszczycielskie trzęsienie ziemi) powstało gęste osiedle, o którym naprawdę ciężko było powiedzieć, że jest tam przypadkiem...

Po zwiedzaniu ruin, zupełnie odwodnieni i bardzo głodni dotarliśmy do pobliskiej kawiarni. Kiedy pałaszowaliśmy jakieś lokalne dania do naszych uszu doszło dziwaczne wykonanie piosenki „Hey Jude” Beatlesów, a później inne, równie ciekawe piosenki. Poszliśmy zobaczyć co tam się dzieje i okazało się, że dosłownie kilka metrów dalej jest ogromna scena, na której poustawiane są dziwne , nieznane nam instrumenty. Okazało się, że właśnie tego dnia w Dżogdży odbywał się festiwal orkiestry gamelan, składająca się z różnego rodzaju gongów. Instrumenty wyglądały trochę jak odwrócone dzwony, nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieliśmy. Usiedliśmy na widowni i zaczęliśmy przyglądać się jak do występu przygotowuje się orkiestra z … Nowej Zelandii. To również było trochę surrealistyczne. Gdzieś w środku indonezyjskiego miasta, na tle ruin zamkowych orkiestra z NZ urządzała sobie próbę grania na dziwacznych instrumentach. Postanowiliśmy, że wrócimy w to miejsce wieczorem. Byłam bardzo podekscytowana, w końcu po trzech miesiącach mieliśmy liznąć trochę kultury!

W drodze powrotnej do naszego wspaniałego lokum natknęliśmy się na wielką uliczną paradę, gdzie ludzie poprzebierani w niesamowicie barwne i równie dziwne stroje (np. zrobione ze słomy, butelek, gazet, plastikowych toreb) ciągnęli ulicami tańcząc i podskakując przy dźwiękach głośnej muzyki. Nie do końca udało nam się dowiedzieć z jakiej okazji jest ta parada, jednak być może miało to jakiś związek ze zbliżającym się ramadanem. A może zupełnie nie...

Wieczorne koncerty zaczęły się oczywiście z półgodzinnym opóźnieniem. Z nudów spałaszowaliśmy więc lokalny przysmak - spiralne czipsy na patyku... Były chyba hitem tego festiwalu, bo czekałam na nie w kolejce przez jakieś 15 minut. Koncerty były bardzo przyjemne, a muzyka ciekawa. Większość zespołów stanowili młodzi ludzie, którzy grali naprawdę świetnie, a przy tym bawili się muzyką i swoimi występami. Żałowaliśmy tylko, że nic nie rozumieliśmy z konferansjerki, ponieważ wszyscy dookoła co chwilę wybuchali śmiechem i tylko my siedzieliśmy jak te wołki nie wiedząc zupełnie o co chodzi. Grupa z Nowej Zelandii grała wspaniale, ale już na zupełnie innym poziomie, byli superprofesjonalistami i chyba widownia troszeczkę nudziła się na ich występie. Superambitna, eksperymentalna wręcz muzyka nie była chyba najlepszym wyborem dla tamtejszej widowni. O wiele lepiej sprawdzały się żywe, wesołe utwory, przy których wszyscy świetnie się bawili. Niemniej jednak trzeba im to przyznać, Nowozelandczycy byli naprawdę świetni. Za to Indonezyjki śpiewały przecudnie i żaden Idol czy inny ktoś taki by się ich nie powstydził. Koncerty skończyły się po 23, a my z Bartkiem śmieliśmy się, że mieliśmy własnego, indonezyjskiego Opener'a. Niestety potem musieliśmy wrócić do obleśnego pokoju, ale idąc nocą przez miasto zobaczyliśmy jak niesamowicie kwitnie życie uliczne. Wszędzie mini knajpki, jakieś maty, stoliczki, gdzie serwowano jedzenie. Tam gdzie za dnia znajdowały się stoiska handlarzy, nocą miała miejsce konsumpcja, ta dosłowna, fizyczna. Cały czas żałujemy, że w Polsce nie ma takiego zjawiska jak street food. Może klimat nie jest zbyt sprzyjający, ale przecież też mamy jakieś lato. Tylko, że u nas potrzeba sto pozwoleń, przychylności sanepidu i innych takich bzdur. Tutaj tego nie ma i jakoś od jedzenia na ulicy jeszcze nie zdarzyło nam się mieć problemów (dużych)...


Tego wieczoru spotkało nas jednak inna niemiła przygoda ze strony ulicznego straganu z jedzeniem. Dwóch panów miało swój wózek, przy którym mieli wok i serwowali różne dania z noodli. Bartek skusił się na zupę z kurczakiem, a ja na smażone noodle oczywiście bez mięsa (bez mięsa, to znaczy również bez kurczaka). Pan zaczął wszystko przygotowywać w jednym woku, po czym oddzielił część porcji do miseczki, a do reszty dodał mięso. Niestety chyba pokręciło im się zamówienie, ponieważ w rezultacie Bartek dostał zupę z samych warzyw, a przed moimi oczami wylądowały noodle, w których wiedziałam, że jest kurczak. Wiedziałam, bo pan przygotowujący stał metr od nas, ale nie zareagowałam wtedy, bo nie wiedziałam jeszcze, która miska trafi do kogo. Powiedziałam, że w tych noodlach chyba jednak jest mięso, a ja prosiłam bez. I wszystko byłoby ok, gdyby po prostu powiedzieli, o fakt, pomyliliśmy się. Ale nie, pan kucharz powiedział: „no, no, only vegetables, egg and noodle”. Na to pogrzebałam pałeczką w kluchach, wyjęłam kawał czegoś białego i włóknistego, dałam Bartkowi do skonsumowania, a on wydał wyrok: chicken. Takie głupie kłamstwo w żywe oczy! Koleś chyba raczej musiał wiedzieć co przed minutą wrzucał do gara (to ten pan „szaman” ze zdjęcia). Nie wiem czy zrobili to bezmyślnie, czy wzięli nas za idiotów, którzy nie potrafią odróżnić kurczaka od warzywa... Nie wiem, ale suma sumarum, byłam tak wkurzona ich postawą, że kiedy zaczęli przygotowywać następną porcję dla mnie, podziękowałam im, na co pan kucharz jeszcze się obraził. To są drobnostki, może nawet myślicie, że fanaberie, ale naprawdę, w sytuacji, kiedy musisz walczyć o swoje nawet kupując głupie kluski, kiedy chcą Cię zrobić w balona na obskurnym straganie, wszędzie na coś naciągnąć, wszędzie wcisnąć ściemę, można stracić humor... Przeżywałam to potem jeszcze przez dobrych kilka dni. Wiedzieliśmy już, że w Indonezji, a przynajmniej na Jawie, łatwo nie będzie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz