Kolejnego dnia wypożyczyliśmy sobie
skuter i postanowiliśmy zwiedzić okolicę. Naszym celem była
świątynia Pura Luhur Batukaru oraz ogromne tarasy ryżowe Jatiluwih,
z których słynie Bali, miejsce, które zostało wpisane na listę
światowego dziedzictwa Unesco. Niestety mieliśmy trochę pecha,
ponieważ akurat tego dnia pogoda postanowiła się popsuć i
nadciągnęły czarne chmury, z których oczywiście w pewnym
momencie naszej wycieczki chlusnął deszcz... Wycieczka zajęła nam
strasznie dużo czasu i byliśmy po niej potwornie umęczeni.
Jeżdżenie po Bali, nawet skuterem, to naprawdę męczarnia - na
głównych drogach korki, ludzie wyprzedzają jak nienormalni, a
drogi prowincjonalne to po prostu jedna wielka dziura. Nawdychaliśmy
się spalin, zmokliśmy, a jeszcze na domiar złego poharatałam
sobie nogę jakimś wystającym z siedzenia metalem... Po prostu
bomba. Bartek powiedział, że nigdy więcej nie chce niczego
prowadzić na tej wyspie..
Ale co tu dużo mówić i tak nam się
podobało. Świątynia, jak to świątynia nie była może szałowa,
ale nie była też najgorsza;-). Składała się z kompleksu kilku
budynków i wielu ołtarzyków. Trafiliśmy akurat na jakąś „mszę”
dla młodzieży i muszę przyznać, że nie wyglądali na zbyt
zainteresowanych modlitwami odprawianymi przez kapłana – to
zupełnie jak w naszych kościołach! Najzabawniejsze jednak były
napisy, które przed świątynią ostrzegały przed tym kto nie może
do niej wejść – np. kobiety w ciąży oraz dzieci, które nie
utraciły jeszcze zębów mlecznych... Tarasy ryżowe były za to po
prostu zachwycające, chociaż może zobaczylibyśmy więcej gdyby
nie padał deszcz i nie nadeszła super gęsta mgła...
Ostatniego dnia w Balian Beach nie
robiliśmy nic poza leniuchowaniem. Warunków do surfingu nie było
nadal, postanowiliśmy więc skorzystać z internetu w jakiejś
kawiarni i zakupiliśmy bilety powrotne do Polski, tfu tfu, nie do
Polski, do Szwajcarii. Tak, tak 6 września będziemy już w Europie,
dokładnie po 5 miesiącach od wyjazdu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz