Na Gili dostaliśmy się promem
lokalnym, co oznaczało, że musieliśmy tłoczyć się z
dziesiątkami innych ludzi, głównie Indonezyjczyków, na nie tak
znów wielkiej łódce. Trochę się wahałam zanim zdecydowałam się
na nią wsiąść – nie mieliśmy jednak zbyt wielkiego wyjścia,
ponieważ jak dowiedzieliśmy się od kogoś życzliwego, następna
łódka wyglądałaby dokładnie tak samo. Z duszą na ramieniu
wcisnęliśmy się więc między lokaselów i oczywiście przypadło
mi miejsce koło nałogowego palacza....
Gili to trzy wyspy położone jedna za
drugą bardzo blisko Lomboku. Stały się one w latach
siedemdziesiątych popularne wśród hipisów, którzy bezkarnie
mogli na nich zażywać wszystkie dostępne dragi, ponieważ na
żadnej z nich nie ma policji. Dziś miejsca te nie mają już zbyt
wiele wspólnego z hipisami, są to dość popularne destynacje dla
turystów szukających odpoczynku, sportów wodnych i imprez. Wyspa,
którą my wybraliśmy, Gili Air, jest położona najbliżej Lomboku.
Kolejna Gili Meno słynie z najmniejszego zaludnienia, a ostatnia z
największej liczby imrezowni i imprezowiczów. Nasza słynęła ze
względnego spokoju i najlepszego snorkellingu. Nie wiedzieliśmy czy
spędzimy na niej cały przeznaczony czas na Gilis, czy się potem
gdzieś przeniesiemy, ale od czegoś musieliśmy zacząć.
Pokój znaleźliśmy w środku wyspy,
był atrakcyjny cenowo, a przede wszystkim nowy i w związku z tym
jeszcze czysty! Chcieliśmy być bliżej wody (z naszego miejsca szło
się koło 10 minut), ale ceny przy plaży były dwa, trzy razy
wyższe (wysoki sezon!) więc po krótkich poszukiwaniach
zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. U nas też było fajnie, a do plaży
naprawdę nie było daleko.
Pierwsze dwa i pół dnia minęły nam
na lenistwie. Obeszliśmy wyspę dookoła, co zajęło nam niecałe
dwie godziny, chodziliśmy na plażę, czytaliśmy książki, piliśmy
w barach nad morzem soki z limonki i wpatrywaliśmy się w morze. Z
naszej wyspy widzieliśmy zarówno Lombok, jak i pozostałe dwie
Gili. Było naprawdę miło. To był nasz bardzo zasłużony
odpoczynek po Timorze.
Snorkelling trochę nas rozczarował,
bo korale były ok, ale nie takie znowu świetne, jak to pisali w
przewodniku, a ryby niezbyt liczne. Na dodatek w wodzie pływało
sporo małych meduzek, które troszkę nas poparzyły. Ale i tak
lubiliśmy naszą wyspę. Turystów nie było zbyt wielu, nie na tyle
abyśmy wchodzili sobie w drogę, barów było akurat tyle ile
trzeba, a jedzenie smaczne. Wnętrze wyspy wyglądało jak sielska
azjatycka wieś. Gaje palmowe, w których pasły się woły, urocze
płotki sklecone z kawałków wyłowionego z morza drewna, pyliste
drogi (od których prawdopodobnie dostałam jakiejś infekcji
oczu...). Nad ranem oczywiście budziły nas koguty, miały w miarę
stałą porę, zaczynały najczęściej koło 3 nad ranem, czasem
wcześniej. Pierwszego ranka, kiedy obudziłam się, usłyszałam
jakiś hałas za oknem, myślałam, że to jacyś ludzie krzyczą,
brzmiało to jak jakaś manifestacja uliczna... Okazało się jednak,
że to krzyki ptaków :-).
Plaże na Gili nie są typowo piękne,
w trakcie przypływu są bardzo wąskie, a na dodatek całe usiane
martwymi, zwapnionymi koralami. Nie było to jednak problemem,
ponieważ takie plaże też mają swój urok, zwłaszcza, że
wyglądają dość dziko, a na dodatek było na nich naprawdę mało
ludzi.
Czwartego dnia postanowiliśmy ruszyć
się trochę i zwiedzić pozostałe wyspy. Popłynęliśmy więc rano
stateczkiem na Gili Trawangan, tę najbardziej imprezową. Było tam
o wiele więcej ludzi, harmidru, sklepów, naganiaczy (u nas nie było
ich wcale), powozów konnych, którym ciągle trzeba ustępować
miejsca na drodze... Zgodnie stwierdziliśmy, że nasza wyspa podoba
nam się o wiele bardziej i szczerze mówiąc nie mogłam się
doczekać popołudnia, kiedy mieliśmy wrócić do nas statkiem
powrotnym. Oczywiście co kto lubi, myślę, że Trawangan jest dobry
dla osób, które na wakacjach chcą imprez i trochę więcej
luksusu. A najczęściej jest tak, że ludzie spędzają trochę
czasu na każdej z wysp.
Piątego dnia popłynęliśmy na Gili
Meno i znów musieliśmy stwierdzić, że nic nie przebije naszej
Gili Air :-). Na Meno, w okolicach przystani było tak wielu
sprzedawców sarongów i jakichś koralików, że nie można się
było od nich odgonić... Sama wyspa jest trochę dziwna. Ma chyba
najlepsze plaże, ale ma też sporo opuszczonych budynków, resortów
i straszących ruin. Panuje na niej jakiś taki nie do końca
przyjemny bałagan. Ponadto odległości od poszczególnych barów i
hoteli są dość spore i chociaż może to być dużym plusem dla
szukających kompletnego spokoju, jest to dość duże utrudnienie,
kiedy chce się na przykład znaleźć idealną knajpkę na kolację.
:-)
Szósty i ostatni dzień na Gili
zaplanowaliśmy spędzić pod wodą. A przynajmniej poranek.
Chcieliśmy doświadczyć czegoś nowego, wybraliśmy więc miejsce,
które reklamowano nam jako podwodny kanion. Nurkowanie okazało się
jednak totalną klapą, przynajmniej z punktu widzenia widoków...
Prąd był tak silny, że nie mogliśmy zupełnie skupić się na
podziwianiu korali ani rybek (które i tak nie były jakieś
wyjątkowe), ponieważ musieliśmy „walczyć o przetrwanie”,
czyli pilnować aby prąd nie powiódł nas w niepożądanym
kierunku, albo nie uderzył nami o ściany kanionu. Swoją drogą
kanion również trochę nas rozczarował, wyobrażaliśmy go sobie
zupełnie inaczej, myśleliśmy, że będziemy pływać pomiędzy
ścianami, a pływaliśmy wzdłuż jednej ściany, podczas gdy w
odległości kilkunastu metrów od nas była ściana kolejna... No
cóż, nie każde nurkowanie może być super, pocieszamy się tym,
że przynajmniej zdobyliśmy jakieś nowe doświadczenie, ale to
tylko takie pocieszanie :-)
Resztę dnia spędziliśmy leniuchując
nad morzem, czytając i zbierając siły na ostatni etap naszej
podróży.
Dziś cały dzień musimy poświęcić
na powrót do Kuty, a jutro po południu wylatujemy na Sri Lankę,
gdzie spędzimy ostatnie trzy tygodnie naszej podróży, a przede
wszystkim spotkamy się z Beatą i Łukaszem :-). Płyniemy właśnie
promem, który oczywiście jest na maksa przeładowany. Morze jest
trochę bardziej kapryśne niż poprzednio, jednak ja akurat lubię
takie lekkie kołysanie... Nie dopatrzyłam się nigdzie szalup
ratunkowych, ale to przecież tylko szczegół ;-). Bardzo nas
rozbawiło to co działo się na promie przed startem. W momencie,
kiedy wpuszczani są pasażerowie, wpuszczani są również
sprzedawcy wszelakich dóbr konsumpcyjnych (tym razem chodzi tylko o
jedzenie i picie), próbując przekonać pasażerów, że potrzebują
tonę ryżu z kurczakiem (śmieszne małe pakuneczki ryżu na zimno z
dodatkami, zawinięte w liść banana i szary papier), hektolitry
picia i kilogramy słodyczy... Oczywiście nie ma to znaczenia, że
akurat wcinasz ryż, jesteś obłożony butelkami z napojami i
obstawiony pudełkami ciastek. I tak kolejna osoba podejdzie do
ciebie i spróbuje ci sprzedać coś jeszcze. :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz