Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gili Trawangan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gili Trawangan. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Gililili - Indonezja - 9-14.08.2013

Na Gili dostaliśmy się promem lokalnym, co oznaczało, że musieliśmy tłoczyć się z dziesiątkami innych ludzi, głównie Indonezyjczyków, na nie tak znów wielkiej łódce. Trochę się wahałam zanim zdecydowałam się na nią wsiąść – nie mieliśmy jednak zbyt wielkiego wyjścia, ponieważ jak dowiedzieliśmy się od kogoś życzliwego, następna łódka wyglądałaby dokładnie tak samo. Z duszą na ramieniu wcisnęliśmy się więc między lokaselów i oczywiście przypadło mi miejsce koło nałogowego palacza....

Gili to trzy wyspy położone jedna za drugą bardzo blisko Lomboku. Stały się one w latach siedemdziesiątych popularne wśród hipisów, którzy bezkarnie mogli na nich zażywać wszystkie dostępne dragi, ponieważ na żadnej z nich nie ma policji. Dziś miejsca te nie mają już zbyt wiele wspólnego z hipisami, są to dość popularne destynacje dla turystów szukających odpoczynku, sportów wodnych i imprez. Wyspa, którą my wybraliśmy, Gili Air, jest położona najbliżej Lomboku. Kolejna Gili Meno słynie z najmniejszego zaludnienia, a ostatnia z największej liczby imrezowni i imprezowiczów. Nasza słynęła ze względnego spokoju i najlepszego snorkellingu. Nie wiedzieliśmy czy spędzimy na niej cały przeznaczony czas na Gilis, czy się potem gdzieś przeniesiemy, ale od czegoś musieliśmy zacząć.

Pokój znaleźliśmy w środku wyspy, był atrakcyjny cenowo, a przede wszystkim nowy i w związku z tym jeszcze czysty! Chcieliśmy być bliżej wody (z naszego miejsca szło się koło 10 minut), ale ceny przy plaży były dwa, trzy razy wyższe (wysoki sezon!) więc po krótkich poszukiwaniach zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. U nas też było fajnie, a do plaży naprawdę nie było daleko.
Pierwsze dwa i pół dnia minęły nam na lenistwie. Obeszliśmy wyspę dookoła, co zajęło nam niecałe dwie godziny, chodziliśmy na plażę, czytaliśmy książki, piliśmy w barach nad morzem soki z limonki i wpatrywaliśmy się w morze. Z naszej wyspy widzieliśmy zarówno Lombok, jak i pozostałe dwie Gili. Było naprawdę miło. To był nasz bardzo zasłużony odpoczynek po Timorze.

Snorkelling trochę nas rozczarował, bo korale były ok, ale nie takie znowu świetne, jak to pisali w przewodniku, a ryby niezbyt liczne. Na dodatek w wodzie pływało sporo małych meduzek, które troszkę nas poparzyły. Ale i tak lubiliśmy naszą wyspę. Turystów nie było zbyt wielu, nie na tyle abyśmy wchodzili sobie w drogę, barów było akurat tyle ile trzeba, a jedzenie smaczne. Wnętrze wyspy wyglądało jak sielska azjatycka wieś. Gaje palmowe, w których pasły się woły, urocze płotki sklecone z kawałków wyłowionego z morza drewna, pyliste drogi (od których prawdopodobnie dostałam jakiejś infekcji oczu...). Nad ranem oczywiście budziły nas koguty, miały w miarę stałą porę, zaczynały najczęściej koło 3 nad ranem, czasem wcześniej. Pierwszego ranka, kiedy obudziłam się, usłyszałam jakiś hałas za oknem, myślałam, że to jacyś ludzie krzyczą, brzmiało to jak jakaś manifestacja uliczna... Okazało się jednak, że to krzyki ptaków :-).

Plaże na Gili nie są typowo piękne, w trakcie przypływu są bardzo wąskie, a na dodatek całe usiane martwymi, zwapnionymi koralami. Nie było to jednak problemem, ponieważ takie plaże też mają swój urok, zwłaszcza, że wyglądają dość dziko, a na dodatek było na nich naprawdę mało ludzi.

Czwartego dnia postanowiliśmy ruszyć się trochę i zwiedzić pozostałe wyspy. Popłynęliśmy więc rano stateczkiem na Gili Trawangan, tę najbardziej imprezową. Było tam o wiele więcej ludzi, harmidru, sklepów, naganiaczy (u nas nie było ich wcale), powozów konnych, którym ciągle trzeba ustępować miejsca na drodze... Zgodnie stwierdziliśmy, że nasza wyspa podoba nam się o wiele bardziej i szczerze mówiąc nie mogłam się doczekać popołudnia, kiedy mieliśmy wrócić do nas statkiem powrotnym. Oczywiście co kto lubi, myślę, że Trawangan jest dobry dla osób, które na wakacjach chcą imprez i trochę więcej luksusu. A najczęściej jest tak, że ludzie spędzają trochę czasu na każdej z wysp.

Piątego dnia popłynęliśmy na Gili Meno i znów musieliśmy stwierdzić, że nic nie przebije naszej Gili Air :-). Na Meno, w okolicach przystani było tak wielu sprzedawców sarongów i jakichś koralików, że nie można się było od nich odgonić... Sama wyspa jest trochę dziwna. Ma chyba najlepsze plaże, ale ma też sporo opuszczonych budynków, resortów i straszących ruin. Panuje na niej jakiś taki nie do końca przyjemny bałagan. Ponadto odległości od poszczególnych barów i hoteli są dość spore i chociaż może to być dużym plusem dla szukających kompletnego spokoju, jest to dość duże utrudnienie, kiedy chce się na przykład znaleźć idealną knajpkę na kolację. :-)

Szósty i ostatni dzień na Gili zaplanowaliśmy spędzić pod wodą. A przynajmniej poranek. Chcieliśmy doświadczyć czegoś nowego, wybraliśmy więc miejsce, które reklamowano nam jako podwodny kanion. Nurkowanie okazało się jednak totalną klapą, przynajmniej z punktu widzenia widoków... Prąd był tak silny, że nie mogliśmy zupełnie skupić się na podziwianiu korali ani rybek (które i tak nie były jakieś wyjątkowe), ponieważ musieliśmy „walczyć o przetrwanie”, czyli pilnować aby prąd nie powiódł nas w niepożądanym kierunku, albo nie uderzył nami o ściany kanionu. Swoją drogą kanion również trochę nas rozczarował, wyobrażaliśmy go sobie zupełnie inaczej, myśleliśmy, że będziemy pływać pomiędzy ścianami, a pływaliśmy wzdłuż jednej ściany, podczas gdy w odległości kilkunastu metrów od nas była ściana kolejna... No cóż, nie każde nurkowanie może być super, pocieszamy się tym, że przynajmniej zdobyliśmy jakieś nowe doświadczenie, ale to tylko takie pocieszanie :-)
Resztę dnia spędziliśmy leniuchując nad morzem, czytając i zbierając siły na ostatni etap naszej podróży.

Dziś cały dzień musimy poświęcić na powrót do Kuty, a jutro po południu wylatujemy na Sri Lankę, gdzie spędzimy ostatnie trzy tygodnie naszej podróży, a przede wszystkim spotkamy się z Beatą i Łukaszem :-). Płyniemy właśnie promem, który oczywiście jest na maksa przeładowany. Morze jest trochę bardziej kapryśne niż poprzednio, jednak ja akurat lubię takie lekkie kołysanie... Nie dopatrzyłam się nigdzie szalup ratunkowych, ale to przecież tylko szczegół ;-). Bardzo nas rozbawiło to co działo się na promie przed startem. W momencie, kiedy wpuszczani są pasażerowie, wpuszczani są również sprzedawcy wszelakich dóbr konsumpcyjnych (tym razem chodzi tylko o jedzenie i picie), próbując przekonać pasażerów, że potrzebują tonę ryżu z kurczakiem (śmieszne małe pakuneczki ryżu na zimno z dodatkami, zawinięte w liść banana i szary papier), hektolitry picia i kilogramy słodyczy... Oczywiście nie ma to znaczenia, że akurat wcinasz ryż, jesteś obłożony butelkami z napojami i obstawiony pudełkami ciastek. I tak kolejna osoba podejdzie do ciebie i spróbuje ci sprzedać coś jeszcze. :-)