wtorek, 14 maja 2013

Pamiętnik z Delhi


12.05.2013
Od dwóch dni znów jesteśmy w Delhi i pod względem temperatury jest tu trochę znośniej. Niby też jest upał, ale jakoś nie odczuwa się go tak dotkliwie, jak w innych miejscach w których byliśmy. Po powrocie do stolicy, skorzystaliśmy z uprzejmości Łukasza i znów popławiliśmy się w jego basenie. O jak my o nim marzyliśmy na wyjeździe! W takim klimacie to jednak boski wynalazek!
Wieczór postanowiliśmy spędzić w mieście. Ponieważ znów mieszkamy w Cottage Yes Please, znaleźliśmy się ponownie na Paharganju. Kiedy zjedliśmy, zaczęliśmy się zastanawiać co robimy dalej i stwierdziliśmy, że wpadniemy na chwilę do kina, które znajduje się bardzo blisko naszej rezydencji... Kino nazywa się Imperial Cinema i kiedy się do niego wchodzi człowiek przenosi się jakby do innej epoki... Myślę, że kino może mieć z 50 lat i chyba nigdy nie było remontowane. Akurat leciał jakiś film, zapłaciliśmy więc po 50 rupii i weszliśmy na salę. Na ekranie, bohaterowie bili się ze sobą w bardzo efektowny sposób, zakochiwali, porywali, uwalniali... Nic nie rozumieliśmy, ale rozumienie było akurat jak najbardziej zbędne. Jakość taśmy z której puszczano film pozostawiał bardzo wiele do życzenia. Widać było głównie poprzeczne pasy, a kolory wyglądały jakby film wyprodukowano w latach 50-tych. Przy wyjściu z kina (wytrzymaliśmy na filmie może z 10 minut) spytałam pana biletera jak stary jest ten film. Powiedział, że bardzo, bardzo stary, ma może z …. 10 lat. Titanic powstał 16 lat temu (o Boże, już???), różnicę pozostawię bez komentarza... :-)

Postanowiliśmy pojechać do knajp w stylu zachodnim, gdzie bawią się biali i bardziej zamożna miejscowa młodzież, a mianowicie do dzielnicy Hauz Khas. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do świątyni buddyjskiej, znajdującej się tuż przy stacji naszego metra, w której podobno w trakcie odwiedzin w Delhi zatrzymuje się Dalaj Lama. Miło było posiedzieć w czystym miejscu, posłuchać mantr wyśpiewywanych przez mnichów, poczuć klimat tutejszej duchowości. Po prawej stronie, na miękkim dywanie siedzieli mężczyźni, po lewej stronie kobiety (na szczęście również na miękkim). Większość kiwała się w rytm śpiewanych mantr, niektórzy mieli kartki z tekstem i śpiewali razem z mnichami. Aż szkoda było wychodzić z tego miłego miejsca, spieszyło nam się jednak na zimne piwo ;-)
A na miejscu zupełnie inny świat. Hauz Khas, jest małą enklawą czystości (względnej oczywiście) i zachodniości, w szalonym świecie indyjskim... Butiki na wysokim poziomie, europejskie knajpy.. Miło czasem znaleźć się w takim miejscu i poczuć w zupełnie innym świecie. Tak jak już pisałam większość klientów to biali i miejscowi zamożni młodzi ludzie, z dużą przewagą tych drugich. Siedzieliśmy na tarasie knajpy, sączyliśmy chłodne piwko i relaksowaliśmy się.

Następnego dnia, nie spieszyliśmy się ze wstawaniem, śniadanie zjedliśmy koło 12. Zwiedzanie mieliśmy zaplanowane dopiero na 14. Łukasz miał nas oprowadzić po Old Delhi, gdzie króluje uliczny handel, uliczki są super wąskie, a domy, pozostałość po kolonizatorach, są w stanie kompletnego rozkładu... Atmosfera miejsca była dość niesamowita. Kiedy puści się wodze fantazji, można sobie wyobrazić jak to miejsce wyglądało wiele lat wcześniej, kiedy budynki (piękne, bogato zdobione) dopiero powstawały, a ludzie dbali o ich czystość i wygląd. Łukasz zabrał nas na dach jednego z budynków, skąd mogliśmy się przyjrzeć jak ulice wyglądają z pewnego oddalenia. Widok nie do opisania. Syf, malaria, jedno wielkie gruzowisko i zniszczenie. Zastanawialiśmy się czy tym ludziom nie przeszkadza życie, właściwie na śmietniku (tu wiele osób literalnie żyje na śmietniku, tam stoją ich domy, tam bawią się ich dzieci, tam szukają żywności czy innych przydatnych rzeczy). Odpowiedź znana jest tylko im. Ciężko stwierdzić, czy po prostu tego nie zauważają, ponieważ nigdy nie znali niczego innego, nie zależy im, mają ważniejsze zmartwienia niż chociażby podstawowe dbanie o swoje otoczenie... nie wiemy. Z naszej perspektywy wygląda to strasznie, ale może oni postrzegają otaczającą ich rzeczywistość w zupełnie inny, niedostępny dla naszej świadomości sposób. Na ulicach królował handel i oczywiście ulice te podzielone były na „działy tematyczne”. Przyprawy, sari, książki, buty, itd., itd. Sprzedawców nie było aż tak wielu, część kramów była pozamykana, wczoraj była niedziela, czyli ich „sobota”, być może dlatego sprzedających było o wiele mniej. Po spacerze uliczkami, zwiedzeniu wielkiego meczetu – Jama Masjid, spróbowaniu słodkiego indyjskiego ciasteczka smażonego na głębokim tłuszczu i zjedzeniu posiłku w indyjskim fastfoodzie (!), postanowiliśmy iść na film. Tym razem szwedzki, „Beyond” wyświetlany w Instytucie Cervantesa, z okazji trwającego festiwalu filmów europejskich. W instytucie znów poczuliśmy się jak w domu, czysto ładnie, przyjemnie :-) Później wróciliśmy do naszej dzielnicy, poszliśmy do rockowej knajpy, gdzie wskazano nam stolik pod plakatem Kurta Cobaina i gdzie leciała miła dla naszych uszu rockowa muzyka (no dobra czasem leciał pop, ale wtedy protestowaliśmy i zmieniano na różne stare dobre kawałki). Atmosfera w tym pubie była bardzo miła. Piwo dobre, rum dobry i jedyne co było bardzo, ale to bardzo niedobre to mój gin... Nie było tonicu (auć), więc po namyśle poprosiłam, żeby mi przynieśli sodę limonkową, którą znaliśmy z Jaipuru i która nam bardzo smakowała. Poprosiłam o wersję sweet. Niestety chyba przez hałas w knajpie kelner mnie nie dosłyszał i dostałam wersję słoną... :/ Gin ze słoną sodą limonkową, to NIE-mój ulubiony drink! W dwóch telewizorach mogliśmy oglądać krykiet (który Chłopaki ciągle krytykują, mówiąc, że jest to gra bez sensu i nic się w niej nie dzieje) lub pożegnalny mecz sir Alexa Fergusona. Nasze serca i wzrok kierowały się w stronę futbolu, chociaż mnie oczywiście trochę to wszystko „grzało” :P


13.05.2013 
Dziś nasz spacer po Delhi przelał moją osobistą czarę goryczy... Nawrzeszczałam na ludzi w metrze, co o dziwo poskutkowało, ale byłam na siebie trochę zła i zbulwersowana, ponieważ zawsze myślałam, że jestem osobą raczej miłą dla innych. Jakoś w Indiach, weszło we mnie zło. Codziennie robię postanowienia, że nie będę się już na tych ludzi denerwować, bo przecież to inna kultura, inna mentalność, nie ma to sensu. I codziennie mi to nie wychodzi...
O tym, że jest upał przy którym nie da się żyć nie ma sensu już pisać. Po prostu musicie przyjąć, że jest codziennie. Może ten upał wzmaga moją drażliwość i zmniejsza cierpliwość o 80 procent... Nie wiem. Grunt, że złapałam dziś doła i nic nie było w stanie poprawić mi humoru. Pojechaliśmy dziś obejrzeć bardzo ciekawą dla nas świątynię Sikhów - Gurdwara Bangla Sahib. Sikhowie, to ci panowie, którzy noszą na głowie bardzo malownicze i potężne turbany – ich kobiety natomiast nie wyróżniają się żadnym elementem stroju i wyglądają jak przeciętne Hinduski – sari, chusta, biżuteria. Nie bardzo wiedzieliśmy jak się tam mamy zachowywać, podglądaliśmy więc miejscowych. Oczywiście obowiązkowo musieliśmy zdjąć buty, ale tym razem niespodzianka, nie tylko ja musiałam zakryć głowę, Bartek i wszyscy mężczyźni również! Bartek dostał od strażnika śmieszną żółtą chusteczkę, w której wyglądał przezabawnie!

Chcieliśmy dziś zwiedzić również świątynię sufich - Hazrat Nizam-ud-din Dargah, oraz grobowiec Humayun zwany małym Taj Mahalem. Droga do świątyni, po tym jak opuściliśmy metro wiodła wśród takiego syfu i obrzydlistwa, że w pięć minut straciłam wszystkie siły psychiczne na zwiedzanie. Jeśli można osiągnąć poziom braku wytrzymałości na obrzydlistwa, to ja go dziś osiągnęłam. Oddychałam przez chustkę i starałam się skupiać wzrok na neutralnych punktach, nie patrząc na boki, aby nie zobaczyć kolejnych ścieków, obszarpanych, zdeformowanych biedaków, psów bez sierści, ludzi z jakimiś strasznymi chorobami skóry, o potwornym fetorze już nie wspomnę. Zbyt wiele tego dla mnie było. Meczetu nie znaleźliśmy tak od razu, trzeba było wkroczyć w małe wąskie, islamskie uliczki, gdzie każdy chciał nam sprzedać jakieś kwiaty, confetti i inne przedmioty potrzebne do odprawiania religijnych rytuałów. Kiedy w końcu dotarliśmy do świątyni, szczelnie otoczonej swego rodzaju islamskim bazarem, na którym można kupić wszystko co potrzebne do wyznawania i praktykowania tej religii, nie posiedzieliśmy w niej długo. Tłum jaki tam napotkaliśmy, ogromny tłum krążący wokół grobu świętego Nizam-ud-din Chisti (zmarł w 1325 r.!) był osaczający, duszący i sprawiał, że nie było się już gdzie ruszyć. Miejsce jest dość niesamowite i na pewno warte odwiedzenia, warto się tylko nastawić na spory hardcore, może wtedy dłużej da się tam wytrzymać. Oczywiście wszędzie siedzieli żebracy i co gorsza łapali mnie za spódnicę, czego nie znoszę pasjami. Ewakuacja była więc najlepszym wyjściem.

Na szczęście grobowiec Humayun był miłą oazą spokoju po tym wcześniejszym przeżyciu. Położony w ogromnym ogrodzie, zbudowany z czerwonej cegły, odcina się od soczystej zieleni ogrodu i jest bardzo miłym widokiem dla oka. Sam budynek jest oczywiście dużo mnie wspaniały i piękny od Taj'a, a jednak jest klimatyczny i też całkiem pokaźny.
Po zwiedzaniu pojechaliśmy spotkać się z Łukaszem na filmie polskim – Ki, który na chwilę przeniósł nas w realia naszego kraju, co nie było takie do końca niemiłe :-)
No i właśnie w drodze powrotnej do domu, koło 19, w godzinach szczytu, kiedy miejscowi postanowili, w trakcie wsiadania do metra stratować i siebie i nas (i co gorsza świetnie się przy tym bawili!), nastąpił mój wybuch gniewu! Kiedy poczułam się jak sardynka w przysłowiowej puszcze, a ludzie z tyłu jeszcze na nas napierali i miażdżyli, odwróciłam się i niewiele myśląc wrzasnęłam na cały wagon: Stop that!! I wtedy stał się cud, bo na twarzach Hindusów pojawiło się osłupienie i jak za dotknięciem magicznej różdżki przestali się na nas pchać. Jestem więc niemiłą Danutą P., rozstawiającą Hindusów po kątach i bardzo mi z tego powodu przykro. Zauważyłam jednak, że świetnie działa na nich moje podnoszenie głosu, od razu się trochę dyscyplinują i przestają uprzykrzać nam życie.

14.05.2013 
Dzisiejszy dzień miał być dniem dalszego zwiedzania, a zamiast tego jest dniem leżenia w łóżku i walczenia z żołądkiem. Mój Ukochany zdobył dla mnie jakieś "leki z hinduskiej apteki" :-), donosił jedzenie, poił wodą, może wydobrzeję do jutra :-) Jeśli się uda, to ruszamy w góry, na północ Indii, razem z Łukaszem, któremu udało się dostać kilka dni urlopu. A jeśli się nie uda, wsiadamy w samolot i lecimy odpoczywać na filipińskim morzem! A co!

6 komentarzy:

  1. Green Delhi! Clean Delhi! ;) Podajcie please namiary na sklep dwoch hindusów jesli warto tam zajrzeć. Dzieki, -m

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak Danuśku, poznaję Cię w tym autobusie. Kiedyś chciałas zabić złodzieja w paryskim metrze :).IP

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha, faktycznie, już o tym zapomniałam! :-) to były czasy... widocznie zawsze byłam pyskata :P

      Usuń
  3. W góry, w góry miły bracie ... Tak to jakoś brzmiało, podążajcie tam gdzie lepiej (jakoś to biblijnie zabrzmiało), ale lepszy chłodek ... Lili wypadł pierwszy ząbek (więc wiecie, kto pisze). Całuję i tęsknię!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. widziałam zdjęcie Szczerbulka, wygląda ślicznie z zębem czy bez! :-) cmokulki
      ps. my też tęsknimy! a no i jednak nie ruszyliśmy w góry...

      Usuń
  4. Sprawdziłam, to był Wincenty Pol.

    OdpowiedzUsuń