Wczoraj mieliśmy z Bartkiem pierwszy
kontakt z wodą! Jest ciepła jak zupa, turkusowa (jeszcze nigdy
takiej chyba nie widziałam!) i prawie zupełnie nie chłodzi od
upału. No i w sumie dzięki temu mogłam do niej wejść bez
problemu i siedzieć do woli, zupełnie nie marznąc... Przywieźliśmy
ze sobą maski i rurki, więc pół dnia spędziliśmy z głowami pod
wodą przy pobliskich skałach, obserwując małe, śliczne rybki.
Tym razem posmarowaliśmy się kremami (w Kambodży dwa lata temu się
nie posmarowaliśmy i chorowaliśmy potem tydzień), ale i tak trochę
nas przypiekło.... może trzeba było się smarować jakąś 60-tką,
zamiast 30-stką, już sama nie wiem. Rybki są śliczne, ale pewnie
za parę dni, kiedy pojedziemy na prawdziwą rafę powiemy, że były
strasznie marne! Chyba nastąpi to już pojutrze! Mamy zamiar też
zrobić prawdziwe nurkowanie, ale zobaczymy czy uda mi się pokonać
moje wewnętrzne opory, bo chociaż zrobiłam certyfikat, nadal nie
jestem przekonana, czy na pewno mi się to podoba. Ale jeśli się
zdecyduję, jestem pewna, że gdzie jak gdzie, ale tutaj na pewno nie
będę żałować!
Tak więc wczorajszy dzień minął nam
na pławieniu się w wodzie, odpoczywaniu, leżeniu na plaży (w
cieniu) i szerokopojętym relaksie! Na plaży nie leżeliśmy sami,
chociaż piękna szeroka plaża była prawie pusta i z tego co mówili
nasi nowi znajomi, jest to najlepsza plaża jaką widzieli na
Filipinach... Nam towarzyszyły jednak psy i setki krabów – od
zupełnie maleńkich, po całkiem pokaźne. Psy były urocze,
ponieważ wchodziły do wody „po kolana” i dłuuugo się w niej
chłodziły. Na szczęście nie wyglądają na tak zabiedzone jak te
w Indiach i mają całkiem przyjazne usposobienie. Co do krabów, to
latają po plaży jak oszalałe, zwłaszcza po zmroku, kopiąc małe
dołki, w których się chowają, polując na mrówki i niestety
uciekając przed nami... Nie wiedziałam, że krab po piasku biegnie
tak niesamowicie szybko, a po wodzie już o wiele, wiele wolniej,
tak, że swobodnie można go złapać.
Na Filipinach nie musimy nic, oddajemy
się więc błogiemu lenistwu! Wieczorem z naszymi nowymi znajomymi
degustowaliśmy rum, a w nocy... nie mogłam spać, przez jakąś
szalejącą obok (mamy niestety podwójny bungalow) parę. Chciałam
ich zabić, ale przecież obiecałam sobie, że na Filipinach będę
już oazą spokoju... Para była brytyjsko-filipińska i o dziwo nie
pan był tu stroną, że tak się wyrażę starszą i przyjezdną, co
jest tu nagminne (ale to okazało się dopiero nazajutrz rano).
Dziś rano musieliśmy wstać wcześnie
i na 8 stawić się w porcie, żeby pojechać zwiedzić podziemną
rzekę. Najpierw załadowano nas na jeden stateczek, potem
przeładowano na drugi i mogliśmy zacząć zwiedzanie. Podobno jest
to najdłuższa podwodna rzeka na świecie, którą w całości da
się przepłynąć. W praktyce wygląda to w ten sposób, że płynie
się łódką przez jaskinię, która ma niesamowite kształty i jest
zamieszkana przez tysiące nietoperzy. Latały nam nad głowami i
lekko skrzeczały, były uwieszone na sklepieniu, były wszędzie!
Udało nam się również zobaczyć węża wodnego, który dzielnie
sunął po powierzchni wody! Co prawda malutkiego, ale i tak się
cieszyliśmy. Formacje skalne mają oczywiście bardzo fantazyjne
kształty i nasz wioślarz i przewodnik w jednym ,cały czas
pokazywał nam :”Matkę Boską”, wielkiego „hot doga”, „twarz
Jezusa” (najwięcej było skojarzeń religijnych rzecz jasna),
„Sharon Stone”, „lwa”, itd. itd. Chyba w każdej jaskini na
świecie jest podobnie, przewodnicy próbują na siłę pobudzić
wyobraźnię zwiedzających, którzy często patrzą na te wszystkie
zjawiska skalne z lekko niewyraźną miną. A jednak co by nie mówić,
podwodna rzeka robi wrażenie i jest z całą pewnością warta
odwiedzenia, nawet jeśli turyści mogą przepłynąć tylko półtora
kilometrowym odcinkiem, ponieważ potem robi się wąsko i nawigacja
staje się mocno utrudniona.
Po przejażdżce, postanowiliśmy iść
nad wodospad z naszymi znajomymi. Nie był to szczęśliwy pomysł,
ponieważ droga była długa i wiodła po wielkich kamieniach
ruszających się we wszystkie strony. Z nimi ruszały się moje
stopy, ślizgając się w gumowych japonkach. I tak byłam w lepszej
sytuacji niż nasi znajomi, ponieważ oni wszędzie chodzą boso i na
tej wyprawie potwornie wymęczyli się próbując nie usmażyć sobie
stóp na bardzo, bardzo gorących kamieniach. Wodospad okazał się
małą niteczką wody, spadającą z nikłej wysokości, byliśmy
więc mocno zdegustowani, a Jana twierdziła nawet, że ma ochotę
zniszczyć znak kierujący w stronę wodospadu, żeby inni biedni
turyści się na niego nie nabrali (jedną parę zawróciliśmy z
drogi, mówiąc, że to bardzo zły pomysł, żeby iść tam)...
Pół dnia dochodziliśmy do siebie i
na zmianę każde z nas miało zjazd sił i szło spać. Po południu
niestety się rozpadało i nie poszłam nawet pływać, chociaż
Bartek twardo skoczył do wody, żeby dalej podglądać rybki...
Jutro z samego rana wsiadamy do Vana i
jedziemy do El Nido, gdzie mamy zamiar dalej oddawać się nurkowaniu
i leniuchowaniu! Niech żyją Filipiny!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz