czwartek, 30 maja 2013

Na Filipinach - 19/20.05.2013

Wczoraj mieliśmy z Bartkiem pierwszy kontakt z wodą! Jest ciepła jak zupa, turkusowa (jeszcze nigdy takiej chyba nie widziałam!) i prawie zupełnie nie chłodzi od upału. No i w sumie dzięki temu mogłam do niej wejść bez problemu i siedzieć do woli, zupełnie nie marznąc... Przywieźliśmy ze sobą maski i rurki, więc pół dnia spędziliśmy z głowami pod wodą przy pobliskich skałach, obserwując małe, śliczne rybki. Tym razem posmarowaliśmy się kremami (w Kambodży dwa lata temu się nie posmarowaliśmy i chorowaliśmy potem tydzień), ale i tak trochę nas przypiekło.... może trzeba było się smarować jakąś 60-tką, zamiast 30-stką, już sama nie wiem. Rybki są śliczne, ale pewnie za parę dni, kiedy pojedziemy na prawdziwą rafę powiemy, że były strasznie marne! Chyba nastąpi to już pojutrze! Mamy zamiar też zrobić prawdziwe nurkowanie, ale zobaczymy czy uda mi się pokonać moje wewnętrzne opory, bo chociaż zrobiłam certyfikat, nadal nie jestem przekonana, czy na pewno mi się to podoba. Ale jeśli się zdecyduję, jestem pewna, że gdzie jak gdzie, ale tutaj na pewno nie będę żałować!

Tak więc wczorajszy dzień minął nam na pławieniu się w wodzie, odpoczywaniu, leżeniu na plaży (w cieniu) i szerokopojętym relaksie! Na plaży nie leżeliśmy sami, chociaż piękna szeroka plaża była prawie pusta i z tego co mówili nasi nowi znajomi, jest to najlepsza plaża jaką widzieli na Filipinach... Nam towarzyszyły jednak psy i setki krabów – od zupełnie maleńkich, po całkiem pokaźne. Psy były urocze, ponieważ wchodziły do wody „po kolana” i dłuuugo się w niej chłodziły. Na szczęście nie wyglądają na tak zabiedzone jak te w Indiach i mają całkiem przyjazne usposobienie. Co do krabów, to latają po plaży jak oszalałe, zwłaszcza po zmroku, kopiąc małe dołki, w których się chowają, polując na mrówki i niestety uciekając przed nami... Nie wiedziałam, że krab po piasku biegnie tak niesamowicie szybko, a po wodzie już o wiele, wiele wolniej, tak, że swobodnie można go złapać.

Na Filipinach nie musimy nic, oddajemy się więc błogiemu lenistwu! Wieczorem z naszymi nowymi znajomymi degustowaliśmy rum, a w nocy... nie mogłam spać, przez jakąś szalejącą obok (mamy niestety podwójny bungalow) parę. Chciałam ich zabić, ale przecież obiecałam sobie, że na Filipinach będę już oazą spokoju... Para była brytyjsko-filipińska i o dziwo nie pan był tu stroną, że tak się wyrażę starszą i przyjezdną, co jest tu nagminne (ale to okazało się dopiero nazajutrz rano).

Dziś rano musieliśmy wstać wcześnie i na 8 stawić się w porcie, żeby pojechać zwiedzić podziemną rzekę. Najpierw załadowano nas na jeden stateczek, potem przeładowano na drugi i mogliśmy zacząć zwiedzanie. Podobno jest to najdłuższa podwodna rzeka na świecie, którą w całości da się przepłynąć. W praktyce wygląda to w ten sposób, że płynie się łódką przez jaskinię, która ma niesamowite kształty i jest zamieszkana przez tysiące nietoperzy. Latały nam nad głowami i lekko skrzeczały, były uwieszone na sklepieniu, były wszędzie! Udało nam się również zobaczyć węża wodnego, który dzielnie sunął po powierzchni wody! Co prawda malutkiego, ale i tak się cieszyliśmy. Formacje skalne mają oczywiście bardzo fantazyjne kształty i nasz wioślarz i przewodnik w jednym ,cały czas pokazywał nam :”Matkę Boską”, wielkiego „hot doga”, „twarz Jezusa” (najwięcej było skojarzeń religijnych rzecz jasna), „Sharon Stone”, „lwa”, itd. itd. Chyba w każdej jaskini na świecie jest podobnie, przewodnicy próbują na siłę pobudzić wyobraźnię zwiedzających, którzy często patrzą na te wszystkie zjawiska skalne z lekko niewyraźną miną. A jednak co by nie mówić, podwodna rzeka robi wrażenie i jest z całą pewnością warta odwiedzenia, nawet jeśli turyści mogą przepłynąć tylko półtora kilometrowym odcinkiem, ponieważ potem robi się wąsko i nawigacja staje się mocno utrudniona.

Po przejażdżce, postanowiliśmy iść nad wodospad z naszymi znajomymi. Nie był to szczęśliwy pomysł, ponieważ droga była długa i wiodła po wielkich kamieniach ruszających się we wszystkie strony. Z nimi ruszały się moje stopy, ślizgając się w gumowych japonkach. I tak byłam w lepszej sytuacji niż nasi znajomi, ponieważ oni wszędzie chodzą boso i na tej wyprawie potwornie wymęczyli się próbując nie usmażyć sobie stóp na bardzo, bardzo gorących kamieniach. Wodospad okazał się małą niteczką wody, spadającą z nikłej wysokości, byliśmy więc mocno zdegustowani, a Jana twierdziła nawet, że ma ochotę zniszczyć znak kierujący w stronę wodospadu, żeby inni biedni turyści się na niego nie nabrali (jedną parę zawróciliśmy z drogi, mówiąc, że to bardzo zły pomysł, żeby iść tam)...
Pół dnia dochodziliśmy do siebie i na zmianę każde z nas miało zjazd sił i szło spać. Po południu niestety się rozpadało i nie poszłam nawet pływać, chociaż Bartek twardo skoczył do wody, żeby dalej podglądać rybki...

Jutro z samego rana wsiadamy do Vana i jedziemy do El Nido, gdzie mamy zamiar dalej oddawać się nurkowaniu i leniuchowaniu! Niech żyją Filipiny!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz