Tak jak już pisałam wcześniej, na
podróż do Jaipuru udało nam się zdobyć jedynie bilety w gorszej
klasie, bez klimatyzacji. Kiedy dotarliśmy na dworzec, okazało się,
że nasz wagon, to miejsce, gdzie okna są zakratowane, wszystkie
podniesione do góry dla maksymalnego przewiewu, a miejsca dla
każdego z pasażerów jest tyle co nic. No ale nie mieliśmy
wyjścia, w końcu mamy już doświadczenie, np. z Chin, w podróżowaniu
w dziwnych warunkach. Zaraz po tym, jak pociąg ruszył, przysnęliśmy
na chwilę, a kiedy się obudziliśmy okazało się, że pasażerów
w przedziale jest o wiele więcej niż przewidzianych miejsc. Ludzie
stali przy otwartych drzwiach, w przejściu, w każdym wolnym
miejscu. Chyba w naszej klasie nie do końca obowiązywała
rezerwacja miejsc. Było bardzo ciasno i męcząco, nie mówiąc już
o tym, że znów wszyscy się na nas gapili. Podróż do Jaipuru
trwała niestety aż 4,5 h. Mi na szczęście udało się większość
przespać, niestety w jednej pozycji, ściskając
kurczowo torbę z aparatem i saszetkę z innymi dobrami. Nie, nikt
nas nie zaczepiał, było naprawdę ok, tylko mega niewygodnie i
generalnie przygnębiająco.
Kiedy dojechaliśmy okazało się, że
Bartek czuje się chory, zmęczony i nawet ma lekką gorączkę. Nie
wiem już czemu w takim upale dręczą nas jakieś przeziębienia
(może od tej nieszczęsnej klimy). Zamiast zwiedzać, zamknęliśmy
się w pokoju i poszliśmy spać. Na szczęście nasz hotelik był
bardzo przyjemny, pokój również, a żadne skaczące osobniki nie
buszowały po naszej łazience.
Dopiero po 15, Bartkowi poprawiło
się na tyle, że zdecydowaliśmy się pojechać do Różowego Miasta
i zobaczyć trochę Jaipuru. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, ponieważ
wszystkie zabytki otwarte są do 17, jednak udało nam się jeszcze
zobaczyć Pałac Wiatrów – zbudowany w 1799 przez maharadżę
Sawai Pratap Singh. Pałac miał służyć głównie kobietom, jest
zbudowany z ażurowych ścian, w które dodatkowo wmontowane są (lub
były) małe drewniane drzwiczki. Miało to umożliwić damom
oglądanie z ukrycia życia miasta, procesji i różnych innych
ważnych wydarzeń. Bardzo miłe miejsce, z którego niestety
zostaliśmy wygnani gwizdkami, ponieważ zbliżała się godzina
zamknięcia....
Po wizycie w pałacu, zrobiliśmy sobie
jeszcze spacer ulicami Jaipuru, przechodząc wzdłuż bazarów, a
dokładniej mówiąc małych sklepików, w których sprzedawane jest
wszystko – od ubrań, przez biżuterię, farby do ścian, makarony
i oczywiście przyprawy. W dystrykcie przypraw, ich aromat był tak
intensywny, że drapało nas w gardłach i co chwila kichaliśmy.
Niestety Jaipur to również przedzieranie się przez stosy śmieci,
omijanie śpiących na ziemi ludzi, przeskakiwanie przez cuchnące
rynsztoki... Indie. Bartek w pewnym momencie przez pół godziny szedł z pustą butelką po wodzie, nie rzuciwszy jej do rynsztoku, ponieważ zasady mamy, a co! W końcu, gdzieś przy jakimś skrzyżowaniu, zlokalizował wielki, zardzewiały kontener na śmieci, a kiedy pochylił się nad nim, żeby wyrzucić butelkę, okazało się, że w środku buszuje, czy jak kto woli żeruje stado brudnych świń! Potem chłopaki śmieli się, że wrzucono je tam jako prosięta i właściciele karmienie mieli z głowy. Bo naprawdę nie wiemy jak inaczej miałyby się tam dostać.
Wieczór spędziliśmy na tarasie,
popijając lime soda i czytając książki. Następnego dnia miałam dzień
niechęci do Hindusów i wszyscy mnie denerwowali... Zaplanowaliśmy
wycieczkę do Amber Fort (czyt. amer), który jest położony ok.13
km od centrum miasta. Oczywiście pojawił się problem jak się tam
dostać, w Jaipurze strajkowały riksze motorowe, mogliśmy wybrać
albo rikszę rowerową – ale to trwałoby strasznie długo, albo super drogą taksówkę. Na ulicy dopadło nas oczywiście kilku
chętnych do podwózki, ale ponieważ nie chcieli przystać na naszą
cenę, poprosiliśy rikszarza, żeby pokazał nam gdzie jest autobus.
Rikszarz zadowolony kazał nam wskoczyć do swej rikszy , ustaliliśmy
cenę 50 rupii (chociaż koleś chciał 100) i ruszyliśmy. Byliśmy
przekonani, że autobus odjeżdża mniej więcej z oklic Różowego Miasta. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po 2 minutach jazdy zadowolony z siebie rikszarz wysadził nas przed autobusem
mówiąc, że to właśnie ten. Myślałam szczerze, że go pobiję.
Po bardzo burzliwej wymianie zdań, daliśmy mu te jego 50 rupii
("this is my business"), ja wyzwałąm go od oszustów i złodziei i wsiedliśmy do autobusu. Byłam zła jak osa
i znów nie chodziło o te 3 zł, tylko o fakt, że każdy na każdym
kroku chce wyciągnąć od nas naszą kasę, która o ile pamiętam
nie spadła nam z nieba, nie znaleźliśmy jej na ulicy, nie została odziedziczona po bogatych
przodkach.. Chyba już zapomniałam po dwóch latach jak to jest i muszę się na nowo przyzwyczajać. Na domiar złego, autobus okazał się popsuty
i musieliśmy z 15 minut czekać na następny. Na szczęście wydarzyło się również cosmiłęgo, na przystanku zaczepiła mnie młoda dziewczyna, któa zaczęła
wypytywać co tu robimy, ile jesteśmy czasu, co studiowaliśmy. Była
bardzo miła i bardzo przyjemnie się z nią rozmawiało – chociaż
jeden bezintereswony człowiek w całej tej trzodzie naciągaczy. Okazało
się, że jest studentką drugiego roku ekonomii, chyba w Jaipurze,
lub w Delhi – nie do końca zrozumiałam, a po studiach zamierza
zrobić kurs.... pilotki! Pilotem jest również jej tata i chyba w
tym zawodzie można mieć dość niezłe życie w Indiach. Od razu
przypomniała mi się historia z Indii, którą usłyszałam przed dwoma laty, kiedy jakiś
samolot miał nieudane lądowanie, a potem się okazało, że
pilotowała go kobieta, która z jakichś powodów nie uzyskała
licencji.. Nie podzieliłam się jednak z dziewczyną moją historią :-)
Wizyta w forcie była udana, niestety w
połowie zwiedzania zaczął mnie boleć żołądek i zaczęłam się
czuć, tak jak Bartek dnia poprzedniego. Ja jednak jestem zdania, że
to ten upał tak nas wykańcza. A zwiedzanie pustych murów,
rozgrzanych do granic możliwości, wcale nie przynosi ulgi. Po
forcie, pojechaliśmy znów do Różowego Miasta i tam zwiedziliśmy
City Palace, dawną siedzibę maharadżów i śmieszne obserwatorium
astronomiczne Jantar Mantar, zbudowane w 1728 przez niejakiego Jai
Singh'a. Podobno w Indiach jest pięć obserwatoriów zbudowanych
przez tego pana, miłośnika astronomii. Na terenie tego w Jaipurze
są różne budowle, które mają pomóc śledzić ruchy ciał
niebieskich i dokonywać precyzyjnych pomiarów. Przyznam, że z
racji mojego samopoczucia nie starałam się nawet wczytywać o co
chodzi, ale całość wyglądała dość ciekawie. Pokażemy na zdjęciach.
Wieczorem, po zakupieniu biletu do
Delhi na dzień następny, nie pozostało nam już nic innego jak
znów leżeć na tarasie. Kiedy poszliśmy rozliczyć się za pobyt z
synem właściciela, opowiedział nam trochę ciekawych rzeczy o
swojej rodzinie, o Indiach, pokazał nam swoją sypialnię, pokój
rodziców, przedstawił swoją żonę. Bardzo sympatyczny człowiek.
Okazało się, że ślub brał rok wcześniej i że było na nim...
2000 osób! Nie, nie 200, to nie pomyłka. Podobno uroczystości
trwały 3 dni i państwo młodzi przebierali się wiele, wiele razy.
Chyba najpopularniejszą tradycją jeśli chodzi o ubiór, to
stawanie się maharadżą i maharani (żona). Spytałam czy takie wesela są fajne, czy jemu się to
podoba, a on odpowiedział, że nie, ludzie przychodzą, jedzą i
odchodzą. Spytałam go więc, po co aż tak wielka uroczystość, a
on mi na to, że jego zapraszają, więc i on musi zapraszać (to tak jak u nas! :p)... Podobno w Indiach na wesela i wyposażenie państwa młodych
(zwłaszcza chodzi o posag dla kobiety) idą straszne pieniądze. Syn
naszego gospodarza ma dwie siostry, jedną już posiadającą swoją
rodzinę, a drugą młodszą, jeszcze samotną. Powiedział nam, że
rodzice wybiorą jej męża i że w jego kaście tak właśnie się
robi, ale że w Indiach małżeństwa zaaranżowane przez rodziców
są szczęśliwsze niż te z miłości... No to co z tymi filmami
Bollywood?? Jak to w końcu jest? Przecież tam miłość i
namiętność aż wylewają się z ekranu na widzów...
Następnego dnia znów musieliśmy
wstać o 5 rano, żeby zdążyć na pociąg na 6. Na szczęście
udało nam się dorwać bilety w wagonie klimatyzowanym i perspektywa
podróży nie wydawała się aż tak straszna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz