Wiem, że mieliśmy updatować bloga
regularnie (dziś usłyszałam taki przytyk :-) ) i na bieżąco
dzielić się naszymi wrażeniami, jednak coś ostatnio, chyba z
nastaniem piekielnych upałów, opuściły mnie siły twórcze. Nie
mam weny, nie chce mi się pisać, a jak już coś piszę to idzie mi
to jak po grudzie... W oczekiwaniu na lepszą formę, muszę chyba
jednak troszkę się zmobilizować, bo inaczej wszystko pozapominam i
narobię wielkich zaległości (a i tak jeszcze cały notesik z
Nepalu czeka na przepisanie...)
Indie, Indie, jak tu pisać o Indiach i
wyłuskać z siebie ochy, achy, okrzyki zachwytu i euforię...
Ktokolwiek tu był, nie będzie tego ode mnie oczekiwał. To kraj
trudny, chyba najtrudniejszy ze wszystkich na naszej mapie (a
przynajmniej taką mam nadzieję) i przecież nie spodziewaliśmy się
niczego innego. Nawet Bartek, chyba trzeciego dnia naszego pobytu
tutaj stwierdził, że jest „lepiej” niż się spodziewał, a i
tak jest strasznie! No właśnie, naprawdę jest strasznie... Nie w
takim sensie, że jest tu niebezpiecznie, czy, że tak się czujemy,
po prostu trudny do opisania syf, wymieszany z trudnym do opisania
upałem, robią swoje i prowokują jedyną możliwą opinię – jest
strasznie...
Pierwszy dzień spędziliśmy w Delhi,
którego nie mieliśmy jeszcze niestety okazji zwiedzić (poza super
basenem Łukasza, ale to chyba się rozumie samo przez się, że był
naszym priorytetem – tak, tak i Łukasz i basen :-). Po przylocie
samolotem na piękne i nowoczesne lotnisko im. Indiry Ghandi,
mogliśmy się poczuć jak w innym świecie. Innym od tego, w którym
przez trzy ostatnie tygodnie w górach nie istniały dla nas żadne
nowoczesne urządzenia, samochody, elektronika.. Tutaj, wszystko było
lśniące, błyszczące, chromowane i high-tech... Klima oczywiście
buzowała pełna i parą i dopiero kiedy wyłoniliśmy się z hali
lotniska, aby wpaść w ramiona naszego Łukaszka, poczuliśmy co tak
naprawdę nas czeka w tym kraju. Upał prawie 40 stopni o 20:30
wieczorem, to całkiem nowe doświadczenie. To jest już ten rodzaj
upału, który nie tylko po prostu sobie JEST, ale ZALEWA całe
ciało, płuca, głowę... Łukasz powiedział nam, że nie czuje już
tego gorąca tak jak na początku, ale my byliśmy w szoku, a ja co
chwilę powtarzałam :”co za upał, niesamowity jest ten upał, jak
to możliwe”. Ubiegam pytania ciekawskich – tak, 40-stopni upału
to o wiele lepsza sprawa niż prawie 40 stopni mrozu (patrz przygody
na Syberii) i zdania nigdy nie zmienię!
Łukasz samochodem (w którym czekało
na nas powitalne zimne piwko), zabrał nas do bakpakerskiej
dzielnicy, w której mieliśmy spędzić najbliższe dwie noce -
Paharganj. Dzielnica ta wygląda troszkę inaczej niż dzielnica przy
lotnisku. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawili się
bezdomni ludzie, psy, tony śmieci... A nasz hotelik o wspaniałej
nazwie Cottage Yes Please (wtf?), był cudowną, klimatyzowaną oazą
czystości i spokoju... Byłam tak pochłonięta cieszeniem się, że
nasz pokój nie wygląda jak slams, że dopiero na drugi dzień rano
zauważyłam, że nie ma w nim okna ;-). Jedynie właściciel
przybytku był trochę nerwowy i obawiał się, że zamierzamy
przenocować Łukasza na krzywy ryjek, ponieważ ze trzy razy
dopytywał się, czy aby na pewno sobie pójdzie... Poszliśmy sobie
razem do restauracji na przeciwko hotelu i skonsumowaliśmy pyszną
kolację. A potem, poszliśmy trochę dalej, na dach jakiegoś
budynku (tu dach co drugiego budynku jest restauracją), na
nielegalne piwo. Nielegalne, ponieważ otrzymanie koncesji w Indiach
jest tak drogie, że większość lokali serwuje trunki pod tzw.
stołem, a dokładnie, w czarnych foliowych torebkach. Nie
siedzieliśmy zbyt długo, niektórzy musieli rano iść do pracy :P,
jednak mogliśmy chociaż chwilę pocieszyć się swoim towarzystwem!
My z Bartkiem spaliśmy jak zabici. Z
pokoju wygrzebaliśmy się dopiero koło 11, poszliśmy na śniadanie
(o każdej porze dnia jem chlebki naan, w których jestem zakochana,
tak, również na śniadanie), a potem pozałatwiać sprawy natury
praktycznej. Bo czyż zakup długiej do kostek, nieprześwitującej
spódnicy, to w Indiach nie kwestia praktyczna?? Trafiliśmy do
lokalu dwóch Hindusów, których polecił nam Łukasz. Okazało się,
że świetnie mówią po polsku (handelek z polskimi india szopami),
są bardzo mili i pomocni i nie dość, że obkupiłam się we
wszystkie niezbędne (oraz zbędne)mi fatałaszki, to jeszcze
wymienili nam nasze ostatnie 600 rupii nepalskich, których nie udało
nam się pozbyć na lotnisku... Posiedzieliśmy chwilę w
klimatyzowanym pomieszczeniu i pognaliśmy na dworzec, gdzie
chcieliśmy kupić bilety na naszą podróż na dzień następny.
Historia z dworcem jest bardzo zabawna – na dworcu w Delhi (nie
jest absolutnie, w żadnym stopniu tak piękny jak lotnisko) jest
specjalne biuro, gdzie bilety kupują turyści zagraniczni. Podobno,
nieuczciwi naciągacze robią wszystko, aby turysta tam nie dotarł i
skorzystał, z o wiele droższych i wątpliwych pod względem
uczciwości, agencji turystycznych. W przewodniku wyczytaliśmy, aby
absolutnie nie wierzyć ludziom, którzy mówią, że biuro jest
zamknięte, że je przenieśli, że spłonęło, itd., itp. Będąc
świadomymi czyhających na nasze pieniądze okrutników, parliśmy
do przodu nie zwracając absolutnie uwagi na nic innego, tylko znaki
kierujące nas w stronę biura. A wielu, wielu osobników, próbowało
nas zaczepić, wskazać zupełnie przeciwny kierunek itd... W biurze
było 95 % miejscowych i z 5% turystów, ale widocznie są to
miejscowi cieszący się specjalnymi przywilejami. Kolejka była
bardzo długa, z kilkoma zakrętasami i co zabawne, jak tylko ktoś
podchodził do okienka, cała kolejka wstawała ze swoich krzesełek
i przesiadała się o to jedno, czy kilka do przodu.... Hindusi nie
wpadli chyba jeszcze na coś takiego jak numerki.... A może wpadli
tylko im się nie chce. Siedzieliśmy w tej kolejce 1,5 h, skończyła
nam się woda, przeczytaliśmy pół przewodnika, aż w końcu
nadeszła nasza kolej! Zakupiliśmy bilety do Agry i Jaipuru, na
dzień następny i jeszcze następny... Do Agry nawet były jeszcze
miejsca w klasie siedzącej, klimatyzowanej (tu jest mnóstwo tych
klas), niestety do Jaipuru musieliśmy się zadowolić klasą
siedzącą, nieklimatyzowaną. Bilety były 3 razy tańsze, ale... no
właśnie, nie przejęliśmy się tym, bo nie wiedzieliśmy jeszcze
co to znaczy...
Popołudnie spędziliśmy w
towarzystwie Łukasza, jego basenu, rumu Old Monk i pysznego
jedzonka... O jak miło spotkać się z kimś nie tylko znajomym, ale
do tego życzliwym :-)
Następnego dnia mieliśmy wstać o 5,
pociąg był na 6 rano!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz