poniedziałek, 13 maja 2013

Indyjskie początki


Wiem, że mieliśmy updatować bloga regularnie (dziś usłyszałam taki przytyk :-) ) i na bieżąco dzielić się naszymi wrażeniami, jednak coś ostatnio, chyba z nastaniem piekielnych upałów, opuściły mnie siły twórcze. Nie mam weny, nie chce mi się pisać, a jak już coś piszę to idzie mi to jak po grudzie... W oczekiwaniu na lepszą formę, muszę chyba jednak troszkę się zmobilizować, bo inaczej wszystko pozapominam i narobię wielkich zaległości (a i tak jeszcze cały notesik z Nepalu czeka na przepisanie...)

Indie, Indie, jak tu pisać o Indiach i wyłuskać z siebie ochy, achy, okrzyki zachwytu i euforię... Ktokolwiek tu był, nie będzie tego ode mnie oczekiwał. To kraj trudny, chyba najtrudniejszy ze wszystkich na naszej mapie (a przynajmniej taką mam nadzieję) i przecież nie spodziewaliśmy się niczego innego. Nawet Bartek, chyba trzeciego dnia naszego pobytu tutaj stwierdził, że jest „lepiej” niż się spodziewał, a i tak jest strasznie! No właśnie, naprawdę jest strasznie... Nie w takim sensie, że jest tu niebezpiecznie, czy, że tak się czujemy, po prostu trudny do opisania syf, wymieszany z trudnym do opisania upałem, robią swoje i prowokują jedyną możliwą opinię – jest strasznie...

Pierwszy dzień spędziliśmy w Delhi, którego nie mieliśmy jeszcze niestety okazji zwiedzić (poza super basenem Łukasza, ale to chyba się rozumie samo przez się, że był naszym priorytetem – tak, tak i Łukasz i basen :-). Po przylocie samolotem na piękne i nowoczesne lotnisko im. Indiry Ghandi, mogliśmy się poczuć jak w innym świecie. Innym od tego, w którym przez trzy ostatnie tygodnie w górach nie istniały dla nas żadne nowoczesne urządzenia, samochody, elektronika.. Tutaj, wszystko było lśniące, błyszczące, chromowane i high-tech... Klima oczywiście buzowała pełna i parą i dopiero kiedy wyłoniliśmy się z hali lotniska, aby wpaść w ramiona naszego Łukaszka, poczuliśmy co tak naprawdę nas czeka w tym kraju. Upał prawie 40 stopni o 20:30 wieczorem, to całkiem nowe doświadczenie. To jest już ten rodzaj upału, który nie tylko po prostu sobie JEST, ale ZALEWA całe ciało, płuca, głowę... Łukasz powiedział nam, że nie czuje już tego gorąca tak jak na początku, ale my byliśmy w szoku, a ja co chwilę powtarzałam :”co za upał, niesamowity jest ten upał, jak to możliwe”. Ubiegam pytania ciekawskich – tak, 40-stopni upału to o wiele lepsza sprawa niż prawie 40 stopni mrozu (patrz przygody na Syberii) i zdania nigdy nie zmienię!

Łukasz samochodem (w którym czekało na nas powitalne zimne piwko), zabrał nas do bakpakerskiej dzielnicy, w której mieliśmy spędzić najbliższe dwie noce - Paharganj. Dzielnica ta wygląda troszkę inaczej niż dzielnica przy lotnisku. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawili się bezdomni ludzie, psy, tony śmieci... A nasz hotelik o wspaniałej nazwie Cottage Yes Please (wtf?), był cudowną, klimatyzowaną oazą czystości i spokoju... Byłam tak pochłonięta cieszeniem się, że nasz pokój nie wygląda jak slams, że dopiero na drugi dzień rano zauważyłam, że nie ma w nim okna ;-). Jedynie właściciel przybytku był trochę nerwowy i obawiał się, że zamierzamy przenocować Łukasza na krzywy ryjek, ponieważ ze trzy razy dopytywał się, czy aby na pewno sobie pójdzie... Poszliśmy sobie razem do restauracji na przeciwko hotelu i skonsumowaliśmy pyszną kolację. A potem, poszliśmy trochę dalej, na dach jakiegoś budynku (tu dach co drugiego budynku jest restauracją), na nielegalne piwo. Nielegalne, ponieważ otrzymanie koncesji w Indiach jest tak drogie, że większość lokali serwuje trunki pod tzw. stołem, a dokładnie, w czarnych foliowych torebkach. Nie siedzieliśmy zbyt długo, niektórzy musieli rano iść do pracy :P, jednak mogliśmy chociaż chwilę pocieszyć się swoim towarzystwem!

My z Bartkiem spaliśmy jak zabici. Z pokoju wygrzebaliśmy się dopiero koło 11, poszliśmy na śniadanie (o każdej porze dnia jem chlebki naan, w których jestem zakochana, tak, również na śniadanie), a potem pozałatwiać sprawy natury praktycznej. Bo czyż zakup długiej do kostek, nieprześwitującej spódnicy, to w Indiach nie kwestia praktyczna?? Trafiliśmy do lokalu dwóch Hindusów, których polecił nam Łukasz. Okazało się, że świetnie mówią po polsku (handelek z polskimi india szopami), są bardzo mili i pomocni i nie dość, że obkupiłam się we wszystkie niezbędne (oraz zbędne)mi fatałaszki, to jeszcze wymienili nam nasze ostatnie 600 rupii nepalskich, których nie udało nam się pozbyć na lotnisku... Posiedzieliśmy chwilę w klimatyzowanym pomieszczeniu i pognaliśmy na dworzec, gdzie chcieliśmy kupić bilety na naszą podróż na dzień następny. Historia z dworcem jest bardzo zabawna – na dworcu w Delhi (nie jest absolutnie, w żadnym stopniu tak piękny jak lotnisko) jest specjalne biuro, gdzie bilety kupują turyści zagraniczni. Podobno, nieuczciwi naciągacze robią wszystko, aby turysta tam nie dotarł i skorzystał, z o wiele droższych i wątpliwych pod względem uczciwości, agencji turystycznych. W przewodniku wyczytaliśmy, aby absolutnie nie wierzyć ludziom, którzy mówią, że biuro jest zamknięte, że je przenieśli, że spłonęło, itd., itp. Będąc świadomymi czyhających na nasze pieniądze okrutników, parliśmy do przodu nie zwracając absolutnie uwagi na nic innego, tylko znaki kierujące nas w stronę biura. A wielu, wielu osobników, próbowało nas zaczepić, wskazać zupełnie przeciwny kierunek itd... W biurze było 95 % miejscowych i z 5% turystów, ale widocznie są to miejscowi cieszący się specjalnymi przywilejami. Kolejka była bardzo długa, z kilkoma zakrętasami i co zabawne, jak tylko ktoś podchodził do okienka, cała kolejka wstawała ze swoich krzesełek i przesiadała się o to jedno, czy kilka do przodu.... Hindusi nie wpadli chyba jeszcze na coś takiego jak numerki.... A może wpadli tylko im się nie chce. Siedzieliśmy w tej kolejce 1,5 h, skończyła nam się woda, przeczytaliśmy pół przewodnika, aż w końcu nadeszła nasza kolej! Zakupiliśmy bilety do Agry i Jaipuru, na dzień następny i jeszcze następny... Do Agry nawet były jeszcze miejsca w klasie siedzącej, klimatyzowanej (tu jest mnóstwo tych klas), niestety do Jaipuru musieliśmy się zadowolić klasą siedzącą, nieklimatyzowaną. Bilety były 3 razy tańsze, ale... no właśnie, nie przejęliśmy się tym, bo nie wiedzieliśmy jeszcze co to znaczy...

Popołudnie spędziliśmy w towarzystwie Łukasza, jego basenu, rumu Old Monk i pysznego jedzonka... O jak miło spotkać się z kimś nie tylko znajomym, ale do tego życzliwym :-)
Następnego dnia mieliśmy wstać o 5, pociąg był na 6 rano!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz