Dzięki wspaniałej opiece Bartka i
sile żółtej tabletki (podobno najlepszy miejscowy specyfik na
problemy żołądkowe) jakoś stanęłam na nogi i chociaż były
chwiejne, zdecydowaliśmy się jeszcze troszkę pozwiedzać to
„niesamowite”, pełne kontrastów miasto... Zanim jednak
wyszliśmy z hotelu, odbyliśmy rozmowę z Łukaszem i doszliśmy do
wniosku, że chyba wolimy się spotkać w późniejszym czasie gdzieś
w Azji i nie tracić sił i zapału na zwiedzanie Indii, które, no
co tu dużo mówić, chyba się już zorientowaliście, nie przypadły
nam do gustu. Postanowiliśmy opuścić ojczyznę Ghandiego nazajutrz
i polecieć prosto na Filipiny, gdzie zamierzamy oddać się
odpoczynkowi i wszelkim dostępnym rekreacjom. Polecimy może nie do
końca prosto, ale o tym później.
Tymczasem, po całym dniu spędzonym w
hotelu, wyszłam na miasto i po 5 minutach poczułam, że wyparowało
ze mnie z 50% zgromadzonych przez poprzedni dzień sił... Upał nie
wpływa najlepiej na choroby żołądka, plan jednak mieliśmy
ambitny i z dwoma przesiadkami metrem pojechaliśmy zwiedzić Lotus
Temple, wielką świątynie podobną do opery w Sydney, która... no
właśnie, nie należy do żadnego konkretnego wyznania... jest
świątynią wszystkich religii, ma za ambicję gromadzić ludzi
wszystkich możliwych wyznań, aby mogli wspólnie modlić się pod
jednym dachem... Idea nam się bardzo spodobała, nie było w
świątyni atrybutów, ani symboli żadnej znanej nam religii, ludzie
wchodzili, siadali na marmurowych ławkach, modlili się, bądź
odpoczywali korzystając z odrobiny chłodu, które dostarczało
wnętrze i wychodzili... A jednak dowiedzieliśmy się potem, że
religia wszystkich religii, bahaizm - to coś w rodzaju sekty
zrzeszającej, jakichś swoich wyznawców. Mówię sekty ponieważ
jest obowiązek wpłacania składek, werbują do pracy w świątyni
wolontariuszy, podobno nawet z Polski i nie jest to do końca tak
bardzo wolne od wszelkich dogmatów miejsce, jak byśmy tego
chcieli. Bahaizm według Wikipedii to „religia monoteistyczna,
podkreślająca duchową jedność wszystkich ludzi”.
Tego dnia pobiłam też rekord,
wytrzymałam 1,5 h nie wkurzając się na Hindusów. Niestety potem
znów zaszli nam za skórę,ale nawet nie chce mi się już o tym
pisać. A propos religii i ich mnogości, Bartek parę dni temu miał
ciekawe przemyślenia na ten temat. Powiedział, że na każdej ulicy
jest świątynia innego wyznania, do każdej tłumnie ciągną
wierni, mają swoje rytuały, swoje obiekty kultu, każda ma innych
bogów, inne gesty... Wierni każdej z nich daliby się za nią
pokroić, często walczą o nie, zabijają... I jak brać to wszystko
na poważnie, jak w tym tłumie faktycznie dopatrzeć się jakiejś
świętości i boskości? Kto ma rację? W religii katolickiej
przecież też jest dużo gestów, które dla innych wyznawców mogą
wydawać się dziwne. U nas robi się znak krzyża, przyjmuje
komunię, w świątyni Sikhów, całują jej próg, w świątyni
buddyjskiej siedzi się po turecku i śpiewa mantry, a u sufich rzuca
kwiaty i coś co wygląda trochę jak popcorn... Faktycznie łapiąc
do tego dystans można pomyśleć, że nie chodzi tu o Boga jako
takiego, a o jakąś potrzebę ludzką, może przynależności, może
mistycyzmu, duchowości w życiu, którą religia świetnie może
zagospodarować. W końcu ludzie rzadko wybierają religie świadomie,
najczęściej jest ona dziedziczona, trochę tak jak tradycje
rodzinne i style zachowania. Podróże uczą nas jednego, świat jest
zbyt różnorodny, żeby kłócić się o pewne sprawy, chociażby
właśnie takie jak religia, którą wyznajemy, bądź nie. I jeszcze
jednego, że największa liczba zabytków to budowle właśnie
związane z wyznawaniem jakiegoś kultu, czyli, ze ta potrzeba
duchowości i szukania sensu w życiu jest bardzo, ogromnie ważna.
Po świątyni Lotosu pojechaliśmy do
wielkiej świątyni hinduistycznej, bardzo nowoczesnej, bo
wybudowanej, a dokładniej oddanej do użytku w 2005 roku -
Akshardham. Jest to chyba najprzyjemniejsze miejsce jakie mieliśmy
okazję odwiedzić w trakcie naszego niedługiego pobytu w Indiach.
Co prawda dostępu do niego bronią ze trzy bramki bezpieczeństwa,
nie wolno wnosić absolutnie nic poza butelką wody, portfelem i
paszportem, a kolejki przed wejściem są baaardzo długie. Dzięki
temu jednak prawdopodobnie świątynia i okolice aż lśnią z
czystości, no i przede wszystkim nikt nie robił nam zdjęć, ani z
ukrycia, ani jawnie! :-) My też nie mogliśmy zrobić żadnego
zdjęcia, co było minusem, ale dwie godziny względnego spokoju w
miłym otoczeniu w zupełności nam to wynagrodziło. Nie ma chyba
bardziej zdobnych i bogatych świątyń niż hinduistyczne. Nie ma w
nich, a już na pewno w tej, nawet 20 centymetrów kwadratowych
gładkiej ściany, czy kolumny, praktycznie całą przestrzeń
pokryta jest rzeźbami i zdobieniami. Wrażenie jest niesamowite i
nie można od nich oderwać wzroku. Właśnie tak wyobrażałam sobie
zawsze świątynie z hinduskich bajek. One właśnie są takie
bajkowe, takie trochę nie z tego świata. A już na pewno taką
świątynią jest Akshardham! Najbardziej podobały mi się magiczne
kafelki, z jakiegoś białego tworzywa, które nie parzyły w stopy!
Były tam nawet napisy, które głosiły: walk on white! O yeah! Z
wielką przyjemnością :-) Szkoda, że nie zainstalowano ich w
każdej świątyni, zamiast wpijających się w bose stopy dywanów
ze sznura, zrobionych metodą grubego splotu... Wracając do naszej
świątyni, której nie będę tu szczegółowo opisywać –
zachęcam do wyszukania kilku zdjęć w internecie :-) Jedno jest
pewne, robi wrażenie, chociaż, ponieważ zbudowana została z
piaskowca, niestety w kilku miejscach widać już uszczerbki na jej
urodzie.
Delhi jest miastem dziwnym, z jednej
strony nowoczesnym, pełnym pięknych budowli, centrów handlowych i
innych udogodnień, z drugiej, straszącym nędzą i brudem. W
dzielnicy ambasad, gdzie byliśmy parokrotnie, nie ma oczywiście ani
brudu, ani nędzy. Tam widzieliśmy równo przystrzyżone trawniki,
nawet pana, który zbierał liście do worka – jakimś dziwnym
kawałkiem deski, w pracy szefostwo nie zapewniło mu jeszcze miotły
i szufelki. Dzielnica ambasad jednak to nie prawdziwe Delhi, a
enklawa dla ludzi zza granicy, gdzie każda posesja otoczona jest
wysokim murem, a ulice są bardzo szerokie.
Delhi to też miasto, w którym
wybudowano metro. 6 długich linii, których 10 lat temu jeszcze nie
było! Gigantyczne przedsięwzięcie budowlane, które ułatwiło
życie milionom ludzi w nim żyjących. Metro porządne,
nowoczesne... czego chcieć więcej? Tylko i wyłącznie tego, żeby
ludzie z niego korzystający potrafili się zachować w cywilizowany
sposób... Tak niewiele, a jednak tak wiele. Nienawidziłam podróży
tym metrem. Taranujące się wzajemnie masy ludzkie, bardzo
skutecznie mnie do tego zniechęciły. A jednak turysta zwiedzający
Delhi na własną rękę nie ma wielkiego wyjścia. Metro pozwala mu
zaoszczędzić masę czasu i pieniędzy. Nawet nie chcę sobie
wyobrażać jak było te 10 lat temu i ile czasu poświęcało się
na zobaczenie tego miejskiego giganta! Metro jest klimatyzowane co
jest dużym plusem. Władze miasta, próbują również zapanować na
tą całą ciżbą i praktycznie cały czas słychać jakieś
pouczające komunikaty, a to, nie przepychaj się w drzwiach, daj
najpierw wysiąść wysiadającym (!), a to ustąp miejsca
potrzebującym, nie siadaj na miejscu dla kobiet, itd... Miejsca dla
kobiet są specjalnie wydzielone, nie tylko miejsca siedzące w
każdym z wagonów, ale również cały jeden wagon, w każdym z
pociągów! Oczywiście nie wszyscy mężczyźni stosują się do
przepisów, ponieważ najzwyczajniej w świecie, w wagonie kobiecym
jest zazwyczaj najluźniej. Tylko na stacjach położonych w miarę w
centrum wszystko dzieje się zgodnie z prawem, ale pewnie dlatego, że
tam są strażnicy, a za łamanie przepisów wyznaczone są kary
pieniężne. Np za blokowanie drzwi do metra 5000 tysięcy rupii
lub... 4 lata więzienia... No cóż widocznie 200 rupii kary za
siedzenie w damskim wagonie to niezbyt straszne (4 $). Ostatniego
dnia kiedy zwiedzaliśmy Delhi, poszliśmy po rozum do głowy i ja
wsiadałam przez wagon kobiecy. Nie byłam wtedy tak narażona na
zgniecenie, a co ważniejsze, na przypadkowe „macnięcie”, co
zdarzyło się kilka razy w wagonie ogólnym... Niby przez przypadek,
niby przez tłok... aghghgah.... Wagony nie są przedzielone żadnymi
drzwiami, więc spotykaliśmy się z Bartkiem na zetknięciu dwóch
wagonów i jakoś to szło. A na pewno było dla mnie o wiele mniej
stresujące.
To tyle o Delhi, na razie.
Postanowiliśmy jednak z niego wyjechać i nie tylko z niego, a w
ogóle z Indii. Spędziliśmy dzień na przeorganizowaniu się. Nasi
znajomi ze sklepu odzieżowego, do których poszliśmy poradzić się
w sprawie wysłania paczki do Polski z niepotrzebnymi nam już
rzeczami, zaoferowali pomoc. Oni takich paczek wysyłają codziennie
bardzo dużo i po prostu zaoferowali się, że wyślą też naszą.
Oczywiście zapłaciliśmy za to i to dość słono, ponieważ
wybraliśmy jednak opcję poczty lotniczej, ale za to podobno w miarę
pewnej, a poza tym paczka ma dotrzeć w 10 dni, a nie za 4 miesiące,
jeśli w ogóle :-) Bardzo pomocni ludzie, napoili nas herbatą,
zapakowali naszą paczkę, trzeba było spisać każdą parę
skarpet, którą odsyłaliśmy :-), pozwolili korzystać ze swojego
wifi. Spędziliśmy tam ze 4 godziny, a ja dokupiłam jeszcze jedną
bluzkę (masakra!). Wieczorem, przed odjazdem na lotnisko (Pan
Pomocny zamówił nam jeszcze tanią taksówkę!), spotkaliśmy się
jeszcze z Łukaszem, zjedliśmy razem kolację, wyściskaliśmy się
i ruszyliśmy. Ruszyliśmy to mało powiedziane. Wystrzeliliśmy z
procy! Pan taksówkarz miał misję, zawieźć nas na lotnisko i
zrobić to szybko (nie dlatego, że my chcieliśmy, bo czas był, ale
pewnie dlatego, że miał jeszcze sporo pracy później). Jadąc
przez naszą dzielnicę, było jeszcze w miarę normalnie. Jednak
kiedy tylko wyjechaliśmy na szerszą ulicę, oczy wyszły mi z orbit
i po 5 minutach zarządziłam zapięcie pasów, po 10 całkowicie
zmiękły mi kolana, a po 15 zaczęło mi się wydawać, że boli
mnie serce. To co nasz kierowca wykonywał na ulicy było wirtuozerią
niebezpiecznej jazdy... Pruł ile fabryka dała, hamował tak, że
wywoływał u nas wstrząs mózgu, nie respektować pasów, trąbił,
przyspieszał... Nie, nie tylko on się tak zachowywał, w ten sposób
zachowywali się WSZYSCY. Czy to normalne, że na trzypasmówce
jedzie pięć rzędów aut? Tam tak. Niektóre auta nie mają nawet
lusterek, podobno to standard, po prostu długo się tu nie uchowają,
a poza tym oni i tak wszystko załatwiają trąbieniem. Szalona jazda
nie była jedynym dziwactwem kierowcy. Np. w trakcie jazdy zaczął
zakładać koszulę. Na którychś światłach wysiadł i założył
… spodnie. Potem znów wyskoczył i zaczął polewać szybę jakimś
płynem z butelki i czyścić ją szmatą. Cieszę się naprawdę, że
nie czytał gazety lub nie oglądał filmu na komórce, chociaż
chyba bardziej by mnie to już nie zszokowało. Pamiętam kiedyś
taki mój sen. Jechałam samochodem z jakimś kierowcą i ten obwoził
mnie po jakimś nieznanym mieście. Również jechał szybko i
również się stresowałam. I pamiętam jak dziś, że w pewnym
momencie kierowca ze snu zapragnął przejechać pomiędzy dwoma
słupkami i to, że byłam pewna, że mu się to nie uda i moje
bezbrzeżne zdziwienie, kiedy jednak mu się udało... No więc w
trakcie naszego rajdu takie sytuacje mieliśmy kilkanaście razy. NIE
WIEM jak udaje im się co chwila nie prowokować kraks. Nie wiem....
Na lotnisku odbyło się już bez
większych niespodzianek. Chwila minęła zanim doszłam do siebie,
ale potem wszystko poszło dobrze. Samolot mieliśmy dopiero o 0:50
więc od 21:30 troszkę się wynudziliśmy, ale przynajmniej było
czysto i w miarę chłodno. Sam lot nie był zbyt spokojny, nad Birmą
zaczęło nami rzucać i tak już było do końca, co oznaczało
oczywiście, ze nie przespałam, nawet trzydziestu minut z całego
pięciogodzinnego lotu... Bartek nie miał tego problemu :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz