środa, 22 maja 2013

Masochizmowi mówimy NIE!


Dzięki wspaniałej opiece Bartka i sile żółtej tabletki (podobno najlepszy miejscowy specyfik na problemy żołądkowe) jakoś stanęłam na nogi i chociaż były chwiejne, zdecydowaliśmy się jeszcze troszkę pozwiedzać to „niesamowite”, pełne kontrastów miasto... Zanim jednak wyszliśmy z hotelu, odbyliśmy rozmowę z Łukaszem i doszliśmy do wniosku, że chyba wolimy się spotkać w późniejszym czasie gdzieś w Azji i nie tracić sił i zapału na zwiedzanie Indii, które, no co tu dużo mówić, chyba się już zorientowaliście, nie przypadły nam do gustu. Postanowiliśmy opuścić ojczyznę Ghandiego nazajutrz i polecieć prosto na Filipiny, gdzie zamierzamy oddać się odpoczynkowi i wszelkim dostępnym rekreacjom. Polecimy może nie do końca prosto, ale o tym później.

Tymczasem, po całym dniu spędzonym w hotelu, wyszłam na miasto i po 5 minutach poczułam, że wyparowało ze mnie z 50% zgromadzonych przez poprzedni dzień sił... Upał nie wpływa najlepiej na choroby żołądka, plan jednak mieliśmy ambitny i z dwoma przesiadkami metrem pojechaliśmy zwiedzić Lotus Temple, wielką świątynie podobną do opery w Sydney, która... no właśnie, nie należy do żadnego konkretnego wyznania... jest świątynią wszystkich religii, ma za ambicję gromadzić ludzi wszystkich możliwych wyznań, aby mogli wspólnie modlić się pod jednym dachem... Idea nam się bardzo spodobała, nie było w świątyni atrybutów, ani symboli żadnej znanej nam religii, ludzie wchodzili, siadali na marmurowych ławkach, modlili się, bądź odpoczywali korzystając z odrobiny chłodu, które dostarczało wnętrze i wychodzili... A jednak dowiedzieliśmy się potem, że religia wszystkich religii, bahaizm - to coś w rodzaju sekty zrzeszającej, jakichś swoich wyznawców. Mówię sekty ponieważ jest obowiązek wpłacania składek, werbują do pracy w świątyni wolontariuszy, podobno nawet z Polski i nie jest to do końca tak bardzo wolne od wszelkich dogmatów miejsce, jak byśmy tego chcieli. Bahaizm według Wikipedii to „religia monoteistyczna, podkreślająca duchową jedność wszystkich ludzi”.

Tego dnia pobiłam też rekord, wytrzymałam 1,5 h nie wkurzając się na Hindusów. Niestety potem znów zaszli nam za skórę,ale nawet nie chce mi się już o tym pisać. A propos religii i ich mnogości, Bartek parę dni temu miał ciekawe przemyślenia na ten temat. Powiedział, że na każdej ulicy jest świątynia innego wyznania, do każdej tłumnie ciągną wierni, mają swoje rytuały, swoje obiekty kultu, każda ma innych bogów, inne gesty... Wierni każdej z nich daliby się za nią pokroić, często walczą o nie, zabijają... I jak brać to wszystko na poważnie, jak w tym tłumie faktycznie dopatrzeć się jakiejś świętości i boskości? Kto ma rację? W religii katolickiej przecież też jest dużo gestów, które dla innych wyznawców mogą wydawać się dziwne. U nas robi się znak krzyża, przyjmuje komunię, w świątyni Sikhów, całują jej próg, w świątyni buddyjskiej siedzi się po turecku i śpiewa mantry, a u sufich rzuca kwiaty i coś co wygląda trochę jak popcorn... Faktycznie łapiąc do tego dystans można pomyśleć, że nie chodzi tu o Boga jako takiego, a o jakąś potrzebę ludzką, może przynależności, może mistycyzmu, duchowości w życiu, którą religia świetnie może zagospodarować. W końcu ludzie rzadko wybierają religie świadomie, najczęściej jest ona dziedziczona, trochę tak jak tradycje rodzinne i style zachowania. Podróże uczą nas jednego, świat jest zbyt różnorodny, żeby kłócić się o pewne sprawy, chociażby właśnie takie jak religia, którą wyznajemy, bądź nie. I jeszcze jednego, że największa liczba zabytków to budowle właśnie związane z wyznawaniem jakiegoś kultu, czyli, ze ta potrzeba duchowości i szukania sensu w życiu jest bardzo, ogromnie ważna.

Po świątyni Lotosu pojechaliśmy do wielkiej świątyni hinduistycznej, bardzo nowoczesnej, bo wybudowanej, a dokładniej oddanej do użytku w 2005 roku - Akshardham. Jest to chyba najprzyjemniejsze miejsce jakie mieliśmy okazję odwiedzić w trakcie naszego niedługiego pobytu w Indiach. Co prawda dostępu do niego bronią ze trzy bramki bezpieczeństwa, nie wolno wnosić absolutnie nic poza butelką wody, portfelem i paszportem, a kolejki przed wejściem są baaardzo długie. Dzięki temu jednak prawdopodobnie świątynia i okolice aż lśnią z czystości, no i przede wszystkim nikt nie robił nam zdjęć, ani z ukrycia, ani jawnie! :-) My też nie mogliśmy zrobić żadnego zdjęcia, co było minusem, ale dwie godziny względnego spokoju w miłym otoczeniu w zupełności nam to wynagrodziło. Nie ma chyba bardziej zdobnych i bogatych świątyń niż hinduistyczne. Nie ma w nich, a już na pewno w tej, nawet 20 centymetrów kwadratowych gładkiej ściany, czy kolumny, praktycznie całą przestrzeń pokryta jest rzeźbami i zdobieniami. Wrażenie jest niesamowite i nie można od nich oderwać wzroku. Właśnie tak wyobrażałam sobie zawsze świątynie z hinduskich bajek. One właśnie są takie bajkowe, takie trochę nie z tego świata. A już na pewno taką świątynią jest Akshardham! Najbardziej podobały mi się magiczne kafelki, z jakiegoś białego tworzywa, które nie parzyły w stopy! Były tam nawet napisy, które głosiły: walk on white! O yeah! Z wielką przyjemnością :-) Szkoda, że nie zainstalowano ich w każdej świątyni, zamiast wpijających się w bose stopy dywanów ze sznura, zrobionych metodą grubego splotu... Wracając do naszej świątyni, której nie będę tu szczegółowo opisywać – zachęcam do wyszukania kilku zdjęć w internecie :-) Jedno jest pewne, robi wrażenie, chociaż, ponieważ zbudowana została z piaskowca, niestety w kilku miejscach widać już uszczerbki na jej urodzie.

Delhi jest miastem dziwnym, z jednej strony nowoczesnym, pełnym pięknych budowli, centrów handlowych i innych udogodnień, z drugiej, straszącym nędzą i brudem. W dzielnicy ambasad, gdzie byliśmy parokrotnie, nie ma oczywiście ani brudu, ani nędzy. Tam widzieliśmy równo przystrzyżone trawniki, nawet pana, który zbierał liście do worka – jakimś dziwnym kawałkiem deski, w pracy szefostwo nie zapewniło mu jeszcze miotły i szufelki. Dzielnica ambasad jednak to nie prawdziwe Delhi, a enklawa dla ludzi zza granicy, gdzie każda posesja otoczona jest wysokim murem, a ulice są bardzo szerokie.

Delhi to też miasto, w którym wybudowano metro. 6 długich linii, których 10 lat temu jeszcze nie było! Gigantyczne przedsięwzięcie budowlane, które ułatwiło życie milionom ludzi w nim żyjących. Metro porządne, nowoczesne... czego chcieć więcej? Tylko i wyłącznie tego, żeby ludzie z niego korzystający potrafili się zachować w cywilizowany sposób... Tak niewiele, a jednak tak wiele. Nienawidziłam podróży tym metrem. Taranujące się wzajemnie masy ludzkie, bardzo skutecznie mnie do tego zniechęciły. A jednak turysta zwiedzający Delhi na własną rękę nie ma wielkiego wyjścia. Metro pozwala mu zaoszczędzić masę czasu i pieniędzy. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jak było te 10 lat temu i ile czasu poświęcało się na zobaczenie tego miejskiego giganta! Metro jest klimatyzowane co jest dużym plusem. Władze miasta, próbują również zapanować na tą całą ciżbą i praktycznie cały czas słychać jakieś pouczające komunikaty, a to, nie przepychaj się w drzwiach, daj najpierw wysiąść wysiadającym (!), a to ustąp miejsca potrzebującym, nie siadaj na miejscu dla kobiet, itd... Miejsca dla kobiet są specjalnie wydzielone, nie tylko miejsca siedzące w każdym z wagonów, ale również cały jeden wagon, w każdym z pociągów! Oczywiście nie wszyscy mężczyźni stosują się do przepisów, ponieważ najzwyczajniej w świecie, w wagonie kobiecym jest zazwyczaj najluźniej. Tylko na stacjach położonych w miarę w centrum wszystko dzieje się zgodnie z prawem, ale pewnie dlatego, że tam są strażnicy, a za łamanie przepisów wyznaczone są kary pieniężne. Np za blokowanie drzwi do metra 5000 tysięcy rupii lub... 4 lata więzienia... No cóż widocznie 200 rupii kary za siedzenie w damskim wagonie to niezbyt straszne (4 $). Ostatniego dnia kiedy zwiedzaliśmy Delhi, poszliśmy po rozum do głowy i ja wsiadałam przez wagon kobiecy. Nie byłam wtedy tak narażona na zgniecenie, a co ważniejsze, na przypadkowe „macnięcie”, co zdarzyło się kilka razy w wagonie ogólnym... Niby przez przypadek, niby przez tłok... aghghgah.... Wagony nie są przedzielone żadnymi drzwiami, więc spotykaliśmy się z Bartkiem na zetknięciu dwóch wagonów i jakoś to szło. A na pewno było dla mnie o wiele mniej stresujące.

To tyle o Delhi, na razie. Postanowiliśmy jednak z niego wyjechać i nie tylko z niego, a w ogóle z Indii. Spędziliśmy dzień na przeorganizowaniu się. Nasi znajomi ze sklepu odzieżowego, do których poszliśmy poradzić się w sprawie wysłania paczki do Polski z niepotrzebnymi nam już rzeczami, zaoferowali pomoc. Oni takich paczek wysyłają codziennie bardzo dużo i po prostu zaoferowali się, że wyślą też naszą. Oczywiście zapłaciliśmy za to i to dość słono, ponieważ wybraliśmy jednak opcję poczty lotniczej, ale za to podobno w miarę pewnej, a poza tym paczka ma dotrzeć w 10 dni, a nie za 4 miesiące, jeśli w ogóle :-) Bardzo pomocni ludzie, napoili nas herbatą, zapakowali naszą paczkę, trzeba było spisać każdą parę skarpet, którą odsyłaliśmy :-), pozwolili korzystać ze swojego wifi. Spędziliśmy tam ze 4 godziny, a ja dokupiłam jeszcze jedną bluzkę (masakra!). Wieczorem, przed odjazdem na lotnisko (Pan Pomocny zamówił nam jeszcze tanią taksówkę!), spotkaliśmy się jeszcze z Łukaszem, zjedliśmy razem kolację, wyściskaliśmy się i ruszyliśmy. Ruszyliśmy to mało powiedziane. Wystrzeliliśmy z procy! Pan taksówkarz miał misję, zawieźć nas na lotnisko i zrobić to szybko (nie dlatego, że my chcieliśmy, bo czas był, ale pewnie dlatego, że miał jeszcze sporo pracy później). Jadąc przez naszą dzielnicę, było jeszcze w miarę normalnie. Jednak kiedy tylko wyjechaliśmy na szerszą ulicę, oczy wyszły mi z orbit i po 5 minutach zarządziłam zapięcie pasów, po 10 całkowicie zmiękły mi kolana, a po 15 zaczęło mi się wydawać, że boli mnie serce. To co nasz kierowca wykonywał na ulicy było wirtuozerią niebezpiecznej jazdy... Pruł ile fabryka dała, hamował tak, że wywoływał u nas wstrząs mózgu, nie respektować pasów, trąbił, przyspieszał... Nie, nie tylko on się tak zachowywał, w ten sposób zachowywali się WSZYSCY. Czy to normalne, że na trzypasmówce jedzie pięć rzędów aut? Tam tak. Niektóre auta nie mają nawet lusterek, podobno to standard, po prostu długo się tu nie uchowają, a poza tym oni i tak wszystko załatwiają trąbieniem. Szalona jazda nie była jedynym dziwactwem kierowcy. Np. w trakcie jazdy zaczął zakładać koszulę. Na którychś światłach wysiadł i założył … spodnie. Potem znów wyskoczył i zaczął polewać szybę jakimś płynem z butelki i czyścić ją szmatą. Cieszę się naprawdę, że nie czytał gazety lub nie oglądał filmu na komórce, chociaż chyba bardziej by mnie to już nie zszokowało. Pamiętam kiedyś taki mój sen. Jechałam samochodem z jakimś kierowcą i ten obwoził mnie po jakimś nieznanym mieście. Również jechał szybko i również się stresowałam. I pamiętam jak dziś, że w pewnym momencie kierowca ze snu zapragnął przejechać pomiędzy dwoma słupkami i to, że byłam pewna, że mu się to nie uda i moje bezbrzeżne zdziwienie, kiedy jednak mu się udało... No więc w trakcie naszego rajdu takie sytuacje mieliśmy kilkanaście razy. NIE WIEM jak udaje im się co chwila nie prowokować kraks. Nie wiem....

Na lotnisku odbyło się już bez większych niespodzianek. Chwila minęła zanim doszłam do siebie, ale potem wszystko poszło dobrze. Samolot mieliśmy dopiero o 0:50 więc od 21:30 troszkę się wynudziliśmy, ale przynajmniej było czysto i w miarę chłodno. Sam lot nie był zbyt spokojny, nad Birmą zaczęło nami rzucać i tak już było do końca, co oznaczało oczywiście, ze nie przespałam, nawet trzydziestu minut z całego pięciogodzinnego lotu... Bartek nie miał tego problemu :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz