Po wylądowaniu w Hong Kongu, od razu
ruszyliśmy na miasto. Mieliśmy 6 godzin na zwiedzenie tej oazy
nowoczesności więc pomimo mojego fatalnego niewyspania, wsiedliśmy
w pociąg i ruszyliśmy na podbój :-) Hongkong był wszystkim tym,
czym nie były Indie, dlatego od razu dobrze się tam poczuliśmy.
Doceniliśmy jego porządek, nowoczesność, poukładanie... Czuliśmy
się tam normalnie, nikt się na nas nie gapił, nie przepychał.
Jedynym mankamentem była pogoda, niby dwadzieścia parę stopni,
jednak ogromne zachmurzenie i niesamowita wilgotność. Nie było to
dla nas zbyt komfortowe, jednak nie zraziliśmy się, bo w końcu to
tylko pogoda i postanowiliśmy wykupić bilety na jeden z
proponowanych bus tourów po mieście. Czasu nie mieliśmy wiele
postanowiliśmy więc skupić się na tym co możemy zobaczyć, a nie
ganiać po mieście z wywieszonym językiem, starając się zobaczyć
wszystko. Przejechaliśmy przez całe centrum, pośród drapaczy
chmur, podziwiając te ogromne i nowoczesne budowle. Siedzieliśmy na
dachu autobusu, więc wiaterek przyjemnie owiewał nasze zmęczone
ciała i jakoś dawało się wytrzymać panującą duchotę. Nasz
automatyczny przewodnik powiedział nam, że zakupy to jedno z
ulubionych zajęć mieszkańców Hong Kongu, autokar obwiózł nas po
ulicach przepełnionych ekskluzywnymi butikami, marek, które do tej
pory znałam tylko z Vogue'a... Faktycznie muszą kochać zakupy,
ponieważ każdy zakątek zagospodarowany był jakimś sklepem lub
butikiem. My oczywiście nie skusiliśmy się na żadne zakupy,
przecież dopiero co z ulga pozbyliśmy się części rzeczy! :-)
Skusiliśmy się za to na jazdę
tramwajem, na szczyt jakiegoś wzgórza, co było bardzo fajnym
przeżyciem, ponieważ chociaż na górze nic a nic nie było widać,
ze względu na mgłę i chmury, sama jazda tramwajem była bardzo
emocjonująca. Tramwaj wspina się na zbocze bardzo, bardzo ostro i
był to chyba mój najbardziej stromy wjazd w życiu!
Wizytę w Hong Kongu zakończyliśmy
siedząc na ławeczce i jedząc ciastka, które zakupiłam jeszcze w
Indiach. Ceny lokalne zniechęciły nas do jedzenia lunchu w
restauracji... Po zjedzeniu ciastek wysypałam okruszki na ziemię,
żeby ptaki mogły je sobie zjeść, a zaraz potem Bartek wyczytał
gdzieś, że za śmiecenie jest jakaś niebotyczna kara pieniężna....
Ale okruszków nie zabrałam, bez przesady....
Nasz samolot do Manili miał niestety
dwie godziny opóźnienia, ze względu na pogodę panującą w Hong
Kongu, porobiły się jakieś straszne kolejki i nie mogliśmy
wystartować. Trochę już byliśmy umęczeni, jednak bliskość
dotarcia do celu podnosiła nas trochę na duchu.
W Manili wylądowaliśmy w końcu koło
20, zamiast 18:30, samolot nadrobił trochę w powietrzu. Znów nami
mocno trzęsło, ale starałam się skupić na jakimś filmie i nie
myśleć o tym, że zaraz popadnę w jakąś samolotową depresję.
jakies zdjecia beda? :)
OdpowiedzUsuńa nie wiem kto się ich domaga.... :-)
OdpowiedzUsuńps. podpisujcie się!!
Nie wiem kim był poprzedni anonimowiec ale Kondejos chętnie by drapacza chmur pooglądał:)
OdpowiedzUsuńdobra Kondejos, załatwię Ci to :-)
Usuńnie znamy sie osobiscie, ale sliedzilam Wasze losy juz podczas pierwszej wyprawy i tam wrzucaliscie troszke wiecej zdjec :)teraz tez ciekawie sie wszystko czyta, ale zdjecia bylyby dobrym dopelnieniem wszystkiego :)powodzenia na dalszym etapie podrozy. AS
OdpowiedzUsuńMieliśmy zepsuty komputer, a raczej kabel, więc siłą rzeczy nic nie mogliśmy na nim robić, stąd brak zdjęć. Drugi powód jest taki, że mamy tu tyle ciekawych rzeczy do roboty, że na bloga najzwyczajniej w świecie nie starcza czasu, w końcu przyjechaliśmy tu, żeby przeżywać i doznawać, nie siedzieć przed komputerem :-) Staramy się jak możemy. Ale Bartek postara się nadrobić. pozdrawiam
Usuńno tak, to zrozumiale: przezywanie i doznawanie na pierwszym miejscu, zwlaszcza, ze sporo sie dzieje :) dzieki za zdjecia!:) i bawcie sie dobrze; powodzenia! AS
OdpowiedzUsuń