Żeby dojechać do Agry, miasta w
którym znajduje się jeden z cudów świata architektury nowożytnej
– Taj Mahal, musieliśmy wstać o 5 i przed 6 rano stawić się na
dworcu. Podróż nie była zbyt długa i bolesna, spędziliśmy ją w
klimatyzowanym wagonie, na podwójnym siedzeniu, z dużą ilością
miejsca na nogi. Po ponad dwóch godzinach dojechaliśmy na miejsce,
zwarci i gotowi, aby zaraz po zalogowaniu się w hotelu (który
zamówiliśmy poprzedniego dnia przez internet) ruszyć na miasto i
oddać się bez reszty zwiedzaniu. Do hotelu pojechaliśmy
tuk-tukiem. Przez pół drogi miły pan kierowca zabawiał nas
rozmową, w całkiem dobrej angielszczyźnie. Pokazał nam notesik,w
którym ludzie pisali mu jak bardzo byli zadowoleni z jego usług
przewodnika. Oczywiście posiadał również stosowne wpisy po
polsku. Od razu wiedziałam czym to pachnie. Miły pan kierowca,
koniecznie chciał zwerbować nas jako swoich klientów na cały
dzień. Kiedy wyłuskał już swoją ofertę, zatrzymał rikszę na
poboczu i przedstawił ją nam w szczegółach. To jasne, że lepiej
by było dla niego zostać naszym przewodnikiem na cały dzień za
900 rupii, niż zrobić kilka kursów, za kilkadziesiąt. Na mój
gust jednak za dużo gadał, poza tym my raczej nie korzystamy z
takich usług. Gdybyśmy chcieli uszczęśliwić wszystkich
potencjalnych przewodników, którzy chcą się nami zająć, szybko
wyczerpałby nam się budżet. Ciężkie prawa podróżowania z
plecakiem. Pan był niepocieszony i trochę było mi go żal, no ale
trudno...
Nasz pokój w hotelu wyglądał znośnie
i tylko trochę obskurnie (no ale tego się spodziewaliśmy, w końcu
zabukowaliśy tańszą opcję, za 340 rupii (ok. 20 zł/pokój).
Jedynym problemem jaki mieliśmy były wychodzące z kanalizacji...
koniki polne. Upodobały sobie zwłaszcza umywalkę i skubane były
wielkimi twardzielami, ponieważ wytrzymywały nawet puszczanie na
nie przez kilka minut strumienia wody. Natomiast dużym atutem był
taras znajdujący się na dachu budynku, gdzie pod namiotem można
było rozsiąść się na krzesłach i czekać na jakikolwiek powiew
świeżej bryzy... Ale to później.
Do Taj Mahalu od hotelu było
stosunkowo blisko, poszliśmy więc pieszo. „Stosunkowo blisko” w
ponad czterdziestostopniowym upale i w pełnym słońcu ma trochę
inny wymiar niż zwykle, jednak dzielnie parliśmy do przodu i w
końcu znaleźliśmy jakieś wejście. A tam niestety czekała nas
przykra niespodzianka. Pisałam już, że za wiele się po Indiach
nie spodziewaliśmy, naprawdę bardzo, bardzo niewiele. Jednak to co
zobaczyliśmy zaraz w sąsiedztwie „cudu świata”, jak sami
określają go Hindusi, trochę nas podłamało – syf, malaria,
ścieki i smród, wszystko co najgorsze. Pewnie myślimy nie tak jak
trzeba, jakoś dziwnie po europejsku, ale może warto by było
uporządkować chociaż ten mały skrawek terenu wokół jednego z
największych zabytków na świecie... A może nie.... Nie mówię
już nawet o tym, że każdy sprzedawca, absolutnie każdy chciał
nam wcisnąć jakiś swój towar – np. wodę, chociaż widzieli, że
niesiemy właśnie po dwie butelki każdy. Sam Taj Mahal natomiast
nas nie zawiódł. Jest naprawdę piękną, majestatyczną,
niesamowitą w swych proporcjach budowlą, która w sposób
magnetyczny każe na siebie patrzeć, patrzeć, patrzeć, bez końca.
Taj Mahal, to mauzoleum, pomnik miłości, który cesarz Shah Jahan,
kazał wybudować po śmierci swojej ukochanej żony, Mumtaz Mahal
(miał ich kilka), która zmarła w 1631 roku, gdy wydawała na świat
ich 14 potomka. Budowla została ukończona dopiero w 1653 roku,
jednak cesarz nie mógł się nią długo cieszyć, ponieważ jeden z
jego synów, postanowił przejąć władzę i osadził ojca, w wieży
fortu Agry, gdzie ten mógł patrzeć na grób swojej żony jedynie
przez okienko.... Po śmierci ojca, niegodny syn, okazał się jednak
na tyle porządny, że pochował go obok ukochanej. Spodziewaliśmy
się, że w samym Taj Mahalu będzie trochę więcej do zwiedzania, a
tam było tylko pomieszczenie, w którym znajdują się sarkofagi
Shaha i Mumtaz i kilka przylegających pomieszczeń, w których nie
znajduje się nic.. Ciekawostką jest to, że w sarkofagach wcale nie
spoczywają ciała małżonków. W podziemiach Taj Mahalu są
specjalne krypty, w których je pochowano, jednak (i może na
szczęście) zwiedzający nie mają tam wstępu. Cały Taj Mahal,
wykonany jest z białego marmuru, wnętrze górnej krypty również.
I tu można śmiało powiedzieć, że jest to prawdziwe dzieło
sztuki. Sarkofagi, otacza marmutowy „płotek”, wykuty z jednego
kawałka marmuru(!) który wygląda, jakby był pleciony z
delikatnych roślin i jest inkrustowany tysiącami kamieni
szlachetnych i półszlachetnych. Wszędzie są motywy roślinne,
które jak wierzono przedstawiają raj. Wspaniałą, doniosłą
atmosferę zakłócają jedynie gwizdki strażników, którzy w ten
sposób próbują popędzić zwiedzających, aby nie zatrzymywali się
na długo i szli zgodnie z jakimś ustalonym porządkiem. No
comments. (Gwizdki i strażników zauważyliśmy w wielu zabytkowych
miejscach, chciałam parę razy im powiedzieć, żeby sobie je …. ,
ale znów, co ja tam wiem o kulturze i psychice Hindusów...)
Zwiedzając Taj Mahal poparzyliśmy sobie ponadto stopy. Chcieliśmy
być ekologiczni i nie brać plastikowych ochraniaczy na buty i tak
jak Hindusi chodzić boso. My chyba mamy jednak inną tolerancję na
te temperatury... W miejscach nie zakrytych przed słońcem
musieliśmy biec co sił w nogach, żeby się naprawdę nie poparzyć.
Marmur był gorący jak płyta w piecyku i nic nie dawało nawet
robienie bardzo szybkich, małych kroczków.
Kolejna rzecz, która doprowadzała
mnie tego dnia do szału – wszyscy chcieli sobie z nami robić
zdjęcie. Biali są tutaj traktowani chyba jak jakiś dziwny twór
natury, wszyscy się na nas gapią, co i tak już jest bardzo mało
komfortowe, a wielu podchodzi z intencją sfotografowania się z
nami. Pal licho jeśli jeszcze pytają, najgorzej jest kiedy np.
jeden koleś staje koło ciebie, kiedy ty np. robisz zdjęcie, a
drugi cyka mu super fotkę z białasem. No cóż, tego dnia mieliśmy
fazę absolutnego niegodzenia się na to. Po 30-stej osobie już
nawet nie chciało mi się tłumaczyć dlaczego. To był po prostu
nieodpowiedni dzień :-)
Po Taj Mahalu pojechaliśmy zwiedzić
jeszcze Fort Agra, nie będę się może na ten temat rozpisywać
zbyt wiele, bo i sam fort nie był aż tak ekstremalnie ciekawy. Był
to kompleks zabudowań pałacowych (ponieważ służyły głównie do
mieszkania, mniej do obrony), którego budowę rozpoczęto w 1565 z
inicjatywy cesarza Akbara. Jest to ten sam fort, w którym był
przetrzymywany nieszczęsny Shaha. Tak jak on mogliśmy z daleka
obserwować Taj Mahal, był jednak trochę osłonięty przez smog,
który jest tu wszechobecny i nigdy się nie kończący. Ciekawostką jest to, że ze względu na zanieczyszczenie mogące negatywnie wpłynąć na Taj Mahal, riksze i wszelkie pojazdy motorowe nie są dopuszczane bliżej niż mniej więcej 500 metrów... W ogromnym mieście, pełnym riksz i samochodów, gdzie powietrze jest wręcz szare od spalin, na pewno ma to wieeelkie znaczenie....
Po wizycie w forcie, mieliśmy już
tylko siłę iść do hotelu, zasiąść na tarasie i nie robić nic.
Nasze zwiedzanie tego dnia nie było długie, bo trwało zaledwie 4
godziny, jednak nie byliśmy w stanie wykrzesać z siebie więcej
sił, nieludzki upał odebrał nam je wszystkie. Padliśmy na fotele
i w tej pozycji przeczekaliśmy do samego wieczora. Następnego dnia
musieliśmy wstać o 4 rano, żeby zdążyć na pociąg, który
mieliśmy o 5, więc nie zwlekaliśmy zbytnio z pójściem spać.
Koło 22, po wytępieniu wszystkich koników polnych znajdujących
się w naszym pokoju, zapadliśmy w kamienny, aczkolwiek bardzo
gorący sen.
Cudowny ten Taj Mahal...
OdpowiedzUsuńCo do koników polnych to musiałam się przez chwilę zastanowić co jest gorsze. Karaluchy nie są fajne ale kurcze nie wskoczą na Ciebie i się Ciebie boją ale taki konik hardcore? No nie wiem :)
ja się niby nie brzydzę karaluchów, ale jak tak coś na mnie skacze, a właśnie wylazło z syfnej rury, to robi mi się trochę słabo... ;-)
Usuń