12.05.2013
Od dwóch dni znów
jesteśmy w Delhi i pod względem temperatury jest tu trochę
znośniej. Niby też jest upał, ale jakoś nie odczuwa się go tak
dotkliwie, jak w innych miejscach w których byliśmy. Po powrocie do
stolicy, skorzystaliśmy z uprzejmości Łukasza i znów popławiliśmy
się w jego basenie. O jak my o nim marzyliśmy na wyjeździe! W
takim klimacie to jednak boski wynalazek!
Wieczór postanowiliśmy
spędzić w mieście. Ponieważ znów mieszkamy w Cottage Yes Please,
znaleźliśmy się ponownie na Paharganju. Kiedy zjedliśmy,
zaczęliśmy się zastanawiać co robimy dalej i stwierdziliśmy, że
wpadniemy na chwilę do kina, które znajduje się bardzo blisko
naszej rezydencji... Kino nazywa się Imperial Cinema i kiedy się do
niego wchodzi człowiek przenosi się jakby do innej epoki... Myślę,
że kino może mieć z 50 lat i chyba nigdy nie było remontowane.
Akurat leciał jakiś film, zapłaciliśmy więc po 50 rupii i
weszliśmy na salę. Na ekranie, bohaterowie bili się ze sobą w
bardzo efektowny sposób, zakochiwali, porywali, uwalniali... Nic nie
rozumieliśmy, ale rozumienie było akurat jak najbardziej zbędne.
Jakość taśmy z której puszczano film pozostawiał bardzo wiele do
życzenia. Widać było głównie poprzeczne pasy, a kolory wyglądały
jakby film wyprodukowano w latach 50-tych. Przy wyjściu z kina
(wytrzymaliśmy na filmie może z 10 minut) spytałam pana biletera
jak stary jest ten film. Powiedział, że bardzo, bardzo stary, ma
może z …. 10 lat. Titanic powstał 16 lat temu (o Boże, już???),
różnicę pozostawię bez komentarza... :-)
Postanowiliśmy pojechać
do knajp w stylu zachodnim, gdzie bawią się biali i bardziej
zamożna miejscowa młodzież, a mianowicie do dzielnicy Hauz Khas.
Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do świątyni buddyjskiej,
znajdującej się tuż przy stacji naszego metra, w której podobno w
trakcie odwiedzin w Delhi zatrzymuje się Dalaj Lama. Miło było
posiedzieć w czystym miejscu, posłuchać mantr wyśpiewywanych
przez mnichów, poczuć klimat tutejszej duchowości. Po prawej
stronie, na miękkim dywanie siedzieli mężczyźni, po lewej stronie
kobiety (na szczęście również na miękkim). Większość kiwała
się w rytm śpiewanych mantr, niektórzy mieli kartki z tekstem i
śpiewali razem z mnichami. Aż szkoda było wychodzić z tego miłego
miejsca, spieszyło nam się jednak na zimne piwo ;-)
A na miejscu zupełnie
inny świat. Hauz Khas, jest małą enklawą czystości (względnej
oczywiście) i zachodniości, w szalonym świecie indyjskim... Butiki
na wysokim poziomie, europejskie knajpy.. Miło czasem znaleźć się
w takim miejscu i poczuć w zupełnie innym świecie. Tak jak już
pisałam większość klientów to biali i miejscowi zamożni młodzi
ludzie, z dużą przewagą tych drugich. Siedzieliśmy na tarasie
knajpy, sączyliśmy chłodne piwko i relaksowaliśmy się.
Następnego dnia, nie
spieszyliśmy się ze wstawaniem, śniadanie zjedliśmy koło 12.
Zwiedzanie mieliśmy zaplanowane dopiero na 14. Łukasz miał nas
oprowadzić po Old Delhi, gdzie króluje uliczny handel, uliczki są
super wąskie, a domy, pozostałość po kolonizatorach, są w stanie
kompletnego rozkładu... Atmosfera miejsca była dość niesamowita.
Kiedy puści się wodze fantazji, można sobie wyobrazić jak to
miejsce wyglądało wiele lat wcześniej, kiedy budynki (piękne,
bogato zdobione) dopiero powstawały, a ludzie dbali o ich czystość
i wygląd. Łukasz zabrał nas na dach jednego z budynków, skąd
mogliśmy się przyjrzeć jak ulice wyglądają z pewnego oddalenia.
Widok nie do opisania. Syf, malaria, jedno wielkie gruzowisko i
zniszczenie. Zastanawialiśmy się czy tym ludziom nie przeszkadza
życie, właściwie na śmietniku (tu wiele osób literalnie żyje na
śmietniku, tam stoją ich domy, tam bawią się ich dzieci, tam
szukają żywności czy innych przydatnych rzeczy). Odpowiedź znana
jest tylko im. Ciężko stwierdzić, czy po prostu tego nie
zauważają, ponieważ nigdy nie znali niczego innego, nie zależy
im, mają ważniejsze zmartwienia niż chociażby podstawowe dbanie o
swoje otoczenie... nie wiemy. Z naszej perspektywy wygląda to
strasznie, ale może oni postrzegają otaczającą ich rzeczywistość
w zupełnie inny, niedostępny dla naszej świadomości sposób. Na
ulicach królował handel i oczywiście ulice te podzielone były na
„działy tematyczne”. Przyprawy, sari, książki, buty, itd.,
itd. Sprzedawców nie było aż tak wielu, część kramów była
pozamykana, wczoraj była niedziela, czyli ich „sobota”, być
może dlatego sprzedających było o wiele mniej. Po spacerze
uliczkami, zwiedzeniu wielkiego meczetu – Jama Masjid, spróbowaniu
słodkiego indyjskiego ciasteczka smażonego na głębokim tłuszczu
i zjedzeniu posiłku w indyjskim fastfoodzie (!), postanowiliśmy iść
na film. Tym razem szwedzki, „Beyond” wyświetlany w Instytucie
Cervantesa, z okazji trwającego festiwalu filmów europejskich. W
instytucie znów poczuliśmy się jak w domu, czysto ładnie,
przyjemnie :-) Później wróciliśmy do naszej dzielnicy, poszliśmy
do rockowej knajpy, gdzie wskazano nam stolik pod plakatem Kurta
Cobaina i gdzie leciała miła dla naszych uszu rockowa muzyka (no
dobra czasem leciał pop, ale wtedy protestowaliśmy i zmieniano na
różne stare dobre kawałki). Atmosfera w tym pubie była bardzo
miła. Piwo dobre, rum dobry i jedyne co było bardzo, ale to bardzo
niedobre to mój gin... Nie było tonicu (auć), więc po namyśle
poprosiłam, żeby mi przynieśli sodę limonkową, którą znaliśmy
z Jaipuru i która nam bardzo smakowała. Poprosiłam o wersję
sweet. Niestety chyba przez hałas w knajpie kelner mnie nie
dosłyszał i dostałam wersję słoną... :/ Gin ze słoną sodą
limonkową, to NIE-mój ulubiony drink! W dwóch telewizorach
mogliśmy oglądać krykiet (który Chłopaki ciągle krytykują,
mówiąc, że jest to gra bez sensu i nic się w niej nie dzieje) lub
pożegnalny mecz sir Alexa Fergusona. Nasze serca i wzrok kierowały
się w stronę futbolu, chociaż mnie oczywiście trochę to wszystko
„grzało” :P
13.05.2013
Dziś nasz
spacer po Delhi przelał moją osobistą czarę goryczy...
Nawrzeszczałam na ludzi w metrze, co o dziwo poskutkowało, ale
byłam na siebie trochę zła i zbulwersowana, ponieważ zawsze
myślałam, że jestem osobą raczej miłą dla innych. Jakoś w
Indiach, weszło we mnie zło. Codziennie robię postanowienia, że
nie będę się już na tych ludzi denerwować, bo przecież to inna
kultura, inna mentalność, nie ma to sensu. I codziennie mi to nie
wychodzi...
O tym, że jest upał
przy którym nie da się żyć nie ma sensu już pisać. Po prostu
musicie przyjąć, że jest codziennie. Może ten upał wzmaga moją
drażliwość i zmniejsza cierpliwość o 80 procent... Nie wiem.
Grunt, że złapałam dziś doła i nic nie było w stanie poprawić
mi humoru. Pojechaliśmy dziś obejrzeć bardzo ciekawą dla nas
świątynię Sikhów - Gurdwara Bangla Sahib. Sikhowie, to ci panowie, którzy noszą na
głowie bardzo malownicze i potężne turbany – ich kobiety
natomiast nie wyróżniają się żadnym elementem stroju i wyglądają
jak przeciętne Hinduski – sari, chusta, biżuteria. Nie bardzo
wiedzieliśmy jak się tam mamy zachowywać, podglądaliśmy więc
miejscowych. Oczywiście obowiązkowo musieliśmy zdjąć buty, ale
tym razem niespodzianka, nie tylko ja musiałam zakryć głowę,
Bartek i wszyscy mężczyźni również! Bartek dostał od strażnika
śmieszną żółtą chusteczkę, w której wyglądał przezabawnie!
Chcieliśmy dziś
zwiedzić również świątynię sufich - Hazrat Nizam-ud-din
Dargah, oraz grobowiec Humayun zwany małym Taj Mahalem. Droga do
świątyni, po tym jak opuściliśmy metro wiodła wśród takiego
syfu i obrzydlistwa, że w pięć minut straciłam wszystkie siły
psychiczne na zwiedzanie. Jeśli można osiągnąć poziom braku
wytrzymałości na obrzydlistwa, to ja go dziś osiągnęłam.
Oddychałam przez chustkę i starałam się skupiać wzrok na
neutralnych punktach, nie patrząc na boki, aby nie zobaczyć
kolejnych ścieków, obszarpanych, zdeformowanych biedaków, psów
bez sierści, ludzi z jakimiś strasznymi chorobami skóry, o
potwornym fetorze już nie wspomnę. Zbyt wiele tego dla mnie było.
Meczetu nie znaleźliśmy tak od razu, trzeba było wkroczyć w małe
wąskie, islamskie uliczki, gdzie każdy chciał nam sprzedać jakieś
kwiaty, confetti i inne przedmioty potrzebne do odprawiania
religijnych rytuałów. Kiedy w końcu dotarliśmy do świątyni,
szczelnie otoczonej swego rodzaju islamskim bazarem, na którym można
kupić wszystko co potrzebne do wyznawania i praktykowania tej
religii, nie posiedzieliśmy w niej długo. Tłum jaki tam
napotkaliśmy, ogromny tłum krążący wokół grobu świętego
Nizam-ud-din Chisti (zmarł w 1325 r.!) był osaczający, duszący i
sprawiał, że nie było się już gdzie ruszyć. Miejsce jest dość
niesamowite i na pewno warte odwiedzenia, warto się tylko nastawić
na spory hardcore, może wtedy dłużej da się tam wytrzymać.
Oczywiście wszędzie siedzieli żebracy i co gorsza łapali mnie za
spódnicę, czego nie znoszę pasjami. Ewakuacja była więc
najlepszym wyjściem.
Na szczęście grobowiec
Humayun był miłą oazą spokoju po tym wcześniejszym przeżyciu.
Położony w ogromnym ogrodzie, zbudowany z czerwonej cegły, odcina
się od soczystej zieleni ogrodu i jest bardzo miłym widokiem dla
oka. Sam budynek jest oczywiście dużo mnie wspaniały i piękny od
Taj'a, a jednak jest klimatyczny i też całkiem pokaźny.
Po zwiedzaniu
pojechaliśmy spotkać się z Łukaszem na filmie polskim – Ki,
który na chwilę przeniósł nas w realia naszego kraju, co nie było
takie do końca niemiłe :-)
No i właśnie w drodze
powrotnej do domu, koło 19, w godzinach szczytu, kiedy miejscowi
postanowili, w trakcie wsiadania do metra stratować i siebie i nas
(i co gorsza świetnie się przy tym bawili!), nastąpił mój wybuch
gniewu! Kiedy poczułam się jak sardynka w przysłowiowej puszcze, a
ludzie z tyłu jeszcze na nas napierali i miażdżyli, odwróciłam
się i niewiele myśląc wrzasnęłam na cały wagon: Stop that!! I
wtedy stał się cud, bo na twarzach Hindusów pojawiło się
osłupienie i jak za dotknięciem magicznej różdżki przestali się
na nas pchać. Jestem więc niemiłą Danutą P., rozstawiającą
Hindusów po kątach i bardzo mi z tego powodu przykro. Zauważyłam
jednak, że świetnie działa na nich moje podnoszenie głosu, od
razu się trochę dyscyplinują i przestają uprzykrzać nam życie.
14.05.2013
Dzisiejszy
dzień miał być dniem dalszego zwiedzania, a zamiast tego jest
dniem leżenia w łóżku i walczenia z żołądkiem. Mój Ukochany
zdobył dla mnie jakieś "leki z hinduskiej apteki" :-), donosił jedzenie,
poił wodą, może wydobrzeję do jutra :-) Jeśli się uda, to
ruszamy w góry, na północ Indii, razem z Łukaszem, któremu udało
się dostać kilka dni urlopu. A jeśli się nie uda, wsiadamy w
samolot i lecimy odpoczywać na filipińskim morzem! A co!
Green Delhi! Clean Delhi! ;) Podajcie please namiary na sklep dwoch hindusów jesli warto tam zajrzeć. Dzieki, -m
OdpowiedzUsuńNo tak Danuśku, poznaję Cię w tym autobusie. Kiedyś chciałas zabić złodzieja w paryskim metrze :).IP
OdpowiedzUsuńhaha, faktycznie, już o tym zapomniałam! :-) to były czasy... widocznie zawsze byłam pyskata :P
UsuńW góry, w góry miły bracie ... Tak to jakoś brzmiało, podążajcie tam gdzie lepiej (jakoś to biblijnie zabrzmiało), ale lepszy chłodek ... Lili wypadł pierwszy ząbek (więc wiecie, kto pisze). Całuję i tęsknię!!!
OdpowiedzUsuńwidziałam zdjęcie Szczerbulka, wygląda ślicznie z zębem czy bez! :-) cmokulki
Usuńps. my też tęsknimy! a no i jednak nie ruszyliśmy w góry...
Sprawdziłam, to był Wincenty Pol.
OdpowiedzUsuń