Ostatni dzień w Katmandu
był dla nas i leniwy i intensywny. Chyba nic nam się nie chciało,
ale zdecydowaliśmy, że następnego dnia lecimy już do Indii, więc
niestety wiele musieliśmy załatwić. Pranie, zakupy, zakupy,
zakupy, musieliśmy się najeść, kupić owoce, itd., itp. Brzmi jak
ciężka praca, prawda? ;-) Bardzo miłe było przeniesienie się z
zimnych gór, do gorącego, ale bez przesady, Katmandu. Mieliśmy
perspektywę ciepłej nocy, bez trzech śpiworów na sobie, czapek,
kalesonów i ciepłych skarpet. W końcu! Mogliśmy się kąpać do
woli, myć ręce, kiedy przyszła nam na to ochota, a ja mogłam w
nawet wykonać zabiegi kosmetyczne, na które w górach nie było
warunków. W końcu! Niestety przyszły też chwile „grozy”, kiedy
zobaczyliśmy jakich zniszczeń na naszym ciele dokonał trekking
(chociaż pewnie tylko ja się tym przejęłam). Niestety przez te 18
dni żyliśmy w warunkach grubo odbiegających od normalnych i jakiś
ślad po prostu pozostać musiał. Na szczęście wszystko w swoim
czasie się zagoi, wygładzi, podleczy i może znów będziemy kiedyś
piękni (może nawet zanim wyjdziemy na plażę!!! :-) ).
Nasze 7 kilo prania,
które oddaliśmy, wróciło do nas w stanie zadowalającym, ale nie
wspaniałym. Przezornie – wiedząc, że nepalscy pracze głównie
wklepują brud, zamiast się go pozbywać, nie oddałam kilku wrażliwszych sztuk i postanowiłam
zabawić się w pranie ręczne. Rezultat? Mój biały t-shirt, po
praniu w szamponie(!), płukaniu, wyżymaniu, suszeniu, na drugi
dzień okazał się być jeszcze bardziej brudną, pełną rdzawych
plam szmatą.... Woda lecąca w kranach z Katmandu, o kolorze
zbliżonym do tej ze ścieków dokonała dzieła zniszczenia i nie
wiem, naprawdę nie wiem czy będę miała co ratować...
Wieczorem mieliśmy
poświętować nasze zwycięstwo nad Himalajami, kupiliśmy 3 piwa,
zasiedliśmy na tarasie i... po 1,5 piwa oraz o godz. 20 poczuliśmy,
że chyba nie damy rady i musimy udać się spać. Tak, taka była
nasza pora snu na trekkingu, 20, 21, a w dni kiedy zaszaleliśmy
21:30. Dostosowaliśmy się do cyklu wiejskiego – gdzie wstaje się
z kogutami, a chodzi spać z kurami...
Na następny dzień,
pozostawiliśmy sobie jeszcze tylko wizytę w Garden of Dreams, małej
oazie spokoju i zieleni, w samym centrum tłocznego Katmandu. Ogród
powstał z inicjatywy marszałka
Kaiser
Shumsher Jung Bahadur Rana,
na początku 20 wieku, potem, gdy wiele lat później
przeszedł w ręce rządu, jak można się spodziewać popadł w
ruinę i dopiero kolejne wiele lat później, za pomocą Austriaków
(!), odrestaurowano połowę dawnego ogrodu. Remont trwał 7 lat, ale
efekty są miłe dla oka i dla duszy. Po okrutnym tumulcie miasta,
miło doświadczyć tego zielonego miejsca i odetchnąć chwilę od
spalin (dosłownie) i tłoku. Niestety bilety wstępu – 200 rupii,
to zbyt wiele dla mieszkańców Katmandu (2,5 dolara) i można tam
spotkać głównie turystów (poza pracownikami, których jest
oczywiście bardzo wielu). Bardzo miło nam tam było, jednak
musieliśmy się zebrać i przygotować do wyjazdu. Kiedy
spakowaliśmy plecaki okazało się, że mamy 2 razy więcej rzeczy
niż na początku (może dlatego, że jechaliśmy bądź co bądź w
zimowych ciuchach) i duży problem ze spakowaniem się. Poszliśmy
jeszcze do naszej ulubionej knajpki na ostatniego dal bhata (porcja
była tak duża, że dałam radę zjeść może z połowę – ja!
ja!) i o wiele za wcześnie pojechaliśmy na lotnisko. Spodziewaliśmy
się dużego tłoku, a jednak wszystko poszło gładko i efekt był
taki, że ze 3 godziny siedzieliśmy tam i nudziliśmy się. Zabawne
było jednak odprawianie nas na samolot – kontrolę osobistą,
czyli sprawdzanie zawartości bagażu podręcznego i „obmacywanie”
pasażerowie przechodzą 3 razy! Między innymi w odstępie dwóch
minut, przed wpuszczeniem na płytę lotniska i przed wkroczeniem na
pokład samolotu (przed schodami ustawili blaszaną budkę)... Z tego co pamiętam sprzed dwóch lat tak jest
przed każdym lotem do Indii, nie jest to kwestia nadgorliwości
Nepalczyków. No cóż, w kwestii podróży podniebnych wolę chyba
jednak nadgorliwość niż zaniedbanie, mimo wszystko.
Z jednej strony
cieszyliśmy się, że jedziemy dalej, że spotkamy się z Łukaszem,
zobaczymy nowy kraj... A jednak mi osobiście było troszkę żal.
Nie wiem kiedy znów wrócimy do Katmandu, na razie nie planujemy
żadnych trekkingów w Himalajach, ten ostatni wyczerpał nasz zapał
na ładnych kilka lat pewnie. Poza tym może trzeba obrać nowe
kierunki świata, a nie skupiać
tylko na Azji. Ogarnęła mnie więc nostalgia jeszcze zanim
opuściłam Nepal. No cóż, nigdy nic nie wiadomo... A gdybyście
kiedyś potrzebowali hostelu w Katmandu, zgłoście się do nas, mamy
namiary na naprawdę fajne miejsce :-)
Budka wymiata :) Mogli by z niej równie dobrze sprzedawać hot dogi i zimne napoje.
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o ciuchy to po tajskich praniach nawet ręcznik mi się popsuł. Nie wiem jak to robili ale większość jasnych ciuchów (bo na ciemnych nie widać) miała brązowe smugi których za chiny ludowe nie da się sprać. A jak tam u was jeszcze taka kiepska woda była to już w ogóle...
hej, mój tiszert porzuciłam w Indiach, nie dało się go już odratować... :-)
Usuń