Na lotnisku w Manili, kolejna niemiła
niespodzianka – mój bagaż, który wyjechał na taśmę, jako
jeden z ostatnich (i tak dobrze, że był, a nie zagubił się),
okazał się zniszczony... Pokrowiec był porwany, prawie w
strzępach, jeden z pasków oberwany, plastikowa klamra przytarta,
jakby plecak wylądował na betonie i został po nim przeciągnięty
ładnych parę metrów... Mój nastrój i tak nie był świetny,
byłam już bardzo zmęczona byciem w drodze ponad dobę, niespaniem,
itd... No ale co mogłam zrobić? Nie byłam już w Indiach, nie
mogłam zacząć krzyczeć ;-) Złożyłam reklamację w liniach
lotniczych, ale... minęły już 2 dni i jak na razie nie mam żadnych
wieści. Zobaczymy czy wypłacą mi jakieś odszkodowanie, ale tak
szczerze w to wątpię, a plecaka, żeby zreperowali też nie mogę
im zostawić, bo przecież w czymś muszę wozić rzeczy.
Nasz hostel w Manili był straszny, ale
spodziewaliśmy się, że taki będzie, wybraliśmy go ze względu na
bliskość do lotniska, nie na luksusy, czy sympatyczny wygląd.
Następnego dnia mieliśmy samolot o 12 w południe na Palawan i
chcieliśmy się na niego szybko i bezboleśnie dostać.
Pogoda w Manili była bardzo podobna
jak w Hong Kongu, tylko jeszcze kilka stopni więcej. Ubranie
przyklejało się do ciała i cały czas miałam wrażenie, że mam
brudne ręce. Mało przyjemna jest taka wilgoć, gorąco odczuwa się
wtedy trochę bardziej dotkliwie.
Na drugi dzień rano pojechaliśmy na
lotnisko i tam znów zaczęło się czekanie, bo po pierwsze
przyjechaliśmy mocno wcześnie, a po drugie nasz samolot znów był
opóźniony, tym razem godzinę. Postanowiliśmy zjeść śniadanie i
wtedy okazało się, że przewodnik mówił prawdę – wegetarianie
w tym kraju mają ciężko. Lokalesi wszystko jedzą z mięsem i o
każdej porze! Na śniadanie również wcinają wieprzowinę lub
wołowinę i troszkę dziwnie patrzą na mnie, kiedy dopytuję się
pięć razy: „czy w tym na pewno nie ma mięsa...” Znalazłam na
szczęście jakieś pączki i uratowało mnie to przed głodówką –
w tanich liniach lotniczych na pewno nie mogliśmy liczyć na
śniadanie (dzień wcześniej w samolocie pan steward przeszukał pół
samolotu, żeby znaleźć dla mnie coś bez mięsa – była to
chemiczna zupka w proszku, za którą i tak byłam bardzo wdzięczna
:-) ).
Lot na Palawan do Puerto Princesa był
dość krótki, trwał około godziny, a trzęsło tylko trochę.
Zaczęliśmy już z góry obserwować urocze wysepki, widoczną pod
wodą rafę koralową oraz plaże.
Od pierwszych minut w Filipinach
byliśmy nimi zauroczeni, potem stopniowo zachwyceni. Trochę
wynikało to z ciągłego porównywania do Indii. Tutaj wszystko
wydawało nam się miłe, czyste, ładne. Zachwycały mnie nawet
zwykłe palmy bananowe i jakieś bezkształtne krzaki. Wszystko, po
prostu wszystko. Kierowca tricykla, który wiózł nas w Puerto
Princesa z lotniska na dworzec autobusowy bezinteresownie doradził
nam parę rzeczy, pomógł znaleźć odpowiedni autobus, a kiedy
daliśmy mu mały napiwek, jeszcze się upewnił czy aby na pewno się
nie pomyliśmy... Co za przepaść! Czuliśmy, że wypoczywamy,
jeszcze nie fizycznie, bo nasza dłuuuga podróż trwała, ale
psychicznie. Wszyscy się do nas uśmiechali, pozdrawiali, ale nie
byli nachalni. Nie chcieli nam nic wcisnąć na każdym kroku, nie
gapili się jak na ufoludki. W końcu założyłam szorty i czułam
się z tym normalnie. No właśnie, było normalnie i to podobało
nam się najbardziej...
Do naszego pierwszego celu dojechaliśmy
koło 18 – to miasteczko Sabang, którego największą atrakcją
jest podziemna rzeka, chociaż dla nas tych atrakcji było wiele. Np.
super ciepłe morze, palmy, nasza mała chatka z trzciny położona
50 metrów od plaży (Bartek mnie poprawia mówiąc, że 15!, świetnie mi zawsze szło ocenianie opdległości :-))... Wszystko nas cieszyło i nie mogliśmy
przestać mówić o tym jak dobrze, że uciekliśmy z Indii i jak
tutaj jest cudownie. Chyba w tamtym kraju przeżyliśmy jakąś
traumę... Zaczynam myśleć, że minie jeszcze trochę czasu zanim
się z tego otrząśniemy...
W busie poznaliśmy miłą parkę, na
co dzień mieszkającą w Mui Ne w Wietnamie (byliśmy tam dwa lata
temu i bardzo, bardzo miło wspominamy) i podróżującą po
Filipinach mniej więcej w ten sam sposób co my. Z tym, że oni już
kończą i Sabang jest ich ostatnim przystankiem. Trochę się z nimi
zakumplowaliśmy, mieszkamy w tym samym ośrodeczku, wspólnie
szukaliśmy tanich miejsc z jedzeniem, wymienialiśmy się
doświadczeniami z podróżym itd., itp. Jest fajnie, pozytywnie, reasumując - NIECH ŻYJĄ WAKACJE!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz