środa, 29 maja 2013

Na Filipinach - 17/18.05.2013

Na lotnisku w Manili, kolejna niemiła niespodzianka – mój bagaż, który wyjechał na taśmę, jako jeden z ostatnich (i tak dobrze, że był, a nie zagubił się), okazał się zniszczony... Pokrowiec był porwany, prawie w strzępach, jeden z pasków oberwany, plastikowa klamra przytarta, jakby plecak wylądował na betonie i został po nim przeciągnięty ładnych parę metrów... Mój nastrój i tak nie był świetny, byłam już bardzo zmęczona byciem w drodze ponad dobę, niespaniem, itd... No ale co mogłam zrobić? Nie byłam już w Indiach, nie mogłam zacząć krzyczeć ;-) Złożyłam reklamację w liniach lotniczych, ale... minęły już 2 dni i jak na razie nie mam żadnych wieści. Zobaczymy czy wypłacą mi jakieś odszkodowanie, ale tak szczerze w to wątpię, a plecaka, żeby zreperowali też nie mogę im zostawić, bo przecież w czymś muszę wozić rzeczy.

Nasz hostel w Manili był straszny, ale spodziewaliśmy się, że taki będzie, wybraliśmy go ze względu na bliskość do lotniska, nie na luksusy, czy sympatyczny wygląd. Następnego dnia mieliśmy samolot o 12 w południe na Palawan i chcieliśmy się na niego szybko i bezboleśnie dostać.

Pogoda w Manili była bardzo podobna jak w Hong Kongu, tylko jeszcze kilka stopni więcej. Ubranie przyklejało się do ciała i cały czas miałam wrażenie, że mam brudne ręce. Mało przyjemna jest taka wilgoć, gorąco odczuwa się wtedy trochę bardziej dotkliwie.

Na drugi dzień rano pojechaliśmy na lotnisko i tam znów zaczęło się czekanie, bo po pierwsze przyjechaliśmy mocno wcześnie, a po drugie nasz samolot znów był opóźniony, tym razem godzinę. Postanowiliśmy zjeść śniadanie i wtedy okazało się, że przewodnik mówił prawdę – wegetarianie w tym kraju mają ciężko. Lokalesi wszystko jedzą z mięsem i o każdej porze! Na śniadanie również wcinają wieprzowinę lub wołowinę i troszkę dziwnie patrzą na mnie, kiedy dopytuję się pięć razy: „czy w tym na pewno nie ma mięsa...” Znalazłam na szczęście jakieś pączki i uratowało mnie to przed głodówką – w tanich liniach lotniczych na pewno nie mogliśmy liczyć na śniadanie (dzień wcześniej w samolocie pan steward przeszukał pół samolotu, żeby znaleźć dla mnie coś bez mięsa – była to chemiczna zupka w proszku, za którą i tak byłam bardzo wdzięczna :-) ).

Lot na Palawan do Puerto Princesa był dość krótki, trwał około godziny, a trzęsło tylko trochę. Zaczęliśmy już z góry obserwować urocze wysepki, widoczną pod wodą rafę koralową oraz plaże.
Od pierwszych minut w Filipinach byliśmy nimi zauroczeni, potem stopniowo zachwyceni. Trochę wynikało to z ciągłego porównywania do Indii. Tutaj wszystko wydawało nam się miłe, czyste, ładne. Zachwycały mnie nawet zwykłe palmy bananowe i jakieś bezkształtne krzaki. Wszystko, po prostu wszystko. Kierowca tricykla, który wiózł nas w Puerto Princesa z lotniska na dworzec autobusowy bezinteresownie doradził nam parę rzeczy, pomógł znaleźć odpowiedni autobus, a kiedy daliśmy mu mały napiwek, jeszcze się upewnił czy aby na pewno się nie pomyliśmy... Co za przepaść! Czuliśmy, że wypoczywamy, jeszcze nie fizycznie, bo nasza dłuuuga podróż trwała, ale psychicznie. Wszyscy się do nas uśmiechali, pozdrawiali, ale nie byli nachalni. Nie chcieli nam nic wcisnąć na każdym kroku, nie gapili się jak na ufoludki. W końcu założyłam szorty i czułam się z tym normalnie. No właśnie, było normalnie i to podobało nam się najbardziej...

Do naszego pierwszego celu dojechaliśmy koło 18 – to miasteczko Sabang, którego największą atrakcją jest podziemna rzeka, chociaż dla nas tych atrakcji było wiele. Np. super ciepłe morze, palmy, nasza mała chatka z trzciny położona 50 metrów od plaży (Bartek mnie poprawia mówiąc, że 15!, świetnie mi zawsze szło ocenianie opdległości :-))... Wszystko nas cieszyło i nie mogliśmy przestać mówić o tym jak dobrze, że uciekliśmy z Indii i jak tutaj jest cudownie. Chyba w tamtym kraju przeżyliśmy jakąś traumę... Zaczynam myśleć, że minie jeszcze trochę czasu zanim się z tego otrząśniemy...


W busie poznaliśmy miłą parkę, na co dzień mieszkającą w Mui Ne w Wietnamie (byliśmy tam dwa lata temu i bardzo, bardzo miło wspominamy) i podróżującą po Filipinach mniej więcej w ten sam sposób co my. Z tym, że oni już kończą i Sabang jest ich ostatnim przystankiem. Trochę się z nimi zakumplowaliśmy, mieszkamy w tym samym ośrodeczku, wspólnie szukaliśmy tanich miejsc z jedzeniem, wymienialiśmy się doświadczeniami z podróżym itd., itp. Jest fajnie, pozytywnie, reasumując - NIECH ŻYJĄ WAKACJE!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz