piątek, 10 maja 2013

Bye bye Nepal


Ostatni dzień w Katmandu był dla nas i leniwy i intensywny. Chyba nic nam się nie chciało, ale zdecydowaliśmy, że następnego dnia lecimy już do Indii, więc niestety wiele musieliśmy załatwić. Pranie, zakupy, zakupy, zakupy, musieliśmy się najeść, kupić owoce, itd., itp. Brzmi jak ciężka praca, prawda? ;-) Bardzo miłe było przeniesienie się z zimnych gór, do gorącego, ale bez przesady, Katmandu. Mieliśmy perspektywę ciepłej nocy, bez trzech śpiworów na sobie, czapek, kalesonów i ciepłych skarpet. W końcu! Mogliśmy się kąpać do woli, myć ręce, kiedy przyszła nam na to ochota, a ja mogłam w nawet wykonać zabiegi kosmetyczne, na które w górach nie było warunków. W końcu! Niestety przyszły też chwile „grozy”, kiedy zobaczyliśmy jakich zniszczeń na naszym ciele dokonał trekking (chociaż pewnie tylko ja się tym przejęłam). Niestety przez te 18 dni żyliśmy w warunkach grubo odbiegających od normalnych i jakiś ślad po prostu pozostać musiał. Na szczęście wszystko w swoim czasie się zagoi, wygładzi, podleczy i może znów będziemy kiedyś piękni (może nawet zanim wyjdziemy na plażę!!! :-) ).

Nasze 7 kilo prania, które oddaliśmy, wróciło do nas w stanie zadowalającym, ale nie wspaniałym. Przezornie – wiedząc, że nepalscy pracze głównie wklepują brud, zamiast się go pozbywać, nie oddałam kilku wrażliwszych sztuk i postanowiłam zabawić się w pranie ręczne. Rezultat? Mój biały t-shirt, po praniu w szamponie(!), płukaniu, wyżymaniu, suszeniu, na drugi dzień okazał się być jeszcze bardziej brudną, pełną rdzawych plam szmatą.... Woda lecąca w kranach z Katmandu, o kolorze zbliżonym do tej ze ścieków dokonała dzieła zniszczenia i nie wiem, naprawdę nie wiem czy będę miała co ratować...

Wieczorem mieliśmy poświętować nasze zwycięstwo nad Himalajami, kupiliśmy 3 piwa, zasiedliśmy na tarasie i... po 1,5 piwa oraz o godz. 20 poczuliśmy, że chyba nie damy rady i musimy udać się spać. Tak, taka była nasza pora snu na trekkingu, 20, 21, a w dni kiedy zaszaleliśmy 21:30. Dostosowaliśmy się do cyklu wiejskiego – gdzie wstaje się z kogutami, a chodzi spać z kurami...

Na następny dzień, pozostawiliśmy sobie jeszcze tylko wizytę w Garden of Dreams, małej oazie spokoju i zieleni, w samym centrum tłocznego Katmandu. Ogród powstał z inicjatywy marszałka Kaiser Shumsher Jung Bahadur Rana, na początku 20 wieku, potem, gdy wiele lat później przeszedł w ręce rządu, jak można się spodziewać popadł w ruinę i dopiero kolejne wiele lat później, za pomocą Austriaków (!), odrestaurowano połowę dawnego ogrodu. Remont trwał 7 lat, ale efekty są miłe dla oka i dla duszy. Po okrutnym tumulcie miasta, miło doświadczyć tego zielonego miejsca i odetchnąć chwilę od spalin (dosłownie) i tłoku. Niestety bilety wstępu – 200 rupii, to zbyt wiele dla mieszkańców Katmandu (2,5 dolara) i można tam spotkać głównie turystów (poza pracownikami, których jest oczywiście bardzo wielu). Bardzo miło nam tam było, jednak musieliśmy się zebrać i przygotować do wyjazdu. Kiedy spakowaliśmy plecaki okazało się, że mamy 2 razy więcej rzeczy niż na początku (może dlatego, że jechaliśmy bądź co bądź w zimowych ciuchach) i duży problem ze spakowaniem się. Poszliśmy jeszcze do naszej ulubionej knajpki na ostatniego dal bhata (porcja była tak duża, że dałam radę zjeść może z połowę – ja! ja!) i o wiele za wcześnie pojechaliśmy na lotnisko. Spodziewaliśmy się dużego tłoku, a jednak wszystko poszło gładko i efekt był taki, że ze 3 godziny siedzieliśmy tam i nudziliśmy się. Zabawne było jednak odprawianie nas na samolot – kontrolę osobistą, czyli sprawdzanie zawartości bagażu podręcznego i „obmacywanie” pasażerowie przechodzą 3 razy! Między innymi w odstępie dwóch minut, przed wpuszczeniem na płytę lotniska i przed wkroczeniem na pokład samolotu (przed schodami ustawili blaszaną budkę)... Z tego co pamiętam sprzed dwóch lat tak jest przed każdym lotem do Indii, nie jest to kwestia nadgorliwości Nepalczyków. No cóż, w kwestii podróży podniebnych wolę chyba jednak nadgorliwość niż zaniedbanie, mimo wszystko.

Z jednej strony cieszyliśmy się, że jedziemy dalej, że spotkamy się z Łukaszem, zobaczymy nowy kraj... A jednak mi osobiście było troszkę żal. Nie wiem kiedy znów wrócimy do Katmandu, na razie nie planujemy żadnych trekkingów w Himalajach, ten ostatni wyczerpał nasz zapał na ładnych kilka lat pewnie. Poza tym może trzeba obrać nowe kierunki świata, a nie skupiać tylko na Azji. Ogarnęła mnie więc nostalgia jeszcze zanim opuściłam Nepal. No cóż, nigdy nic nie wiadomo... A gdybyście kiedyś potrzebowali hostelu w Katmandu, zgłoście się do nas, mamy namiary na naprawdę fajne miejsce :-)  

2 komentarze:

  1. Budka wymiata :) Mogli by z niej równie dobrze sprzedawać hot dogi i zimne napoje.

    Jeśli chodzi o ciuchy to po tajskich praniach nawet ręcznik mi się popsuł. Nie wiem jak to robili ale większość jasnych ciuchów (bo na ciemnych nie widać) miała brązowe smugi których za chiny ludowe nie da się sprać. A jak tam u was jeszcze taka kiepska woda była to już w ogóle...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hej, mój tiszert porzuciłam w Indiach, nie dało się go już odratować... :-)

      Usuń