poniedziałek, 13 maja 2013

W Agrze


Żeby dojechać do Agry, miasta w którym znajduje się jeden z cudów świata architektury nowożytnej – Taj Mahal, musieliśmy wstać o 5 i przed 6 rano stawić się na dworcu. Podróż nie była zbyt długa i bolesna, spędziliśmy ją w klimatyzowanym wagonie, na podwójnym siedzeniu, z dużą ilością miejsca na nogi. Po ponad dwóch godzinach dojechaliśmy na miejsce, zwarci i gotowi, aby zaraz po zalogowaniu się w hotelu (który zamówiliśmy poprzedniego dnia przez internet) ruszyć na miasto i oddać się bez reszty zwiedzaniu. Do hotelu pojechaliśmy tuk-tukiem. Przez pół drogi miły pan kierowca zabawiał nas rozmową, w całkiem dobrej angielszczyźnie. Pokazał nam notesik,w którym ludzie pisali mu jak bardzo byli zadowoleni z jego usług przewodnika. Oczywiście posiadał również stosowne wpisy po polsku. Od razu wiedziałam czym to pachnie. Miły pan kierowca, koniecznie chciał zwerbować nas jako swoich klientów na cały dzień. Kiedy wyłuskał już swoją ofertę, zatrzymał rikszę na poboczu i przedstawił ją nam w szczegółach. To jasne, że lepiej by było dla niego zostać naszym przewodnikiem na cały dzień za 900 rupii, niż zrobić kilka kursów, za kilkadziesiąt. Na mój gust jednak za dużo gadał, poza tym my raczej nie korzystamy z takich usług. Gdybyśmy chcieli uszczęśliwić wszystkich potencjalnych przewodników, którzy chcą się nami zająć, szybko wyczerpałby nam się budżet. Ciężkie prawa podróżowania z plecakiem. Pan był niepocieszony i trochę było mi go żal, no ale trudno...

Nasz pokój w hotelu wyglądał znośnie i tylko trochę obskurnie (no ale tego się spodziewaliśmy, w końcu zabukowaliśy tańszą opcję, za 340 rupii (ok. 20 zł/pokój). Jedynym problemem jaki mieliśmy były wychodzące z kanalizacji... koniki polne. Upodobały sobie zwłaszcza umywalkę i skubane były wielkimi twardzielami, ponieważ wytrzymywały nawet puszczanie na nie przez kilka minut strumienia wody. Natomiast dużym atutem był taras znajdujący się na dachu budynku, gdzie pod namiotem można było rozsiąść się na krzesłach i czekać na jakikolwiek powiew świeżej bryzy... Ale to później.

Do Taj Mahalu od hotelu było stosunkowo blisko, poszliśmy więc pieszo. „Stosunkowo blisko” w ponad czterdziestostopniowym upale i w pełnym słońcu ma trochę inny wymiar niż zwykle, jednak dzielnie parliśmy do przodu i w końcu znaleźliśmy jakieś wejście. A tam niestety czekała nas przykra niespodzianka. Pisałam już, że za wiele się po Indiach nie spodziewaliśmy, naprawdę bardzo, bardzo niewiele. Jednak to co zobaczyliśmy zaraz w sąsiedztwie „cudu świata”, jak sami określają go Hindusi, trochę nas podłamało – syf, malaria, ścieki i smród, wszystko co najgorsze. Pewnie myślimy nie tak jak trzeba, jakoś dziwnie po europejsku, ale może warto by było uporządkować chociaż ten mały skrawek terenu wokół jednego z największych zabytków na świecie... A może nie.... Nie mówię już nawet o tym, że każdy sprzedawca, absolutnie każdy chciał nam wcisnąć jakiś swój towar – np. wodę, chociaż widzieli, że niesiemy właśnie po dwie butelki każdy. Sam Taj Mahal natomiast nas nie zawiódł. Jest naprawdę piękną, majestatyczną, niesamowitą w swych proporcjach budowlą, która w sposób magnetyczny każe na siebie patrzeć, patrzeć, patrzeć, bez końca. Taj Mahal, to mauzoleum, pomnik miłości, który cesarz Shah Jahan, kazał wybudować po śmierci swojej ukochanej żony, Mumtaz Mahal (miał ich kilka), która zmarła w 1631 roku, gdy wydawała na świat ich 14 potomka. Budowla została ukończona dopiero w 1653 roku, jednak cesarz nie mógł się nią długo cieszyć, ponieważ jeden z jego synów, postanowił przejąć władzę i osadził ojca, w wieży fortu Agry, gdzie ten mógł patrzeć na grób swojej żony jedynie przez okienko.... Po śmierci ojca, niegodny syn, okazał się jednak na tyle porządny, że pochował go obok ukochanej. Spodziewaliśmy się, że w samym Taj Mahalu będzie trochę więcej do zwiedzania, a tam było tylko pomieszczenie, w którym znajdują się sarkofagi Shaha i Mumtaz i kilka przylegających pomieszczeń, w których nie znajduje się nic.. Ciekawostką jest to, że w sarkofagach wcale nie spoczywają ciała małżonków. W podziemiach Taj Mahalu są specjalne krypty, w których je pochowano, jednak (i może na szczęście) zwiedzający nie mają tam wstępu. Cały Taj Mahal, wykonany jest z białego marmuru, wnętrze górnej krypty również. I tu można śmiało powiedzieć, że jest to prawdziwe dzieło sztuki. Sarkofagi, otacza marmutowy „płotek”, wykuty z jednego kawałka marmuru(!) który wygląda, jakby był pleciony z delikatnych roślin i jest inkrustowany tysiącami kamieni szlachetnych i półszlachetnych. Wszędzie są motywy roślinne, które jak wierzono przedstawiają raj. Wspaniałą, doniosłą atmosferę zakłócają jedynie gwizdki strażników, którzy w ten sposób próbują popędzić zwiedzających, aby nie zatrzymywali się na długo i szli zgodnie z jakimś ustalonym porządkiem. No comments. (Gwizdki i strażników zauważyliśmy w wielu zabytkowych miejscach, chciałam parę razy im powiedzieć, żeby sobie je …. , ale znów, co ja tam wiem o kulturze i psychice Hindusów...) Zwiedzając Taj Mahal poparzyliśmy sobie ponadto stopy. Chcieliśmy być ekologiczni i nie brać plastikowych ochraniaczy na buty i tak jak Hindusi chodzić boso. My chyba mamy jednak inną tolerancję na te temperatury... W miejscach nie zakrytych przed słońcem musieliśmy biec co sił w nogach, żeby się naprawdę nie poparzyć. Marmur był gorący jak płyta w piecyku i nic nie dawało nawet robienie bardzo szybkich, małych kroczków.
Kolejna rzecz, która doprowadzała mnie tego dnia do szału – wszyscy chcieli sobie z nami robić zdjęcie. Biali są tutaj traktowani chyba jak jakiś dziwny twór natury, wszyscy się na nas gapią, co i tak już jest bardzo mało komfortowe, a wielu podchodzi z intencją sfotografowania się z nami. Pal licho jeśli jeszcze pytają, najgorzej jest kiedy np. jeden koleś staje koło ciebie, kiedy ty np. robisz zdjęcie, a drugi cyka mu super fotkę z białasem. No cóż, tego dnia mieliśmy fazę absolutnego niegodzenia się na to. Po 30-stej osobie już nawet nie chciało mi się tłumaczyć dlaczego. To był po prostu nieodpowiedni dzień :-)

Po Taj Mahalu pojechaliśmy zwiedzić jeszcze Fort Agra, nie będę się może na ten temat rozpisywać zbyt wiele, bo i sam fort nie był aż tak ekstremalnie ciekawy. Był to kompleks zabudowań pałacowych (ponieważ służyły głównie do mieszkania, mniej do obrony), którego budowę rozpoczęto w 1565 z inicjatywy cesarza Akbara. Jest to ten sam fort, w którym był przetrzymywany nieszczęsny Shaha. Tak jak on mogliśmy z daleka obserwować Taj Mahal, był jednak trochę osłonięty przez smog, który jest tu wszechobecny i nigdy się nie kończący. Ciekawostką jest to, że ze względu na zanieczyszczenie mogące negatywnie wpłynąć na Taj Mahal, riksze i wszelkie pojazdy motorowe nie są dopuszczane bliżej niż mniej więcej 500 metrów... W ogromnym mieście, pełnym riksz i samochodów, gdzie powietrze jest wręcz szare od spalin, na pewno ma to wieeelkie znaczenie.... 

Po wizycie w forcie, mieliśmy już tylko siłę iść do hotelu, zasiąść na tarasie i nie robić nic. Nasze zwiedzanie tego dnia nie było długie, bo trwało zaledwie 4 godziny, jednak nie byliśmy w stanie wykrzesać z siebie więcej sił, nieludzki upał odebrał nam je wszystkie. Padliśmy na fotele i w tej pozycji przeczekaliśmy do samego wieczora. Następnego dnia musieliśmy wstać o 4 rano, żeby zdążyć na pociąg, który mieliśmy o 5, więc nie zwlekaliśmy zbytnio z pójściem spać. Koło 22, po wytępieniu wszystkich koników polnych znajdujących się w naszym pokoju, zapadliśmy w kamienny, aczkolwiek bardzo gorący sen.

2 komentarze:

  1. Cudowny ten Taj Mahal...

    Co do koników polnych to musiałam się przez chwilę zastanowić co jest gorsze. Karaluchy nie są fajne ale kurcze nie wskoczą na Ciebie i się Ciebie boją ale taki konik hardcore? No nie wiem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja się niby nie brzydzę karaluchów, ale jak tak coś na mnie skacze, a właśnie wylazło z syfnej rury, to robi mi się trochę słabo... ;-)

      Usuń