wtorek, 28 maja 2013

Niespodzianka na naszej mapie - Hong Kong

Po wylądowaniu w Hong Kongu, od razu ruszyliśmy na miasto. Mieliśmy 6 godzin na zwiedzenie tej oazy nowoczesności więc pomimo mojego fatalnego niewyspania, wsiedliśmy w pociąg i ruszyliśmy na podbój :-) Hongkong był wszystkim tym, czym nie były Indie, dlatego od razu dobrze się tam poczuliśmy. Doceniliśmy jego porządek, nowoczesność, poukładanie... Czuliśmy się tam normalnie, nikt się na nas nie gapił, nie przepychał. Jedynym mankamentem była pogoda, niby dwadzieścia parę stopni, jednak ogromne zachmurzenie i niesamowita wilgotność. Nie było to dla nas zbyt komfortowe, jednak nie zraziliśmy się, bo w końcu to tylko pogoda i postanowiliśmy wykupić bilety na jeden z proponowanych bus tourów po mieście. Czasu nie mieliśmy wiele postanowiliśmy więc skupić się na tym co możemy zobaczyć, a nie ganiać po mieście z wywieszonym językiem, starając się zobaczyć wszystko. Przejechaliśmy przez całe centrum, pośród drapaczy chmur, podziwiając te ogromne i nowoczesne budowle. Siedzieliśmy na dachu autobusu, więc wiaterek przyjemnie owiewał nasze zmęczone ciała i jakoś dawało się wytrzymać panującą duchotę. Nasz automatyczny przewodnik powiedział nam, że zakupy to jedno z ulubionych zajęć mieszkańców Hong Kongu, autokar obwiózł nas po ulicach przepełnionych ekskluzywnymi butikami, marek, które do tej pory znałam tylko z Vogue'a... Faktycznie muszą kochać zakupy, ponieważ każdy zakątek zagospodarowany był jakimś sklepem lub butikiem. My oczywiście nie skusiliśmy się na żadne zakupy, przecież dopiero co z ulga pozbyliśmy się części rzeczy! :-)
Skusiliśmy się za to na jazdę tramwajem, na szczyt jakiegoś wzgórza, co było bardzo fajnym przeżyciem, ponieważ chociaż na górze nic a nic nie było widać, ze względu na mgłę i chmury, sama jazda tramwajem była bardzo emocjonująca. Tramwaj wspina się na zbocze bardzo, bardzo ostro i był to chyba mój najbardziej stromy wjazd w życiu!

Wizytę w Hong Kongu zakończyliśmy siedząc na ławeczce i jedząc ciastka, które zakupiłam jeszcze w Indiach. Ceny lokalne zniechęciły nas do jedzenia lunchu w restauracji... Po zjedzeniu ciastek wysypałam okruszki na ziemię, żeby ptaki mogły je sobie zjeść, a zaraz potem Bartek wyczytał gdzieś, że za śmiecenie jest jakaś niebotyczna kara pieniężna.... Ale okruszków nie zabrałam, bez przesady....
Nasz samolot do Manili miał niestety dwie godziny opóźnienia, ze względu na pogodę panującą w Hong Kongu, porobiły się jakieś straszne kolejki i nie mogliśmy wystartować. Trochę już byliśmy umęczeni, jednak bliskość dotarcia do celu podnosiła nas trochę na duchu.

W Manili wylądowaliśmy w końcu koło 20, zamiast 18:30, samolot nadrobił trochę w powietrzu. Znów nami mocno trzęsło, ale starałam się skupić na jakimś filmie i nie myśleć o tym, że zaraz popadnę w jakąś samolotową depresję.  

7 komentarzy:

  1. jakies zdjecia beda? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. a nie wiem kto się ich domaga.... :-)
    ps. podpisujcie się!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem kim był poprzedni anonimowiec ale Kondejos chętnie by drapacza chmur pooglądał:)

    OdpowiedzUsuń
  4. nie znamy sie osobiscie, ale sliedzilam Wasze losy juz podczas pierwszej wyprawy i tam wrzucaliscie troszke wiecej zdjec :)teraz tez ciekawie sie wszystko czyta, ale zdjecia bylyby dobrym dopelnieniem wszystkiego :)powodzenia na dalszym etapie podrozy. AS

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieliśmy zepsuty komputer, a raczej kabel, więc siłą rzeczy nic nie mogliśmy na nim robić, stąd brak zdjęć. Drugi powód jest taki, że mamy tu tyle ciekawych rzeczy do roboty, że na bloga najzwyczajniej w świecie nie starcza czasu, w końcu przyjechaliśmy tu, żeby przeżywać i doznawać, nie siedzieć przed komputerem :-) Staramy się jak możemy. Ale Bartek postara się nadrobić. pozdrawiam

      Usuń
  5. no tak, to zrozumiale: przezywanie i doznawanie na pierwszym miejscu, zwlaszcza, ze sporo sie dzieje :) dzieki za zdjecia!:) i bawcie sie dobrze; powodzenia! AS

    OdpowiedzUsuń