poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Szczęśliwego Nowego Roku!


W Katmandu wieczorem słychać... Rihannę i Beyonce... Dziś w Nepalu jest Sylwester Nowego Roku (2070), a my zamiast siedzieć na jakiejś imprezie, urządzamy wielkie pakowanie oraz pisanie postów na bloga. Wprawdzie, kiedy będziecie czytać tego konkretnego posta my już od jakiegoś czasu będziemy na trekkingu, no ale jakoś musimy dozować te przyjemności, a poza tym nie chcemy Was męczyć zbyt dużą dawką informacji naraz, a poza tym przez dość długi czas nie będzie od nas raczej żadnych wieści. Wszystko mam jednak zamiar skrupulatnie notować w notatniku, którego nieszczęsną historię już poznaliście i mam nadzieję, że w miarę szybko po powrocie umieścimy relację z pobytu w Himalajach!

Dzisiejszy dzień (sobota 13 kwietnia) w połowie poświęciliśmy na przygotowania do trekkingu, a w połowie na zwiedzanie zabytków, których nie mieliśmy jeszcze okazji zobaczyć. Na szczęście dziś nie spóźniliśmy się na śniadanie, nie musieliśmy nikomu robić problemu i na dodatek mieliśmy bonus w postaci zjedzenia go na tarasie (ufff, trochę było gorąco!). Pozałatwialiśmy trochę spraw typu pranie i bilety i ruszyliśmy na miasto w celu zwiedzenia hinduistycznej świątyni o nazwie Pashupatinah, która jest położona we wschodniej części miasta nad rzeką Bagmati (jedną z ośmiu rzek przepływających przez miasto!). Pagoda została zbudowana na cześć boga Sziwy, niestety jednak dla niewiernych, czyli dla nas, nie są dostępne główne miejsca kultu. Bagmati, jako dopływ Gangesu , uważany jest za rzekę świętą, tak więc na jej brzegu odbywają się zarówno rytualne kąpiele jak i kremacje zwłok. Tych pierwszych nie było nam dane zobaczyć. Kremację a i owszem i to nawet w detalach, ale o tym, za chwilę.

Świątynia, jak można się domyślić jest wielką atrakcją turystyczną i jak również można się domyślić, jest płatna tylko i wyłącznie dla turystów. Trochę zdziwieni dość wysoką (jak na standardy nepalskie) opłatą za wstęp – 500 rupii, uznaliśmy jednak, że mamy niesamowite szczęście, ponieważ dnia następnego czyli w dzień Nowego Roku, opłata ta ma ulec podwojeniu! Zaraz po tym jak uiściliśmy opłatę, podszedł do nas miły pan, który stanowczo i bez żadnych pytań, poprowadził nas na tarasik, znajdujący się przy brzegu rzeki (w Nepalu jest pora sucha więc rzeka była symbolicznym strumyczkiem, przypominającym trochę ścieki :/) z którego mogliśmy obserwować kremację zwłok starszej kobiety. Chyba nie byłam na to psychicznie przygotowana, bo trochę mnie zamurowało i pomimo usilnych namów „pana nadgorliwego”, żeby robić zdjęcia, nie byłam w stanie włączyć aparatu. Bartek wykazał się trochę większą przytomnością umysłu i ceremonia jest chociaż trochę przez niego udokumentowana. Pan przewodnik samozwaniec (czemu piszę o nim z lekką kpiną? Ponieważ realia są takie, że kiedy tutaj ktoś miły podchodzi i zaczyna życzliwie opowiadać o tym co właśnie zwiedzamy, pachnie to zawsze tym samym – koniecznością uiszczenia opłaty i to w cenie z góry nie ustalonej przez obie strony, co nie jest sytuacją zbyt komfortową) ze szczegółami opowiadał nam o tym co działo się przed naszymi oczami. Mogliśmy z góry mu powiedzieć, że bardzo dziękujemy, że sami sobie zwiedzimy, z drugiej strony jednak mówił rzeczy bardzo ciekawe i wytłumaczył nam przebieg całej ceremonii, więc nie mieliśmy jakoś ochoty mu przerywać... Kobieta, która była spalana na naszych oczach przechodziła typową rytualną kremację. Z tego co powiedział nam przewodnik, pochodziła ona z rodziny biednej, tak więc jej synowie sami zajmowali się podpalaniem stosu na którym leżała starsza pani. Widok był trochę straszny, dość przejmujący i niesamowity. Kremację zaczyna się od wsadzenia płonącej słomy do ust osoby zmarłej, następnie podpalany jest cały stos, na którym się ona znajduje. Zmarła/zmarły przykryci są całunem, a pod spodem leżą zupełnie nadzy – według wierzeń hinduistycznych przychodzi się na świat nagim, więc odejść również trzeba bez ubrania. Ubranie, czyli zwoje kolorowego sari, leżały obok na schodach, aby następnie zostać wrzuconymi do świętej rzeki, która ma zabrać ze sobą wszystko co ziemskie, także później popioły zmarłej osoby. Rodzina zmarłej osoby nie może płakać w trakcie ceremonii, wierzy się, że łzy bliskich nie pozwalają duszy iść do nieba, co przedłuża czas przyszłej reinkarnacji. Niemożliwość wyrażenia żalu po stracie bliskiej osoby, przeżycia rozpaczy wydało mi się trochę nieludzkie, jednak pan samozwaniec powiedział, że później w domu rodziny mogą się już oddać smutkowi. Nie mogą tylko ronić zbyt wielu łez... Nie zawsze też wszyscy członkowie rodziny mogą uczestniczyć w tej ceremonii, ponieważ kremacja musi odbyć się nie później niż 2-3 godziny od chwili śmierci, zwłoki nie są nigdy przechowywane. Ciało ludzkie pali się ok. 2 godzin, kobiety trochę dłużej, ponieważ ich ciała posiadają w sobie większe ilości tłuszczu. Podobno kiedyś, dawno temu, kobiety po stracie męża rzucały się za nim w ogień, w trakcie jego kremacji, chyba nawet było to dość szeroko praktykowane. Obecnie nie są to już częste praktyki, jednak nikt nie może kobiecie tego zabronić i ma ona do tego najświętsze prawo. Kiedy jednak się już na to zdecyduje i rzuca w ogień za mężczyzną swego życia, rodzina skraca jej męki, rozbijając jej czaszkę bambusowym kijem... Romantyczne, prawda? Daleka jestem od oceniania obcych wierzeń i kultur, ale nie do końca jestem to w stanie zrozumieć i chyba nawet do końca nie próbuję.
Wracając do kremacji, nad rzeką znajduje się kilka stanowisk, ustawionych w rzędzie kamiennych cokołów, na których składane są zwłoki. W ceremonii biorą udział tylko mężczyźni, kobiety siedzą na uboczu i obserwują całe wydarzenie nie biorąc w nim aktywnego udziału. Jeśli osoba jest starsza i ma syna, to on dowodzi całą ceremonią i to on właśnie wkłada do ust osoby zmarłej podpaloną słomę...

Po tym jak rozstaliśmy się grzecznie, ale stanowczo z panem przewodnikiem, uiszczając symboliczną opłatę, poszliśmy zwiedzić znajdujący się na terenie świątyni kompleks małych pagód. Bardzo malowniczy widok, wśród świątynek skakały małpy, spały krowy, siedzieli ludzie, krążyły psy i wszystkie te stworzenia (wraz z ciekawskimi i wszędobylskimi turystami) koegzystowali sobie w swego rodzaju symbiozie i spokoju. Małpy i krowy są oczywiście święte i nie można robić im krzywdy (podobno za zabicie świętej krowy, również przypadkiem, w kolizji z samochodem, grozi 15 lat więzienia!).

Po spacerze, kiedy zmierzaliśmy do wyjścia, natrafiliśmy na drugą kremację, również kobiety, wydawało nam się, że młodszej od tej pierwszej, ale nie jesteśmy na 100 procent pewni. Rodzina zmarłej była chyba bogatsza, ponieważ kremacja odbywała się na jednym z pierwszych cokołów (kolejność cokołów ma duże znaczenie), a poza tym wynajęli sobie „podpalacza”, a może raczej powinnam powiedzieć „strażnika ognia”. My mogliśmy obserwować całe wydarzenie z drugiej strony rzeki, czyli z odległości jakichś 10 metrów. Po obmyciu ciała, mężczyźni zabrali je z noszy i trzykrotnie okrążyli stos na którym miała zostać złożona ich krewna. W trakcie tej „podróży” ręka zmarłej kilkakrotnie wysuwała się z całunu i opadała bezwładnie. Widok był hipnotyzujący i zarazem straszny. Nigdy nie widzieliśmy tak blisko śmierci. Ulotność tej ziemskiej powłoki, ciała, które tak łatwo można unicestwić, nigdy nie dotarła do mnie tak bardzo jak dzisiejszego dnia. W kilka godzin wszystko co nam bliskie tu na ziemi może ulecieć z dymem... tak po prostu zniknąć... Kobiety towarzyszące ceremonii, może córki, może siostry nie trzymały się tak dzielnie jak mężczyźni. Przez chwilę słychać było ich łkanie, jedna z nich nawet odeszła na bok, odwracała głowę, chowała się za bramę, wszystko po to, żeby nie było widać jej łez, żeby nie zaszkodzić duszy zmarłej.... Po tej całej ceremonii byłam dość przygnębiona, nie chciałam już dłużej być w tym miejscu, gdzie tak łatwo przypomnieć sobie o tym co nieodwracalne, o swej ludzkiej marności... Bartek zaś stwierdził, że on już nie musi jechać do Varanasi w Indiach, bo to samo zobaczył tutaj, w Nepalu i w sumie to mu już wystarczy atrakcji tego typu. Muszę to przemyśleć, może mi też już starczy.

Wróciliśmy do miasta, przespacerowaliśmy się po tłumnych uliczkach, gdzie życie jest aż nazbyt widoczne :-) Odprężeni poszliśmy na nasz ukochany dal bhat – ryż z soczewicą i placuszkiem oraz różnymi pysznymi sosami, najedliśmy się do mega syta i wróciliśmy do hostelu, gdzie już od kilku godzin zajmujemy się blogiem, pakowaniem i ogarnianiem wszystkiego przed wyjazdem.

Z łazienki dobiegają mnie dzikie krzyki Bartka, to znak, że nie ma ciepłej wody! Przez ostatnie dwie godziny nie było prądu i jechałam już na resztce baterii w netbooku, tak więc sami widzicie, przygoda czeka tu na nas na każdym kroku! I za to właśnie kochamy Azję! A za pięć miesięcy za to samo będziemy już jej mieć pewnie trochę dosyć...

3 komentarze:

  1. Ten bambusowy kij!!! Trochę to straszne, jednakowoż bardzo ciekawe. I chciałabym zobaczyć, i jednak może nie ... Ale cieszę się, że Wy nam opowiecie i pokażecie. Uważajcie na siebie jak nie wiem co, bo czekamy bardzo!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapomniałam napisać, to byłam ja, Wasza ciocia DW.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czas szybko mija, niedługo wracamy! :-) a bambusowy kij był na tyle przejmujący, że odechciało nam się jechać do Varanasi...

      Usuń