niedziela, 14 kwietnia 2013

Kurz + upał = szczęście


Katmandu!

Nasza podróż do Katmandu trwała około 20 godzin. Ze Stambułu polecieliśmy do Szardży, koło Dubaju, tam przez 9 godzin koczowaliśmy na lotnisku, a potem już prosto do Nepalu. Podróżowaliśmy liniami Zjednoczonych Emiratów Arabskich, o dumnej nazwie Air Arabia. Nowoczesna flota, obsługa bez zarzutu... Wydawało nam się, że nic nas nie zaskoczy... A jednak, na samym początku lotu w głośnikach rozbrzmiała modlitwa do Allaha, z tego co zrozumieliśmy, o bezpieczną podróż. Wiem, że myślę stereotypowo, ale troszkę mnie to zmroziło... Do Szardży podróżowali z nami Arabowie z 20 walizkami, 3 żonami i 14 dziećmi każdy. Mieliśmy wrażenie, że chyba się tam nie zmieścimy... Z kolei z Szardży do Nepalu towarzyszyli nam głównie Nepalczycy, mężczyźni, zapewne robotnicy pracujący przy gigantycznych budowach w Dubaju, którzy jechali na wakacje, bądź po zakończeniu kontraktu do domu. Nie mieli zbyt wiele bagażu i wyglądali raczej na zabiedzonych, ale za to non stop latali do toalety... Przed lądowaniem w Katmandu czekała nas kolejna niespodzianka. W głośnikach usłyszeliśmy komunikat, że w związku z obowiązującymi w Nepalu przepisami, samolot przed lądowaniem musi przejść dezynsekcję środkiem owadobójczym.... To jak wyglądał ten proceder, zobaczycie pewnie na zdjęciu, Bartek oczywiście nie mógł się powstrzymać :-)

Dolecieliśmy wieczorem, koło 21 czasu lokalnego. Właściciel naszego hostelu pomylił wszystkie godziny i nie wysłał po nas samochodu (chociaż wcześniej się na to umawialiśmy), ale „cudem” znalazł się jakiś życzliwy, który znał nasz hostel, zadzwonił do właściciela i uzgodnił z nim, że to on właśnie nas zabierze do „domu”. Cała przygoda skończyła się bardzo dobrze, jak to w Nepalu.
Hostel okazał się o niebo lepszy od tego w Stambule. Wprawdzie nasz pokój zarezerwowany jeszcze w Polsce był zajęty przez kogoś chorego, kogo właściciel nie miał serca wyrzucić (ciekawe czy to prawda ;-) ), ale pozwolił nam sobie wybrać pokój zastępczy i obiecał super ekstra pokój dnia następnego. Kiedy się wykąpaliśmy, wyszykowaliśmy i trochę rozpakowaliśmy, była już 23:00. Nie zrażeni tym faktem postanowiliśmy iść na miasto i coś zjeść. Niestety miasto nas nie chciało i okazało się, że wszystko w okolicy jest zamknięte. Z pustymi żołądkami wróciliśmy do hostelu i zadowoliliśmy się suszonymi bananami i czekoladą (które wiozłam z Polski specjalnie na trekking :-) ). Bartek, który przespał pół podróży ze Stambułu do Nepalu nie bardzo mógł poradzić sobie z zaśnięciem. Ja nie miałam tego problemu, jakoś ostatnio spać mogę w każdych ilościach...

Następny dzień zaczął się dla nas oczywiście bardzo późno. Wstaliśmy koło południa, no ale za to jesteśmy chyba usprawiedliwieni, w końcu różnica czasu wykończyć może najlepszych! Kiedy poszłam spytać o śniadanie dowiedziałam się, że jest ono wliczone w cenę noclegu (wow!) i że w ramach wyjątku zaserwują je nam po czasie, bo normalnie wydają tylko do 10. Postanowiliśmy ten dzień poświęcić na załatwianie formalności trekkingowych. Musieliśmy kupić bilety na samolot, załatwić pozwolenia na trekking i zrobić zakupy przedtrekkingowe, ponieważ na trasie wszystko jest kilka razy droższe, a kilku rzeczy zapomnieliśmy (zapomniałam) zabrać z Polski. Udało mi się nawet kupić okulary od Armaniego, po naprawdę okazyjnej cenie! ;-)

Jak po dwóch latach od naszego ostatniego pobytu wygląda Katmandu? Niewiele się zmieniło... Ulice są tak samo zatłoczone, przepełnione wszelkiego rodzaju pojazdami i zakurzone. Kiedy wyszliśmy na ulicę i wciągnęliśmy w płuca ten kurz i te 30 stopni ciepła, poczułam, że wracają wspomnienia i ogarnia mnie czyste poczucie szczęścia. Było tak jak wtedy, było cudownie. Po głowie zaczęły mi krążyć myśli, co takiego robiłam przez te dwa lata, czemu na tak długo przerwaliśmy podróżowanie. Odpowiedź jest oczywista, a jednak nie do końca. Kiedy się rusza w drogę po raz kolejny i w końcu (!!!) zaczyna czuć ten dreszczyk i te emocje, na wszystko zaczyna się patrzeć w innym wymiarze. Ciężko mi to w tej chwili wyjaśnić, może za jakiś czas łatwiej mi będzie ubrać w słowa te wszystkie uczucia, które przemknęły przeze mnie, kiedy wyszliśmy wczoraj na ulice Katmandu.

Katmandu, stolica Nepalu, tak naprawdę nie jest najprzyjemniejszym miastem do zwiedzania. W części turystycznej, na Thamelu, jest wprost masakrycznie przepełnione turystami ( i dlaczego, no dlaczego najczęściej widzę i słyszę Francuzów? :-) ), sklepikami i ludźmi próbującymi sprzedać wszelkie, potencjalnie atrakcyjne towary. W częściach mniej turystycznych jest po prostu strasznie! Przeorane lub nieistniejące chodniki, wszędobylski pył, nieskoordynowany ruch uliczny, przerażające ilości bezdomnych psów (zupełnie nieagresywnych i w najmniejszym stopniu niezainteresowanych osobnikami gatunku człowieczego), brud, smród i ubóstwo. Dosłownie. Było cudownie, w końcu poczułam, że wyruszyłam w podróż, w końcu to było to na co czekałam i miałam nadzieję, że się objawi. Tego pierwszego dnia w Katmandu, nie przeszkadzały mi żadne niedogodności, nawet to, że moje świetne klapeczki w kilku miejscach obtarły mi stopy (reakcja Bartka: „no pięknie, przed samym trekkingiem! Jutro ich nie zakładasz! No i co teraz będzie!” ;-) ).

Tak więc pierwszego dnia w Katmandu załatwialiśmy nasze ważne sprawy i niestety nie udało się uniknąć małych wpadek. Postanowiłam, że na wyprawę w góry kupię sobie notatnik z papieru nepalskiego, superlekki więc praktyczny, a na dodatek ładny (na kolejne kilkanaście dni zapominamy o kompie i necie). Wybraliśmy więc w sklepie egzemplarz, ustaliliśmy cenę 280 rupii, zapłaciliśmy banknotem 1000 i … dostaliśmy o 100 rupii reszty za mało. Panowie zarzekali się, że cena, którą podawali to 380, jednak ustaliliśmy z Bartkiem, że nie jest to możliwe, żeby jednocześnie rzuciło nam się coś na uszy. Nie było sensu kłócić się ze sprzedawcami, którzy na każdy twój argument mają gotowych 5 innych (pan w sklepie z okularami np. próbował mi wmówić, że pokrzywiona oprawka, to po prostu taki styl, a okulary broń cię panie boże (buddo, sziwo) nie są zepsute...). Niemniej jednak niesmak pozostał duży, tym bardziej, kiedy sprawdziliśmy w innym sklepie, że cena naszego notatnika, z całą pewnością nie mogła wynosić 380... to nie są wielkie pieniądze, ale jak zwykle chodzi o zasady, o to, że ktoś próbuje nas oszukać, że na każdym kroku trzeba być czujnym. Witajcie w Azji :-) Przez następne 5 miesięcy będzie to nasza rzeczywistość (no i trochę Wasza jeśli wytrwacie z nami na tym blogu :-)... ).

W trakcie rajdu po sklepach zdążyła mnie również obsikać mała dziewczynka (nie pytajcie, nie wiem jak to się stało), inna dziewczynka wyłudziła od nas sok za zrobienie zdjęcia, którego hmmm wcale nie chcieliśmy (no ale lepiej już kupić sok niż dać pieniądze, prawda? chociaż Bartek stwierdził, że sok kupiliśmy na pewno u wujka owej dziewczynki... :-) no trudno), zaczepiło nas ze 150 osób oferujących nam usługi trekkingowe, 320 próbujących nam sprzedać coś niezbędnego (naszyjnik, „very beautiful madame”, małe drewniane skrzypce, kamienny dzwon, kolczyki, gadżeciki, koszulki itd., itd...).

Po zmroku już dotarliśmy na Durbar Square, wpisany na listę Unesco, który co prawda zwiedziliśmy już dwa lata temu, ale pamiętaliśmy też, że w miłej knajpce obok jedliśmy dobre nepalskie pierożki momo i postanowiliśmy znaleźć miejsce w podobnym stylu, aby zrealizować podobny cel. Wdrapaliśmy się na chyba 4 piętro jakiegoś budynku i na tarasie, kontemplując nocną panoramę Katmandu zjedliśmy pyszne pierożki z pysznym sosem, popijając, niezbyt pyszną, ale w moim mniemaniu zabijającą wszelkie bakterie Coca-Colą. A swoją drogą to ciekawe, że w Polsce na colę nie mogę patrzeć, jest dla mnie kwintesencją syfu i złego odżywiania się i piję ją tylko raz na parę miesięcy i to po imprezie, kiedy organizm domaga się różnych dziwnych składników. Bartek z tego co wiem, również często coli w Polsce nie spożywa. Na wyjeździe to nasz napój numer jeden. Po prostu czujemy, że musimy ją pić. Zagadka, zagadka, a może jednak faktycznie dobry zabójca bakterii...

Dzień skończyliśmy na tarasie naszego hostelu (dopiero pod koniec dnia zorientowaliśmy się, że hostel takowy posiada), pijąc dobre nepalskie piwko (to też zagadka, w Polsce piwa nie tykam prawie nigdy, w podróży mi smakuje) i dywagując sobie na temat podróży, życia, itd., itd.

Jest bosko!

2 komentarze:

  1. sensacja, kryminał, powieść grozy w jednym... ale ten blog wciąga :)
    dobra, czytam dalej, bo mam kilkumiesięczne opóźnienie ;)
    pozdrawiam!
    Eliza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miłej lektury! :-) pozdrawiamy bardzo gorąco (w Malezji jest teraz nie do wytrzymania, ale słyszałam, że w Polsce też nieźle!)

      Usuń