Katmandu!
Nasza podróż do Katmandu trwała
około 20 godzin. Ze Stambułu polecieliśmy do Szardży, koło
Dubaju, tam przez 9 godzin koczowaliśmy na lotnisku, a potem już
prosto do Nepalu. Podróżowaliśmy liniami Zjednoczonych Emiratów
Arabskich, o dumnej nazwie Air Arabia. Nowoczesna flota, obsługa bez
zarzutu... Wydawało nam się, że nic nas nie zaskoczy... A jednak,
na samym początku lotu w głośnikach rozbrzmiała modlitwa do
Allaha, z tego co zrozumieliśmy, o bezpieczną podróż. Wiem, że
myślę stereotypowo, ale troszkę mnie to zmroziło... Do Szardży
podróżowali z nami Arabowie z 20 walizkami, 3 żonami i 14 dziećmi
każdy. Mieliśmy wrażenie, że chyba się tam nie zmieścimy... Z
kolei z Szardży do Nepalu towarzyszyli nam głównie Nepalczycy,
mężczyźni, zapewne robotnicy pracujący przy gigantycznych
budowach w Dubaju, którzy jechali na wakacje, bądź po zakończeniu
kontraktu do domu. Nie mieli zbyt wiele bagażu i wyglądali raczej
na zabiedzonych, ale za to non stop latali do toalety... Przed
lądowaniem w Katmandu czekała nas kolejna niespodzianka. W
głośnikach usłyszeliśmy komunikat, że w związku z
obowiązującymi w Nepalu przepisami, samolot przed lądowaniem musi
przejść dezynsekcję środkiem owadobójczym.... To jak wyglądał
ten proceder, zobaczycie pewnie na zdjęciu, Bartek oczywiście nie
mógł się powstrzymać :-)
Dolecieliśmy wieczorem, koło 21 czasu
lokalnego. Właściciel naszego hostelu pomylił wszystkie godziny i
nie wysłał po nas samochodu (chociaż wcześniej się na to
umawialiśmy), ale „cudem” znalazł się jakiś życzliwy, który
znał nasz hostel, zadzwonił do właściciela i uzgodnił z nim, że
to on właśnie nas zabierze do „domu”. Cała przygoda skończyła
się bardzo dobrze, jak to w Nepalu.
Hostel okazał się o niebo lepszy od
tego w Stambule. Wprawdzie nasz pokój zarezerwowany jeszcze w Polsce
był zajęty przez kogoś chorego, kogo właściciel nie miał serca
wyrzucić (ciekawe czy to prawda ;-) ), ale pozwolił nam sobie
wybrać pokój zastępczy i obiecał super ekstra pokój dnia
następnego. Kiedy się wykąpaliśmy, wyszykowaliśmy i trochę
rozpakowaliśmy, była już 23:00. Nie zrażeni tym faktem
postanowiliśmy iść na miasto i coś zjeść. Niestety miasto nas
nie chciało i okazało się, że wszystko w okolicy jest zamknięte.
Z pustymi żołądkami wróciliśmy do hostelu i zadowoliliśmy się
suszonymi bananami i czekoladą (które wiozłam z Polski specjalnie
na trekking :-) ). Bartek, który przespał pół podróży ze
Stambułu do Nepalu nie bardzo mógł poradzić sobie z zaśnięciem.
Ja nie miałam tego problemu, jakoś ostatnio spać mogę w każdych
ilościach...
Następny dzień zaczął się dla nas
oczywiście bardzo późno. Wstaliśmy koło południa, no ale za to
jesteśmy chyba usprawiedliwieni, w końcu różnica czasu wykończyć
może najlepszych! Kiedy poszłam spytać o śniadanie dowiedziałam
się, że jest ono wliczone w cenę noclegu (wow!) i że w ramach
wyjątku zaserwują je nam po czasie, bo normalnie wydają tylko do
10. Postanowiliśmy ten dzień poświęcić na załatwianie
formalności trekkingowych. Musieliśmy kupić bilety na samolot,
załatwić pozwolenia na trekking i zrobić zakupy przedtrekkingowe,
ponieważ na trasie wszystko jest kilka razy droższe, a kilku rzeczy
zapomnieliśmy (zapomniałam) zabrać z Polski. Udało mi się nawet
kupić okulary od Armaniego, po naprawdę okazyjnej cenie! ;-)
Jak po dwóch latach od naszego
ostatniego pobytu wygląda Katmandu? Niewiele się zmieniło... Ulice
są tak samo zatłoczone, przepełnione wszelkiego rodzaju pojazdami
i zakurzone. Kiedy wyszliśmy na ulicę i wciągnęliśmy w płuca
ten kurz i te 30 stopni ciepła, poczułam, że wracają wspomnienia
i ogarnia mnie czyste poczucie szczęścia. Było tak jak wtedy, było
cudownie. Po głowie zaczęły mi krążyć myśli, co takiego
robiłam przez te dwa lata, czemu na tak długo przerwaliśmy
podróżowanie. Odpowiedź jest oczywista, a jednak nie do końca.
Kiedy się rusza w drogę po raz kolejny i w końcu (!!!) zaczyna
czuć ten dreszczyk i te emocje, na wszystko zaczyna się patrzeć w
innym wymiarze. Ciężko mi to w tej chwili wyjaśnić, może za
jakiś czas łatwiej mi będzie ubrać w słowa te wszystkie uczucia,
które przemknęły przeze mnie, kiedy wyszliśmy wczoraj na ulice
Katmandu.
Katmandu, stolica Nepalu, tak naprawdę
nie jest najprzyjemniejszym miastem do zwiedzania. W części
turystycznej, na Thamelu, jest wprost masakrycznie przepełnione
turystami ( i dlaczego, no dlaczego najczęściej widzę i słyszę
Francuzów? :-) ), sklepikami i ludźmi próbującymi sprzedać
wszelkie, potencjalnie atrakcyjne towary. W częściach mniej
turystycznych jest po prostu strasznie! Przeorane lub nieistniejące
chodniki, wszędobylski pył, nieskoordynowany ruch uliczny,
przerażające ilości bezdomnych psów (zupełnie nieagresywnych i w
najmniejszym stopniu niezainteresowanych osobnikami gatunku
człowieczego), brud, smród i ubóstwo. Dosłownie. Było cudownie,
w końcu poczułam, że wyruszyłam w podróż, w końcu to było to
na co czekałam i miałam nadzieję, że się objawi. Tego pierwszego
dnia w Katmandu, nie przeszkadzały mi żadne niedogodności, nawet
to, że moje świetne klapeczki w kilku miejscach obtarły mi stopy
(reakcja Bartka: „no pięknie, przed samym trekkingiem! Jutro ich
nie zakładasz! No i co teraz będzie!” ;-) ).
Tak więc pierwszego dnia w Katmandu
załatwialiśmy nasze ważne sprawy i niestety nie udało się
uniknąć małych wpadek. Postanowiłam, że na wyprawę w góry
kupię sobie notatnik z papieru nepalskiego, superlekki więc
praktyczny, a na dodatek ładny (na kolejne kilkanaście dni
zapominamy o kompie i necie). Wybraliśmy więc w sklepie egzemplarz,
ustaliliśmy cenę 280 rupii, zapłaciliśmy banknotem 1000 i …
dostaliśmy o 100 rupii reszty za mało. Panowie zarzekali się, że
cena, którą podawali to 380, jednak ustaliliśmy z Bartkiem, że
nie jest to możliwe, żeby jednocześnie rzuciło nam się coś na
uszy. Nie było sensu kłócić się ze sprzedawcami, którzy na
każdy twój argument mają gotowych 5 innych (pan w sklepie z
okularami np. próbował mi wmówić, że pokrzywiona oprawka, to po
prostu taki styl, a okulary broń cię panie boże (buddo, sziwo) nie
są zepsute...). Niemniej jednak niesmak pozostał duży, tym
bardziej, kiedy sprawdziliśmy w innym sklepie, że cena naszego
notatnika, z całą pewnością nie mogła wynosić 380... to nie są
wielkie pieniądze, ale jak zwykle chodzi o zasady, o to, że ktoś
próbuje nas oszukać, że na każdym kroku trzeba być czujnym.
Witajcie w Azji :-) Przez następne 5 miesięcy będzie to nasza
rzeczywistość (no i trochę Wasza jeśli wytrwacie z nami na tym
blogu :-)... ).
W trakcie rajdu po sklepach zdążyła
mnie również obsikać mała dziewczynka (nie pytajcie, nie wiem jak
to się stało), inna dziewczynka wyłudziła od nas sok za zrobienie
zdjęcia, którego hmmm wcale nie chcieliśmy (no ale lepiej już
kupić sok niż dać pieniądze, prawda? chociaż Bartek stwierdził,
że sok kupiliśmy na pewno u wujka owej dziewczynki... :-) no
trudno), zaczepiło nas ze 150 osób oferujących nam usługi
trekkingowe, 320 próbujących nam sprzedać coś niezbędnego
(naszyjnik, „very beautiful madame”, małe drewniane skrzypce,
kamienny dzwon, kolczyki, gadżeciki, koszulki itd., itd...).
Po zmroku już dotarliśmy na Durbar
Square, wpisany na listę Unesco, który co prawda zwiedziliśmy już
dwa lata temu, ale pamiętaliśmy też, że w miłej knajpce obok
jedliśmy dobre nepalskie pierożki momo i postanowiliśmy znaleźć
miejsce w podobnym stylu, aby zrealizować podobny cel. Wdrapaliśmy
się na chyba 4 piętro jakiegoś budynku i na tarasie, kontemplując
nocną panoramę Katmandu zjedliśmy pyszne pierożki z pysznym
sosem, popijając, niezbyt pyszną, ale w moim mniemaniu zabijającą
wszelkie bakterie Coca-Colą. A swoją drogą to ciekawe, że w
Polsce na colę nie mogę patrzeć, jest dla mnie kwintesencją syfu
i złego odżywiania się i piję ją tylko raz na parę miesięcy i
to po imprezie, kiedy organizm domaga się różnych dziwnych
składników. Bartek z tego co wiem, również często coli w Polsce
nie spożywa. Na wyjeździe to nasz napój numer jeden. Po prostu
czujemy, że musimy ją pić. Zagadka, zagadka, a może jednak
faktycznie dobry zabójca bakterii...
Dzień skończyliśmy na tarasie
naszego hostelu (dopiero pod koniec dnia zorientowaliśmy się, że
hostel takowy posiada), pijąc dobre nepalskie piwko (to też
zagadka, w Polsce piwa nie tykam prawie nigdy, w podróży mi
smakuje) i dywagując sobie na temat podróży, życia, itd., itd.
Jest bosko!
sensacja, kryminał, powieść grozy w jednym... ale ten blog wciąga :)
OdpowiedzUsuńdobra, czytam dalej, bo mam kilkumiesięczne opóźnienie ;)
pozdrawiam!
Eliza
miłej lektury! :-) pozdrawiamy bardzo gorąco (w Malezji jest teraz nie do wytrzymania, ale słyszałam, że w Polsce też nieźle!)
Usuń